The National – Sad Songs for Dirty Lovers

Sad_Songs_for_Dirty_Lovers

Jak już się nagrało debiut, to pora zrobić następny. Tak postanowili zrobić muzycy z The National i tak też zrobili. Po dwóch latach pojawił się album z intrygującym tytułem „Sad Songs for Dirty Lovers”.

I tak jak poprzednik ma 12 piosenek, zaś poza Nickiem Lloydem, produkcją zajęli się Paul Heck (Red Hot Organisation) i Peterem Katisem, który współpracował m.in. z Interpolem. Nadal pozostajemy przy smutnych klimatach i przy tzw. smętach. W porównaniu do debiutu tu jest bardziej spokojniej i spójniej, gitara gra delikatniej i ładniej, choć potrafi lekko pobrudzić (lekko punkowe „Available”), ale wybijają się tu klawisze („It Never Happened”, gdzie w ostatniej minucie przyśpiesza perkusja czy „Trophy Wife”) a także inne instrumenty (smyczki w „90-Mile Water Wall”, flet w „Thirsty”, róg i melofon w „Sugar Wife”, pianino w „Fashion Coat”). Jednak poza smętami i akustycznymi kawałkami („Patterns of Fairytales”) nie brakuje szybkich kawałków jak „Murder Me Rachael” (świetna i szybka sekcja rytmiczna) czy „Slipping Husband”. Całość jest o dziwo zaskakująco spójna i nie ma tu dziwacznych eksperymentów.

Tematyka tekstów też pozostała w zasadzie bez, bo jest o miłości, głównie nieszczęśliwej i niespełnionej. Trzyma poziom, a nawet jest lepiej niż w debiucie („Lucky You”). Także wokal trzyma dobry poziom, a wokaliście czasem udaje się pokrzyczeć (końcówka „Slipping Husband” czy „Available”) i daję radę w tej kwestii.

„Sad Songs for Dirty Lovers” jest bardziej dopracowanym, dopieszczonym i przyjemniejszym albumem od debiutu. Bardzo udana i świetnie brzmiąca płyta.

8/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz