

Famous angels never come through England
England gets the ones you never need
I’m in a Los Angeles cathedral
Minor singing airheads sing for me
Na następny studyjny album Amerykanów trzeba było czekać trzy lata. To najdłuższa przerwa w historii tego zespołu. I w 2010 roku ukazał się album uznawany za opus magnum – „High Violet”.
Tym razem utworów jest 11, zaś za produkcję odpowiada zespół. Fanów uprzedzam, nic się nie zmieniło, a nawet jest jeszcze lepiej. Znów gitara zaczyna się coraz bardziej wysuwać na przód razem z sekcją rytmiczną, zaś klimat melancholijny pozostał zachowany, m.in. dzięki wokalowi, czasem spokojnemu („Bloodbuzz Ohio”). Zespół konsekwentnie idzie szlakiem wyznaczonym przez pierwsze płyty, udoskonalając to, co w „Alligatorze” było najlepsze. Jednak poza pewnym przyśpieszeniem i większą dynamiką. Nawet te spokojniejsze utwory mają dość szybkie tempo („Lemonworld”) albo są urozmaicone przez dęciaki („Runaway”), smyczki („Conversation 16”), także fortepian („England”), chórki w refrenach („Terrible Love”, „Vanderlyle Crybaby Geeks”). Nie ma tu nudy, wręcz przeciwnie. A jak już się ma wersję deluxe, to jest jeszcze lepiej. Wersja ta zawiera jeszcze dodatkowe 8 piosenek: jedną w wersji alternatywnej („Terrible Love”), trzy w wersjach koncertowych i cztery premierowe, choć dużo spokojniejsze kawałki: „Wake Up the Saints” (ten jest wyjątkiem), najbardziej melancholijne „You Were a Kindness”, „Walk Off” i „Sin-Eaters”.
Znowu mamy bardzo ciekawe i niebanalne teksty, zaś wokal nadal przykuwa uwagę. Tu się utrzymał poziom, co akurat jest dużym plusem.
Tu jest wszystko, za co świat pokochał ten zespół, a jednocześnie odpowiednio zbalansowane, utrzymane na równym poziomie (bardzo wysokim w tym przypadku). Ten album powinni mieć wszyscy, którzy interesują się muzyką w ogóle.
9,5/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
