Randy Newman – Monsters University

MUcover-final2

Moda na sequele i prequele dosięga wszystkich. Nawet do legendarnego Pixara, ale ich jedynym udanym sequelem była druga i trzecia część „Toy Story”. Ale próbowali dalej robiąc niezłe „Auta 2”, a teraz pojawia się prequel „Potworów i spółki” – zaskakująco udany i pokazujący pobyt Sully’ego i Mike’a na uniwersytecie. I tak jak 12 lat temu, tak i teraz za muzykę odpowiada Randy Newman.

r_newmanKompozytor od tego czasu tworzył muzykę głównie do animacji (poza „Niepokonanym Seabiscuitem”), jednak pojawiał się coraz rzadziej. I gdyby nie Pixar, prawdopodobnie przeszedłby na emeryturę. Tym razem album z muzyką jest odrobinkę krótszy od „Potworów” (o kilka minut, ale jednak). A jej największą siłą jest bazowanie na nostalgii. Zapomnijcie o jazzującej muzyce z pierwszej części, Newman odcina się od niej, choć pewne jazzowe fragmenciki się pojawiają. Jednak najważniejsza jest tutaj muzyka w stylu americany, czyli podniosło i z patosem, lekkim, sugerowanym przez trąbkę oraz marszowe werble, które pojawiają się już w otwierającym całość „Main Title”. Zaś za nostalgię odpowiada nowy temat Mike’a, z eleganckim klarnetem, delikatnymi smyczkami i fortepianem. Jednak w połowie pojawia się typowo newmanowski underscore (gwałtowny, głośny i szybki). Potem pojawiają się bardzo liryczne wejścia skrzypiec („First Day at MU”, gdzie przewija się instrumentalna, podniosła wersja hymnu uczelni) oraz trąbki. Nie brakuje też elementów nerwowego napięcia (temat pani dziekan „Dean Hardscrabble”, które miejscami idzie w stronę horroru – powolne i „grube” smyczki) czy mocnej akcji („Scare Pig” z szalejącymi dęciakami oraz… gitarą elektryczną czy „Stinging Glow Under”, które po mrocznym początku nabiera szalonego tempa), ale jej tutaj jest zbyt mało.

Jeszcze z masy tematów, które technicznie trzymają poziom i słucha się tego naprawdę dobrze, wyróżnia się marszowe „Rise and Shine”, towarzyszące w scenie treningu, jednak całość wydaje się mocno amerykańska i poza filmem sprawia wrażenie solidnego, ale dość zachowawczego score’u. Kompozytor nie radzi też sobie z liryką, która jest bardzo nijaka (proste „Goodbye” zagrane na smyczkach) albo dość średnim underscorze idącym w stronę straszenia („Human World” czy „The Big Scare”).

A mimo dość krótkiego czasu trwania czułem się lekko znużony, więc poza filmem muzyka sprawdza się nieźle. Słuchać, ale tylko po obejrzeniu filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz