Dziwny to przypadek sequel po kilkunastu latach. Bo zawsze rodzi się pytanie, czy jeszcze żyją fani pierwszej części i będzie ich tylu (w sam raz tylu), by zarobić kupę piniondzorów. Dotyczy to każde filmów uznawanych za kultowe. Takie jak choćby „Top Gun”, nakręcony w 1986 roku przez Tony’ego Scotta i wyprodukowany przez (obecnie) legendarnego Jerry’ego Bruckheimera. Zanim jednak pójdę na sequel, postanowiłem sobie przypomnieć to dzieło.

Film nie jest specjalnie skomplikowany i skupia się na dwóch kumplach, co razem latają w samolotach US Navy. Pete „Maverick” Mitchell (Tom Cruise) oraz Nick „Goose” Bradshaw (Anthony Edwards) są tak różni jak noc i dzień. Pierwszy jest pilotem i leci miejscami bardzo ryzykancko, drugi radiooperatorem, starającym się zachowywać w sposób rozsądny. Tworzą bardzo zgrany duet i obaj trafiają do tytułowego Top Gun – elitarnej szkoły lotniczej dla najlepszych pilotów Marynarki Wojennej. Ale tam takie ryzykanckie jazdy mogą skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. A wtedy – żegnajcie przestworza, witajcie asfaltowe drogi. Zwłaszcza, że w szkole znajduje się Iceman (Val Kilmer), co jest bardzo opanowany i nigdy nie traci zimnej krwi. Więc walka będzie zacięta, do ostatniego zadania. I nie tylko tam.

Od pierwszych kadrów oraz dźwięków muzyki wiadomo w jakich czasach jesteśmy i z czym mamy do czynienia. Synth popowa i rockowa muza podbijają adrenalinę, a kolory walą po oczach. Tak wyglądają przygotowania myśliwca do lotu podczas wschodzącego słońca. Scott nie udaje, że swoje dzieło skierował do nastolatków płci męskiej, by pokazać jak bardzo cool jest bycie w armii. Że będąc tam nie tylko możesz robić cuda wianki (choć brawura może zakończyć się niebezpiecznie), zyskać szacun kumpli, mentorów, a nawet wyrwać najpiękniejszą kobietę na dzielnicy. Wszystko dzięki uporowi, determinacji, ryzyku oraz pewności siebie. Sława, prestiż i pieniądze, prawda? O nie, tak łatwo nie jest.

Historyjka jest banalna, pełna miejscami banalnych dialogów i ociera się o kicz. O aktorstwie w zasadzie nie chcę mówić, bo postacie są płaskie jak podłoga, o którą się potykasz po wypiciu kilku głębszych. Nadmiar klisz jest niemal porażający: nieodpowiedzialny ryzykant o mocnej reputacji oraz mierzący się z tajemniczą śmiercią ojca, wspierający kumpel, opanowany rywal (nie antagonista), twardy mentor, seksowna pani instruktor. Wszystko to bezczelnie sparodiowane parę lat później w „Hot Shots!” (polecam gorąco!).

A jednak jest w tym coś uroczego i ma swój klimat. To, co godnie zniosło próbę czasu to dwa elementy: muzyka z niezapomnianym gitarowym tematem przewodnim oraz sceny powietrzne. Walki są miejscami chaotyczne, ale czuć tutaj skalę maszyn i umieszczenie kamer w samolotach (także pod różnymi kątami) nadaje rozmachu. W połączeniu z dynamicznym montażem oraz dźwiękiem tworzy to imponujące widowisko.
Szanuję to podejście, choć z perspektywy dorosłego widzę więcej zgrzytów. Nie jestem w stanie się obrazić na ten film, niemniej ocena jest naciągana. Baaaaaaaardzo naciągana.
7/10
Radosław Ostrowski
