Dziki Zachód zawsze kojarzył się z twardymi facetami, co nie boją się świszczących kul. Jednym z takich facetów jest Cliff Bommell – kiedyś rewolwerowiec i zabijaka, ale marzy o stabilizacji oraz świętym spokojem. Jednak miasteczko, do którego przybywa jest terroryzowane przez grupę rewolwerowców (sztuk: 40) kierowanych przez Jessicę Drummond. Mogłoby to nawet zostać rozwiązane spokojne, gdyż kobieta ma w kieszeni wielu wpływowych ludzi, ale wszystko przez jej brata Brockie’ego. Facet od początku sprawia problemy i konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Samuel Fuller był uważany za jednego z najbardziej bezkompromisowych filmowców, który w każdym filmie wsadzał kij w mrowisko społeczeństwu. Jednak tutaj mam wrażenie, że pogubił się ze swoim przekazem. Bo tak naprawdę film jest osadzonym w realiach kowbojskich melodramatem, gdzie musi być miejsce na strzelanie, knucie oraz krycie nadpobudliwego brata. Nawet byłbym w stanie przykuć na to oko, gdyby ta cała historia była wciągająca. Mimo, że trwa ona nieco ponad godzinę, wywołała we mnie jedynie znużenie. Dlaczego? Całe tło jest ledwie zarysowane. Sam gang w akcji widzimy raptem w 2-3 scenach, przez co mam wrażenie, że są to goście spuszczeni ze smyczy i nie dający w żaden sposób się kontrolować. Dodatkowo wątek niby miłosny między nieujarzmioną przez nikogo Jessicą (żebyśmy o tym nie zapomnieli, dostajemy tą informację w postaci piosenki) a szorstkim Cliffem wydaje się tutaj być oparty na wierze twórców. Bo nie zobaczyłem ani jednej sceny, z której wynikałoby to miłość, zauroczenie, fascynacja.

Dodatkowo jest tutaj wiele pobocznych wątków, które miały wzbogacić ten świat. Cliff przyjechał razem z braćmi, Wesem i Chico. Pierwszy był zawsze wsparciem i drugą strzelbą, ale marzy o stabilizacji. Drugi z kolei chciałby być rewolwerowcem, ale brat wolałby dla niego stabilną fuchę farmera. Prowadzone są dyskusje, a kończy się to posadą szeryfa. Odwraca to uwagę od liźniętego głównego wątku. Jest kilka niezłych scen (przekazanie nakazu aresztowania w rezydencji pani Drummond czy burza piaskowa), ale to wszystko zwyczajnie przynudza. Dodatkowo wszystko jest strasznie moralizatorskie, jak to w przypadku produkcji z tego okresu.

Sytuację próbuje ratować solidne aktorstwo Barbary Stanwyck oraz Barry’ego Sullivana. Ona wydaje się charakterną babką, zawsze w czerni i z batem (tylko na koniu), on jest chłodnym profesjonalistą, co z niejednej sytuacji ratował się bronią, ale za Chiny nie ma między nimi chemii. Cała reszta jest jedynie słabym, niemal papierowym tłem z prostym podziałem na dobrych i złych.
Ten western Fullera nie wytrzymał próby czasu i zwyczajnie przynudza. Niewiele się dzieje, akcja jest śladowa, a finał przewidywalny oraz nudny. Tak się tego nie robi i mam nadzieję, że to jedyna słabsza produkcja.
5/10
Radosław Ostrowski


