
anadyjski Metric to jedna z ciekawszych grup indie rockowych, która ciągle intryguje i tworzy przebojowe płyty niepozbawione elektroniki. Nie inaczej jest na albumie nr 6. Co zrobili poganie w Las Vegas?
Otwierające całość „Lie Lie Lie” brzmi dość zagadkowo – pulsująca elektronika, spokojne i rytmiczne uderzenia perkusji, klaskanie oraz wstawki troszkę przypominające wczesne Depeche Mode, by potem pójść w nowofalowe kolaże. Zagadkowe i lekko orientalne (w klawiszach) jest ascetyczne „Fortunes”, gdzie cichutka perkusja, akustyczna gitara i fortepian skontrastowane jest z mocnym i niemal podniosłym refrenem oraz będące na przeciwnym biegunie „The Shade”, brzmiące niczym tandetne dziecko lat 80. (tutaj elektronika brzmi – dla mnie – odstraszająco) . Nie lepiej jest z przestrzennym „Celebrate”, gdzie podkład jest po prostu słaby. Ciekawiej prezentuje się „Cascades” z pokręconą perkusją oraz mechanicznie przerobionym głosem Emily Haines. A im dalej, tym – na szczęście – lepiej. Jeszcze „For Kicks” pachnie new wave’ową estetyką, bez pójścia w tandetę i nadaje się do tańca. Pulsujący „Too Bad, So Sad” nadal pachnie Depeszami, ale jest bardzo chwytliwy, podobnie łagodniejszy „Other Side” oraz mechaniczny „Blind Valentine”, na sam finał dostając dwuczęściowy, instrumentalny „The Face”.
Naprawdę piękny album wydali Metric, który ostatnio prezentuje dobry fason. Bardzo apetyczne i dobre wydawnictwo, z przyzwoitą dawką elektroniką.
7,5/10
Radosław Ostrowski
