

Kino lubi wyzwania i nietypowe przedsięwzięcia, zwłaszcza opowieści o ludziach walczących z naturą, samymi sobą, a ostatnio nawet z kosmosem. Czymś takim na pewno jest film „All Is Lost” opowiadający o starym marynarzu (prawie nie odzywający się Robert Redford), który po zderzeniu z kontenerem podejmuje walkę o utrzymanie się na morzu. Wyszło z tego naprawdę niezłe kino, choć bardzo wymagające i dość spokojne. Ale o filmie już powiedziałem, więc skupie się na warstwie muzycznej, która ku wielkiemu zaskoczeniu otrzymała w tym roku Złoty Glob.

Autorem jest debiutujący w muzyce filmowej Alexander Ebert – multiinstrumentalista oraz frontman zespołu Edward Sharp and the Magnetic Zeros. Innymi słowy, twórca muzyki alternatywnej. W samym filmie muzyka tworzy bardzo solidne tło, budując klimat samotności i potęgi oceanu, dlatego dominuje tutaj elektronika, ocierająca się miejscami o ambient. Jednak w przeciwieństwie do choćby „Grawitacji”, jest ona bardziej przystępna i łatwiejsza w odbiorze, z większym wpływem żywego instrumentarium. Głównie tutaj wyraźnie słyszalna jest gitara akustyczna, trochę przypominająca twory Gustava Santaolalli („All is Lost”), choć jeszcze pojawiają się różne dzwoneczki czy męski wokal przechodzący w gwizd („Virginia’s Dream”).
To są jednak momenty wytchnienia i w miarę bezpieczne na tej ścieżce. Bo i musiał się tu pojawić underscore, podkreślający elementy „walki” naszego marynarza ze statkiem, sztormem i brakiem wody. Wtedy jest trochę mniej przyjemnie, choć kompozytor próbuje ta ciężką elektronikę (imitacje ptaków, przerobione wokale) okrasić uderzeniami bębnów („The Infinite Breed”) czy pozorując spokój, delikatna gitarą oraz smyczkami, by gwałtownie podkręcić atmosferę uderzeniami pałeczek, fortepianem oraz elektroniką („Dance of Lilies”). Choć zdarzają się i momenty monotonne jak „The Instincts of Boredom”.
Za to największe emocje serwuje nam finał podzielony na trzy utwory. Najpierw jest bardzo spokojny „Somewhere in the Midnight of Summer” z delikatna elektroniką, dzwonkami, Hammondem, gitarą oraz piękną żeńską wokalizą, następnie gitarowy „Excelsior and the All Day Man” oraz bardzo poruszająca piosenka „Amen” w wykonaniu samego Eberta z bardzo poruszającymi smyczkami i fortepianem.
Ebert tym debiutem pokazuje się jako nieszablonowy twórcy, który tworzy muzykę nie tylko pasująca do ekranu, ale także jest bardzo przystępny i przyswajalny poza nim. Co w przypadku takiego filmu, wydaje się zadaniem prawie niemożliwym. Zaskakująco fajny album, jakkolwiek to zabrzmi.
7,5/10
Radosław Ostrowski
