Yann Tiersen – Infinity

Infinity

Muzyk ten na zawsze został zapamiętany jako kompozytor “Amelii”, ale Yann Tiersen ma wiele oblicz i na swoich solowych płytach potrafi naprawdę zaskoczyć. Jaka twarz pokażę na płycie „Infinity”? Jedno mogę wam zapewnić – śpiewać nie będzie, choć pojawi się wokal.

„Infinity” zaczyna się naprawdę tajemniczo i interesująco – tytułowy utwór jest bardzo przestrzennym echem, w którym pojawia się elektronika (imitująca morze) oraz monotonnie zagrane skrzypce. Potem zaczyna padać deszcz i płynnie przechodzimy do „Slippery Stones” – melodia grana jakby z karuzeli, cymbałki, klawisze, jakieś dzwoneczki, perkusja i (chyba) mocno przerobiona gitara. Do tego dziwacznego towarzystwa dochodzą męskie i żeńskie głosy, by pod koniec zagrała delikatna gitara. A im dalej, tym robi się coraz dziwaczniej i tajemniczo – elektronika budzi skojarzenia z filmami Davida Lyncha, jednak można rozpoznać kompozytora po wykorzystywaniu fortepianu (intrygująca „A Midsummer Evening”, gdzie pod koniec wraca melodia karuzelowa), skrzypiec (długi „Ar Maen Bihan”, gdzie one przybierają na sile i współgrającą z nimi perkusją po dwóch minutach oraz nieprzyjemną gitarą czy „Steinn”) czy elektronikę (bazujące na dzwoneczkach i gitarze „Lights”). Jeszcze odezwie się gdzieś w tle gitara elektryczna („The Crossing”), ale wymienianie poszczególnych utworów trochę mija się z celem.

Całość tworzona przez Tiersena jest bardzo tajemnicza, miejscami bardzo mroczna, ale też bogata dźwiękowo oraz kompletnie nieprzewidywalna. I jeśli pamiętacie Tiersena, tylko jako autora ścieżek dźwiękowych, to możecie doznać szoku, bo to zupełnie inny klimat. 

8/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz