
Dawno nie było jakiegoś interesującego debiutu. Mimo, że album wyszedł jesienią zeszłego roku, dopiero teraz znalazłem czas, by podczas deszczowego szaleństwa zmierzyć się z nim. Jest to dzieło Amerykanki pochodzącej z Colorado, przez chwilę mieszkającej w San Francisco, a obecnie krążącej po Nowym Jorku – mieście bohemy, sławy i kasy. Pokręcili się wokół niej pewni muzycy (m.in. gitarzysta Jet Turner i perkusista/producent Norm Block), pomagając przy nagraniu EP-ki „My Blind Eye”. I w zeszłym roku wyszedł pełnoprawny album.
Już okładka sugeruje kosmiczne wrażenia oraz stylistykę psychodeliczną w duchu hippisowskim. Takie wrażenie pokazuje otwierający całość „Don’t Ask” z dziwacznie przesterowaną i brzmiącą niczym elektroniczne echo gitarą. Dołącza do niej po pół minucie niemal werblowa perkusja, zmieniając tempo i budując poczucie dziwnej przestrzeni. Atak elektroniki niczym syrena alarmowa towarzyszy przez całe „Run for Your Life” kontrastowana łagodnym fortepianem oraz cieplejszym refrenem. I wtedy następuje skręt w stronę melodyjnego pop-rocka w „I Can See It Clear”, gdzie szansę wykazać dostaje gitara oraz bardzo melancholijnego, gitarowego, pełnego mroku „Cut The Wire”, które mogłoby się pojawić na soundtracku do filmu Davida Lyncha. Podobnie jest z bardzo minimalistycznymi „Ears”, które po minucie pokazuje swoje ciemniejsze oblicze (elektronika znowu robi swoje), by uspokoić wszystkich w magicznym „Hunter”.
Psychodelia wraca w utworze tytułowym, gdzie dziwacznie brzmi perkusja oraz bardzo oniryczna elektronika, by w połowie znowu zmienić kompletnie instrumentarium, tempo i klimat, stając się bardziej powściągliwe. „My Kind” to powrót do melodyjnego popu, podobnie jak bardziej rockowy „Too Good for Love”, a finałowe „Coffee” nadal czaruje mrokiem.
Burden ma głos bardzo delikatny i miejscami mocno przeszywający na wskroś, a jednocześni taki bardzo niedzisiejszy. Tajemniczy, zmysłowy, czarujący – te słowa cisną mi się w pierwszej kolejności i nie poradzę na to. Księżyc wieczorem o tej porze roku wydaje się dziwaczny, ale i piękny. Tak jak „Strange Moon”.
8/10
Radosław Ostrowski
