James Newton Howard – The Sixth Sense

The_Sixth_Sense

Horrory to gatunek filmowy, za którym niespecjalnie przepadam. Bo zamiast straszyć albo nudzi i usypia, albo wywołuje obrzydzenie bezsensowna przemocą lub co gorsza wywołuje śmiech. A chyba nie o to tu chodzi. Owszem, są pewne wyjątki jak klasyczne już „Lśnienie”, „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” czy „Coś”, ale w 1999 roku objawił się nietypowy film grozy. „Szósty zmysł” bardziej wydaje się dreszczowcem, gdyż reżyserowi nie chodzi o poczucie zagrożenia czy niepokoju (choć nie brakuje scen grozy i przerażenia), lecz skupia się bardziej na postaciach i ich problemach. Psychiatra nie mogący dogadać się z żoną (nietypowa rola Bruce’a Willisa) i chłopiec, który widzi duchy zmarłych (Haley Joel Osment). Jeden próbuje pomóc drugiemu, ale efekt okaże się mocno zaskakujący. Więcej nie powiem, ale to był świetny kawałek kina, który przyniósł rozgłos M. Nightowi Shyamalanowi. Niestety, następne tytuły nie osiągnęły takiego sukcesu artystycznego i komercyjnego.

Film ten stał się też początkiem współpracy reżysera z kompozytorem Jamesem Newtonem Howardem, który stał się stałym współpracownikiem hinduskiego reżysera. Ale nie oszukujmy się – trwający pół godziny album (wybór wszystkich tematów) był tylko wprawką do następnych, znacznie ciekawszych partytur. Ale po kolei.

howardPoczątek to bardzo delikatne „Run to the Church”. Howard wykorzystał tutaj chór oraz niezbyt dużą orkiestrę, wygrywając piękny temat na fortepian i flet. Właściwie już tutaj mamy zderzenie dwóch światów: świat ludzi i ich dramatów oraz świat zmarłych, który wywołuje przerażenie. Obie rzeczywistości, bardzo współgrają ze sobą, działając w filmie bardzo dobrze, odpowiednio wyeksponowane. Melodie tutaj są pełne smutku i technicznie bez zarzutu. Pod tym względem prezentują się „Run to the Church”, krótkim „Photographs” czy pierwszą częścią „Malcolm’s Story/Cole’s Secret”.

Drugi świat jest tutaj bardziej przerażający i bardziej underscore’owy. Pojawia się on już w „De Profundis”, gdzie z dość pozornie spokojnego tematu na smyczki pojawia się melodia grana na rogu, będąca zapowiedzią czegoś przerażającego (wtedy w tle jest chór), zaś potem smyczki zaczynają grać coraz bardziej nerwowo, wręcz „falować” i „opadać”, by potem wybuchnąć. Ta atonalność przewija się tez w underscore’owych „Suicide Ghost” (trzaski oraz nerwowa gra smyczków, a także pod koniec wejście dęciaków i chóru) i „Hanging Ghosts” (nerwowy fortepian na początku, szybkie smyczki, które potem się „zapętlają”).

Najciekawiej jest jednak wtedy, kiedy dochodzi do zderzenia tych dwóch światów tak jak w „Malcolm’s Story/Cole’s Secret”, gdzie pierwsza połowa jest bardziej dramatyczna, a druga to atonalny straszak. Najciekawsze efekty są jednak w „Tape of Vincent”, gdzie dochodzi do mocnego zgrania, zaś końcówka jest naprawdę mocna emocjonalnie (melodia brzmiąca jakby z pozytywki w towarzystwie mocniej wybijających się smyczków). Także mocno underscore’owy „Help the Ghosts/Kyra’s Ghost” radzi sobie z tą mieszanką głównie dzięki delikatnym dzwonkom oraz bardzo lirycznym smyczkom w drugiej połowie. Jednak prawdziwą kulminacja jest tutaj ostatni utwór, który (niestety) zdradza zakończenie filmu, więc go nie podam. Wypadkowa i powtórzenie wszystkich motywów działa naprawdę emocjonalnie, wręcz przygnębiająco, ale i nie bez nadziei (dęciaki). To jeden z najlepszych utworów Howarda.

Więc czy „Szósty zmysł” nie zawiódł Howarda? I tak, i nie. Współpraca z Shyamalanem była punktem zwrotnym w karierze tego twórcy, ale ta praca jest dość konwencjonalna i mało interesująca poza kontekstem filmowym. Zwłaszcza underscore’owe granie typowe dla kina grozy. Technicznie nie ma się do czego przyczepić – dźwięk jest naprawdę dobry, orkiestracje porządne, zaś tematyka całkiem niezła. Jednak następne prace Howarda dla Shyamalana były po prostu lepsze, ciekawsze i bogatsze. Niemniej wszystko zaczęło się tutaj, więc nie można uznać tej muzyki za nieudaną. To po prostu początek pięknej przyjaźni.

7/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz