Kensington – Rivals

Kensington__Rivals_2014

Zdarza się, że zagraniczny zespół zdobywa rozgłos poza swoim krajem, dzięki jednemu przebojowemu singlowi. Tak stało się z utworem „War” holenderskiego kwartetu Kensington, który w swoim kraju wydał jeszcze dwie płyty. Ale to dwa lata temu usłyszał o nich świat (Polska też).

„Rivals” to bezpretensjonalna, czysta rockowa energia, chociaż słuchając można odnieść wrażenie deja vu. „Streets” z ciepłym klawiszowym wstępem ociera się trochę o 30 Seconds To Mars, U2, a nośny refren tylko utrzymuje w tym potwierdzeniu. Ale najbardziej rzuca się w oczy głos Eloi Youssefa, który przypomina Caleba Followilla z Kings of Leon. Wolniejszy „All of Nothing” przykuwa uwagę metalicznym basem i delikatniejszym tłem. Podobnie szybki „Done With It”, „System” czy wspomniany „War”. Zespół nie wymyśla prochu i nie tworzy niczego nowego, ale czy zawsze tak musi być. Panowie mają dryg do pisania prostych, ale bardzo chwytliwych melodii, które na pewno sprawdzą się w radiowych rozgłośniach. Tutaj najbardziej szaleje perkusja, co słychać m.in. w „Little Lights” czy mrocznym „You Don’t Know”.

„Rivals” ma jedną poważną wadę – jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi jeszcze szybciej. Dlatego nie zostanie z nami na dłużej. Ale nadal jest to solidne wydawnictwo, świetnie sprawdzające się na koncertach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kaliber 44 – Ułamek tarcia

Ulamek_tarcia

Powroty po latach są bardzo niebezpieczne i to dotyczy zarówno muzyki, kina, teatru czy malarstwa. Zwłaszcza, jeśli trwają one więcej niż pięć lat. Kaliber 44 w latach 90-tych był legendą polskiego rapu, co było pośrednio zasługą Magika, ale Abradab, Joka i DJ Fell-X. Od ostatniego albumu minęło 16 lat, więc byłem bardzo sceptyczny, co do powrotu tego składu. Wzmogły się moje wątpliwości, odkąd odszedł DJ Feel-X.

Produkcją „Ułamka tarcia” (tak na początku swojej drogi nazywał się Kaliber) zajął się więc sam Abradab i jest to bardzo oldskulowe wydawnictwo. Słychać to już w „Intrze”, gdzie do dźwięku muzyki granej z kasety, pojawia się zapalanie fajki i zapętlonego głosu, który płynnie przechodzi we „Fresh”. Skrecze, surowa perkusja, delikatna elektronika niczym z lat 90., skity – to na pewno nowy materiał? Absolutnie tak i nie chodzi tu tylko o datę realizacji. Nie ma tutaj serwowania hasztagów, rzucania współczesnych skojarzeń, ale podglądanie rzeczywistości i rzucanie odniesieniami do poprzednich dokonań (singlowe „Nieodwracalne zmiany”) oraz zniekształcenia głosu (mroczny „Pewniak”), zmieszane z zabawami (lekko orientalny „Kung Fu”). Ziomki nie udają, że są jedynymi, prawdziwymi raperami, za co duży plus, podobnie jak za brak moralizatorstwa.

Joka, który powraca na scenę (w międzyczasie pracował jako taksówkarz) i chociaż jego flow sprawia wrażenie stojącego w miejscu, to jednak dobrze współgra z resztą brzmienia. Za to Abradab płynie po bicie jak ryba w wodzie, mając kilka trafnych fraz (lekko nostalgiczna „Historia”) nawijając o powrocie, przeszłości, miłości, robiąc to z humorem („Nie będzie też o kasce/O pieniądzach się nie mówi między gentelmenelami” czy ironiczny „Superstary”). Nie zawodzą też gościnnie pojawiający się Gutek, Grubson i Rahim.

„Ułamek tarcia” okazuje się zaskakująco dobrym materiałem i powrotem godnym legendy. Mimo surowego, klasycznego stylu, jest to interesująca propozycja ze świetną nawijką i ciągle świeżymi pomysłami. Ciekawe, czy na następny album też trzeba będzie czekać 16 lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Show of Hands – The Long Way Home

Show_of_Hands_-_The_Long_Way_Home_%28Official_Album_Cover%29

Muzyka folkowa wydaje się dla naszego kraju gatunkiem niezbyt interesującym, gdyż opartym tylko na żywym, niemal klasycznym instrumentarium w postaci gitary akustycznej i smyczków. Jednak w tym gatunku pojawiają się ciągle ciekawe albumy. Po świetnej zeszłorocznej produkcji The Unthanks, do tego grona dołącza nowa produkcja weteranów, czyli duetu Slow of Hands (Steve Knightley i Phil Beer).

Gitara gra tutaj szybko, jak na ten gatunek, a skrzypce współgrają z nimi niczym tancerz, co słychać w celtyckim „Breme Fell At Hastings” z pięknym wstępem (te cymbały) oraz świetnym dwugłosem w refrenie czy tytułowym kawałku. Nie brakuje wspólnego zaśpiewu (śliczny „Hallows’ Eve”), jak i obowiązkowych momentów wyciszenia jak gitarowy „Hambledon Fair” (w połowie wchodzi smyczek i mandolina) czy bardziej podniosły i chóralny „Keep Hauling”, śpiewany jakby przez całą wspólnotę na ważnej uroczystości. Całość brzmi tak, jakby było się członkiem tej grupy, która jest ze sobą silnie zżyta i chce się z nimi razem śpiewać te pieśni opowiadające o miłości czy prostym życiu.

Nie brakuje też skrętów w bluesa jak w „Sweet Bella” czy bardziej dynamicznej gry („Walk with Me”), ale cały album jest bardzo spójny, świetnie zaśpiewany i ma taki klimat, który pozwala zanurzyć się kompletnie przy tym dziele. Absolutnie polecam i zalecam wstrzyknięcie sobie Show of Hands. Nie ma się co więcej rozdrabniać.

8/10

Radosław Ostrowski

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir – 1976: A Space Odyssey

Wodecki_Zbigniew_Mitch_and_Mitch__1976_A_Space_Odyssey_2015

Nie jestem wielkim znawcą ani fanem twórczości Zbigniewa Wodeckiego. Jak każdy, znałem „Pszczółkę Maję” czy „Chałupy welcome to”. Jednak weteran polskiej muzyki rozrywkowej nie odpuszcza. Po udziale w projekcie Albo Inaczej, wziął udział w eksperymentalnym projekcie. Wspierany przez bawiący się muzyką zespół Mitch & Mitch, Orkiestrę Polskiego Radia i chór nagrał jeszcze raz swój debiutancki album z 1976 roku, o którym tak naprawdę niewielu – albo nikt – nie pamięta. Całość została zapisana w Studio Koncertowym im. Witolda Lutosławskiego i wydana pod tytułem „1976: A Spcae Odyssey”.

A efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, gdyż dostałem najwspanialszy wehikuł czasu. Na początek dostajemy mocne uderzenie kotłów i dęciaków, by popłynąć w lekkim „Opowiadaj mi tak”. Bogactwo instrumentów (te smyczki, perkusjonalia, kowadełko, gitara), obecność publiczności (w końcu to płyta koncertowa) i to zrobione w sposób tak lekki, tworząc nostalgiczny klimat, przypominając najszlachetniejsze brzmienie muzyki, jakie można sobie wyobrazić. Nie będę wymieniał czy analizował poszczególnych utworów, bo to zwyczajnie bez sensu. Dawno nie słyszałem tak równego materiału, gdzie każdy dźwięk od początku do końca działał. I nie ważne czy to przebojowe „Rzuć to wszystko co złe”, bardziej melancholijna „Pieśń ciszy” (piękne jest wszystko – od chórków po smyczki, perkusję, łagodną gitarę po solo puzonu), lekko rock’n’rollowy „Wieczór już” czy jazzowe „Odjechałaś tak daleko”, gdzie po pół minucie smyczki grają jak w horrorze.

Jeszcze bardziej zaskakują teksty – proste, ale nie prostackie, bezpretensjonalne, pełne liryzmu, magii i szczerości. Nie brakuje zabawy (gospelowa „Ballada o Jasiu i Małgosi”), dużej dawki optymizmu („Rzuć to wszystko co złe”) i odrobiny humoru (subtelna „Dziewczyna z konwaliami”, gdzie dwie chórzystki grają pierwsze skrzypce, a finał to zabawa muzyków – łącznie z pójściem w sambę).

„1976: A Space Odyssey” to przykład tego, że muzyka ciągle zaskakuje. Wodecki z Mitchami bawi się dźwiękami, odświeżając materiał, który nie powinien zostać zapomniany. Jak sam zainteresowany mówił: „z czasów, kiedy muzykę się tworzyło, a nie produkowało”. Lepiej się tego nie da skomentować.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zakk Wylde – Book of Shadows II

Zakk_Wylde_Book_of_Shadows_II

Zakk Wylde to jeden z ciekawszych gitarzystów rockowych lat 90., znany dzięki współpracy z Ozzym Osbournem oraz zespołowi Black Rebel Society. 20 lat po swojej solowej płycie „Book of Shadows” powraca do samodzielnego grania i teraz mamy szansę na niejako drugą część tego dzieła.

Sama gitara jest akustyczna, jednak aranżacje to już zupełnie inna sprawa, co już słychać w lekko podniosłym „Autumn Changes” z ciepłymi organami oraz smyczkami, zaś sama gitara elektryczna pojawia się łagodnie na samym końcu. Od początku przewija się melancholijny klimat przypominający dokonania klasycznego rocka. Zakk fajnie i lekko gra na gitarze, nadając całości odrobinę pazura. Spodobać się mogą sympatyczne snuje w postaci „Lay Me Down” (mocne riffy na koniec) czy wyciszonego „Lost Prayer”, który później zmienia tempo (znowu świetne riffy pod koniec). Całość jest bardzo spójna i pełna melancholijnego klimatu, spotęgowanego przez obecność Hammondów.

Ale muzyk jednak potrafi wprowadzić pewne subtelne detale – żeński chórek pod koniec „Lay Me Down”, dwugłos w „Darkest Hour”, piękny akustyczny wstęp w „The Levee”, organowe intro (niemal sakralne) w „Eyes of Burden”, fortepian w „Harbours of Pity”. A w każdym kawałku pod koniec Zakk pokazuje, co potrafi zrobić ze swoją gitarą i wtedy jesteśmy w muzycznym raju. Można się przyczepić, że wokal Wylde’a troszkę za bardzo przypomina Ozzy’ego, jednak zawsze tak bywa, gdy jest się pod wpływem mentora.

To znaczniejszy album niż się spodziewałem, bardziej jesienny niż wiosenny, ale nie oznacza, że jest zły. To przyjemna, ciepła i bardzo refleksyjna produkcja rockowa. Pozytywne zaskoczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Foxes – All I Need

Foxes_-_All_I_Need

Anglia, cóż bez niej zrobiłaby muzyka światowa. Podobno łatwo zyskać tam uznanie krytyki i publiczności, ale Foxes chyba tego nie potrzebowała. Ta młoda wokalistka popowa nagrała już dwie studyjne płyty, więc fakt ukazania się trzeciego albumu nie zaskoczył. Pytanie, czy w muzyce skierowanej do najszerszego grona odbiorców, da się wymyślić coś nowego?

„All I Need” to album zdecydowanie do grania na imprezach i parkietach. Już krótkie intro nazwane „Wise Up” daje nam o tym znać. Zaczyna się od echa w tle, a potem dołącza pulsująca elektronika ze skocznymi skrzypcami – to dopiero niecała minuta i dzieje się wiele. Jednak to wstęp przed czymś bardziej tanecznym. Czy to dobrze? Mam wątpliwości. „Better Love” broni się orientalnymi wokalizami, męskim chórkiem w refrenie  i dziewczęcym głosem Foxes, brzmiąc naprawdę nieźle. Chwytliwy „Body Talk” z ejtisowskimi klawiszami oraz perkusyjnymi zabawami ma spore szansę na podbój radiowych stacji, podobnie „Cruel” z zapętlonymi klawiszami w tle (chociaż żeński, zacinający się głos w tle może irytować).

Bliżej mojemu rozumieniu muzyki pop jest od połowy płyty, czyli od „If You Leave Me Now” z żywym instrumentarium w postaci smyczków i fortepianu, nie skręcając aż tak w stronę plastiku. „Amazing” skojarzyło mi się – nie wiem czemu – z ostatnimi dokonaniami Birdy, tylko bardziej zdynamizowane. Wyciszone (jak na taką muzykę) jest ballada „Devil Side” idąca w stronę r’n’b, tak samo jak „Feet Don’t Leave Me Now” ze świetnymi chórkami w tle oraz niemal epickim refrenem, zwiewny „Wicked Love” czy liryczny „Scar”.

Fani mogą się jeszcze zaopatrzyć w wersję deluxe z dodatkowymi czterema utworami, które są bardziej dyskotekowe, pełen elektroniki i cuda wianków. Ja sobie tą edycję odpuściłem, gdyż te utworki specjalnie mnie nie wkręciły – nie znaczy, że są złe, ale to nie mój klimat.

Ogólnie jest to zaskakująco dobry, popowy album – wydawałoby się, że dzisiaj rzecz nie do zrealizowania. Zdarzają się momenty irytujące, jednak nie jest ich tak dużo, jak przypuszczałem, a kawałków do tańca i przytulańca jest masa.

7/10

Radosław Ostrowski

Eliot Sumner – Information

920x920

Znacie to powiedzenie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni? Na swoim drugim albumie udowadnia to niejaka Eliot Sumner, znana wcześniej jako I Blame Coco. Córeczka Stinga, tym razem podpisując się własnym nazwiskiem na „Information” zaskakuje.

Polany elektroniką i zmierzający w stronę bardziej alternatywnego brzmienia „Information” budzi skojarzenia z… The Police. Wystarczy posłuchać otwierającego całość „Dead Arms & Dead Legs”, by się przekonać. Podobna rytmika, uderzenia perkusji, fortepian, nawet niski, nosowy głos Eliot – brakuje tylko reagge’owego entourage’u, ale finałowego „pobrudzenia” nie spodziewałem się. Dalej jest równie przebojowo i w duchu odrobinę post-punkowym, co najlepiej czuć w 7-minutowym utworze tytułowym, gdzie czuć echa zespołów inspirujących się od lat Joy Division (rytmiczny, metalowy bas, mroczne klawisze), a instrumentalna końcówka (3 minuty) to popisówka gitarzysty – takich brudnych riffów nie było od dawna. Tempo zmienia się od bardzo szybkiego (pełne elektroniki „Let My Love Lie On Your Life” czy gitarowe „Halfway To Hell” z dzwonami na początku) po bardziej wyciszone (melancholijny „After Dark” czy mroczniejsze „I Followed You Home” z zimnymi klawiszami).

Sumner nie odkrywa tutaj niczego nowego, niemniej „Information” jest bardzo przyjemnym albumem, mieszającym estetykę lat 80. (początku dokładnie) ze współczesną produkcją i intrygującym głosem Eliot. Niby nic wielkiego, ale w dzisiejszym świecie to naprawdę dużo – melodyjne i przebojowe kompozycje w alternatywnym tle. Spójne, zgrane i cholernie dobre.

7/10

Radosław Ostrowski

Pet Shop Boys – Super

super

Duet Pet Shop Boys to jeden z najsłynniejszych grup zajmujących się muzyką elektroniczną, podbijających parkiety od lat 80. Co prawda, dawna sława już minęła, jednak Neil Tennant z Chrisem Lovem konsekwentnie trzymają się szlaku z początku swojej drogi. Ostatnie lata były zaskakująco udane dla duetu (wyciszony „Elysium” z 2012 r. i bardziej przebojowy „Electric” z 2013 r.) i „Super” tego stanu rzeczy nie zmieni.

„Super” to kolejna kooperacja duetu z producentem Stuartem Pricem, czyli nadal będzie przebojowo i tanecznie. Elektroniczne przejścia i sprawdzone patenty z lat 90. połączone z ciepłym głosem Tennanta także i tutaj działają. Pulsujący „Happiness”, gdzie wszystko poza śpiewem jest poligonem doświadczalnym i dzieje się wiele – pulsujący bas, echa, klaskana perkusja, nasilającej się elektroniki, kosmiczne dźwięki niczym z komputera jakiegoś statku kosmicznego. Panowie nie zapominają o tworzeniu chwytliwych melodii, co słychać w singlowym „The Pop Kids”, melancholijno-tanecznym „Twenty-something” czy wystrzałowym „Groovy”. Bardziej melancholijne „The Dictator Decides” z opadającymi smyczkami w tle pachnie nową falą, a wplecenie przerobionej żeńskiej wokalizy pod koniec robi wrażenie.

Ale nie zawsze jest tak przyjemnie, jak w przypadku „Pazzo!” z grubym bitem i syrenami w tle, który nie pasuje do reszty. Podobnie jak troszkę lepszy „Inner Sanctum”, idący ku bardziej współczesnej robocie. Bardziej podniosły „Undertow” jest na szczęście powrotem do pulsujących podkładów i zatracenia się na parkiecie – po to zresztą panowie grają. Wyjątkiem od tej reguły jest melancholijny „Sad Robot World”, który współgra brzmieniowo z całą resztą.

„Super” to kolejny solidny album Pet Shop Boys. Być może grupa nie stanie się znowu popularna jak na przełomie lat 80. i 90., ale panowie nie zgubili drygu do pisania wpadających w ucho melodii na imprezę. Nie powiedziałbym, że jest super, ale na pewno fajnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Maciej Maleńczuk – Jazz for Idiots

000572AS1H9XWR49-C122

Maciej Maleńczuk to jedna z barwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej – kontrowersyjny rockman, który ostatnio tak miesza gatunkami i konwencjami, że można się łatwo w tym pogubić. Tym razem postanowił rozstać się z Psychodancing i założyć nową grupę, grającą jazz. Poza Maleńczukiem, który gra na… saksofonie, zespół tworzą trębacz Przemek Sokół, basista Andrzej Laskowski, pianista Darek Tarczewski oraz perkusista Tobias Hass.

Ku zaskoczeniu, „Jazz for Idiots” jest albumem instrumentalnym, który wydaje się wzorować na klasyce gatunku. Na początek dostajemy „Gekona” z popisem Sokoła oraz elegancką grą klawiszy (stary, dobry Hammond) wspartych przez zgraną sekcję rytmiczną. „Petite Fleur” zaczyna się strzałem i chaotyczną grą wszystkich, by następnie się wyciszyć w stronę eleganckiego tanga, gdzie Maleńczuk z Sokołem grają głośno, by potem z lekkością wskoczyć w refrenie. Kompletnym odlotem wydaje się „Snobby Bobby” z futurystyczną elektroniką oraz agresywnym saksofonem, co dla osób rzadko sięgających po jazz, może wywołać ogromny szok. Następną zmianą jest bardziej taneczna i skoczna piosenka „Tell Me That You Want Me”, wykonana z luzem oraz niezłym głosem Maleńczuka. Bardziej poważny jest temat z filmu „Wielkie żarcie”, gdzie swoje robi przede wszystkim fortepian i swawolne wokalizy Macieja, by potem znów otrzymać lżejszą „Melodię na trzy oddechy”.

Słychać, że muzycy są zgrani i mieli sporo frajdy podczas nagrywania tego materiału, jednak zaskakuje mnie zachowawczość i powściągliwość, czego po takim twórcy jak Maleńczuk się nie spodziewałem. Poza „Snobby Bobby” drugim takim przełamaniem jest elektroniczno-orientalny „Jazz Is Dead”. Rzadko śpiewający Maleńczuk ma w sobie sporo uroku (wdzięczne „Ach, proszę pani”), a i saksofonem gra nie najgorzej. Sam artysta zapowiadał, że będzie to jazz bardziej przystępny dla ludzi i próba dekonstrukcji, ale to tylko połowicznie zostało wykonane. „Jazz for Idiots” wydaje się materiałem skierowanym raczej dla zaczynających przygodę z tym gatunkiem muzycznym, ale też znawcy gatunku znajdą wiele dla siebie. I jestem ciekawy kolejnego ruchu Maleńczuka.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebeka – Davos

Rebeka-Davos

Polska scena elektroniczna staje się coraz bardziej bogata, co jest zasługą takich projektów jak Król, The Dumplings, Kamp! czy Bokka. Równie duet Rebeka, czyli Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny, którzy do tej pory wydali dwie EP-ki i właśnie wchodzi do półek ich drugi album.

Piosenek jest raptem 10, z czego jedna („Białe kwiaty”) jest śpiewana po polsku, a estetyką najbliżej do triphopu z początku lat 90. Otwierający całość „The Trip” jest taką wędrówką z dziwacznym tłem, eterycznym głosem Iwony i klaskanej perkusji, tworząc zmysłową i tajemniczą aurę, potęgowaną przez kosmiczne dźwięki w połowie utworu. A to dopiero początek podróży z „Davos”. Bardziej łamany jest „What Have I Done?”, gdzie perkusja w tle dosłownie strzela, choć to delikatne pociski, a idące falami klawisze natężają swój rytm, pod koniec wspierany przez gitarę elektryczną. „Falling” mogłoby powstać spokojnie przez Kamp! (uderzenia perkusji), jednak początek z przemontowanymi głosami wywołuje zdumienie. A kiedy wchodzi lightowa gitara, powstaje magia, której nie jest w stanie zatrzymać nawet zapętlenie pod koniec.

Mnie z całego albumu najbardziej urzekł odrobinę gitarowy „Perfect Man”, taneczne „Today”, zagadkowe „Who’s Afraid?” oraz wspomniane już „Białe kwiaty”, jednak reszta też jest jak najbardziej godna uwagi, ale w zależności od nastroju. „Davos” to spójna i miejscami mroczna płyta, która dla fanów elektroniki i poszukiwaczy nowych dźwięków będzie sporą satysfakcją.

7/10

Radosław Ostrowski