

Minęło prawie 20 lat, odkąd widzieliśmy dona Michaela Corleone, który po rozstaniu z żoną, nadal próbuje zalegalizować mafię, jednak teraz podejmuje się rozliczenia z samym sobą i decyduje się przejść na emeryturę. Trzecia część mafijnej opowieści uważana jest za najsłabszą część, która równie dobrze mogłaby nie powstać. Zgadzam się z tym, ale jednak dość zgrabnie kończy historię Michaela i wprowadza mafię w nową epokę.
Nowa część, nowe realia i nowy kompozytor. Dobra, z tym ostatnim może przesadziłem, ale tym razem za warstwę muzyczną odpowiadał Carmine Coppola, gdyż Nino Rota zmarł 10 lat wcześniej. Ojciec Francisa Forda, który pracował ze swoim synem przy poprzednich częściach sagi oraz przy „Czasie apokalipsy”, wykorzystał swoją szansę, za co otrzymał nominację do Złotego Globu.

Coppola senior miał jednak trochę łatwiej, bo bazował na motywach Roty i znów pozmieniał trochę legendarne nuty jak temat Michaela w ładnym „Michael’s Letter” czy „Marcia Religioso” – temat z „Murder of Don Fanucci” z części drugiej rozpisany na chór. Jednak potrafił też ciekawie zaaranżować znane tematy jak choćby skrzyżował temat miłosny z imigranckim („The Immigrant/Love Theme from The Godfather Part III”) oraz pojawiającego się dwukrotnie walca ojca chrzestnego. Cala zaś „chrzestna” muzyka zostaje podsumowana w „The Godfather Intermezzo” oraz kapitalnym, kończącym album „Coda: The Godfather Finale”.
Ale żeby jednak nie było tylko repetowanie, pojawia się tu trochę nowych tematów. Pierwszy to temat Vincenta, uczącego się na następcę Michaela, trochę narwany kozak, dostał bardzo posępne i mroczne smyczki w towarzystwie mandoliny. Równie ponury jest „Altobello”, który bazuje na muzyce suspensu z pierwszej części (tu grają dęciaki, smyczki oraz flety w towarzystwie kotłów). Ale brakuje tutaj muzyki stricte akcji, co troszkę osłabia ten album. Także pojawiające się tu akcenty etniczne (utwór nr 11) oraz będąca bardzo istotna dla wydarzeń filmowych opera „Cavaallera Rusticana”, którą kompozytor zaaranżował w 4 częściowych utworach poza filmem nie broni się specjalnie. Sytuacji nie ratują dwie eleganckie i stylowe piosenki, czyli „To Each His Own” Ala Martino i bazujący na temacie miłosnym „Promise Me You’ll Remember” Harry’ego Connicka Jra, które jednak pochodzą trochę z innej epoki niż opowiedzianej przez film (lata 70.).
Mimo tych wad, trudno uznać trzecią część „Godfathera” za porażkę, bo jednak jest bardziej spójny i nie ma takiego chaosu jak w poprzednich płytach, gdy po przejmującej kompozycji dochodziło nas radosne, włoskie granie wprost z ulicy. To kawał naprawdę dobrej pracy, a nie tylko zwykła powtórka z rozrywki, która powinna zwrócić uwagę zarówno starych wyjadaczy, jak i dopiero zaczynających przygodę z muzycznym półświatkiem.
8/10
Radosław Ostrowski
