Wydawałoby się, że w Polsce nie da się zrobić kina przygodowego z prawdziwego zdarzenia. Gdy dwa lata temu obejrzałem film „Felix, Neta i Nika oraz teoretycznie możliwa katastrofa” straciłem wszelką nadzieję – nudna fabuła, sztuczne aktorstwo, tandetne efekty specjalne. To była porażka i byłem pewny, że wszelkie inne próby zrobienia kina dla młodego odbiorcy są z góry skazane na niepowodzenie. Aż do teraz.
Cała historia „Klubu włóczykijów” zaczyna się od włamania do muzeum, gdzie znajdują się pewne buty. Sama scena przypomina rasowy film akcji, trzymając w napięciu i pozwalając sobie na odrobinkę humoru (dwóch gliniarzy pilnujących muzeum oraz ich pościg za złodziejami). Jednym ze złodziei okazuje się Dionizy, czarna owca rodu Kiwajło, a w butach jest wskazówka prowadząca do skarbu dziadka Hieronima. Dionizemu udaje się przekonać swojego siostrzeńca Kornela i jego kumpla Maksa, ale w ślad za nimi ruszają opryszki, dr Kadryll i Wieńczysław Nieszczególny.

Brzmi jak fabuła do kina przygodowego? Reżyserujący całość Tomasz Szafrański uwspółcześnił powieść Edmunda Niziurskiego (wielkiego klasyka literatury młodzieżowej czasu PRL-u) i nakręcił film, jakiego nikt się nie spodziewał. Jest lekko i dowcipnie, ale nie brakuje też napięcia, pościgów, bijatyk i dramatycznych scen (ucieczka z auta nim dojdzie do bliskiego spotkania z pociągiem czy pogoń za złodziejami podczas zjazdu policjantów). Jest też i skarb, chociaż nie będzie tym, czym mógłby się wydawać. Jest też kilka obowiązkowych klisz (inteligentny bandzior i jego ciapowaty pomocnik, dzieciaki uczestniczące w wyprawie, zakompleksiony chłopak stający się mężczyzną i przeżywający pierwszą miłość) oraz szyfry, zagadki, mapy. Prawie jak Indiana Jones czy Goonies (ręcznie rysowane wstawki opisujące tło przeszłości wygląda świetnie). Dodatkowo jeszcze mamy piękne plenery polskiej przyrody, wyruszając tropem skarbu przez małe miasteczka oraz wsie plus naprawdę epicka muzyka jakiej nie powstydziłby się sam John Williams, a zmontowane jest to tak dynamicznie, iż należy tylko siedzieć, oglądać, podziwiać.

Swoje też robią bardzo barwne i wyraziste postaci. Dzieciaki może i nie wspinają się na wyżyny swoich możliwości, ale są naturalni, nie popadają w przesadę. Mają sporo fajnej energii (zwłaszcza debiutująca Joanna Lichocka oraz strasznie zakompleksiony Karol Janusz), wnoszą lekkość i nie irytują. Prawdziwą perłą komizmu jest za to Wojciech Mecwaldowski jako niezdarny Wieńczysław, a Tomasz Karolak jest tu wyjątkowo powściągliwy. Najlepszy jest jednak Bogdan Kalus, czyli wuj Dionizy. Potężnie zbudowany facet, kochający historię oraz próbujący przywrócić swoje dobre imię, a pasji i energii wystarczy tu na kilku bohaterów.

Filmowcy składają hołd Edmundowi Niziurskiemu, przypominając dokonania tego pisarza i pokazując ogromny potencjał. Trzyma w napięciu, utrzymuje tempo do końca, a finał może sugerować ciąg dalszy. Nawet efekty komputerowe nie były specjalnie sztuczne – brawo.
8/10
Radosław Ostrowski
