Jeff Buckley – You And I

You_and_I_%28Front_Cover%29

To jeden z tych wykonawców, którzy wydali jedną płytę, ale szansę na większą karierę przerwała śmierć. Kimś takim w USA – poza Evą Cassidy – był Jeff Buckley, którego najbardziej znaną piosenką był cover „Hallelujah” Leonarda Cohena. Teraz wychodzi album zawierający kolejny zestaw coverów.

Utwory nagrano podczas sesji w lutym 1993 roku, a zestaw utworów jest nie do końca oczywisty, chociaż są to kompozycje znanych wykonawców jak Bob Dylan, Led Zeppelin czy The Smiths. Jest tylko Jeff i jego gitara. Czasami odezwie się oszczędna perkusja (bluesowe „Everyday People”), jednak to Buckley ze swoim głosem jest na pierwszym planie, tak jak w wyciszonym „Don’t Let the Sun Catch Your Cryin'” czy utrzymanym w podobnym tonie „Calling You”. Bonusem można nazwać wersję demo „Grace” oraz napisany przez Buckleya „Dream of You and I” (bardziej gadany niż śpiewany, gdyż Jeff opowiada o tym utworze).

Można narzekać, że jest za spokojnie (wyjątkiem jest „The Boy with the Thorn In His Side”) i zbyt skromnie, jeśli chodzi o instrumentarium, ale głos Buckleya oraz jego gra na gitarze potrafi tak oczarować, że takie mankamenty nie mają żadnego znaczenia. Potrafi poruszyć (finałowe „I Know It’s Over”), jak i zabrzmieć bardziej ekspresyjnie („Night Flight”), pokazując ogromny potencjał, który nie został w pełni wykorzystany.

8/10

Radosław Ostrowski

Iggy Pop – Post Pop Depression

post-pop-depression-640x640-640x640

Iggy Pop to prekursor punk rocka, który mimo ponad 60 lat na karku, nadal pozostaje aktywnym muzykiem. Na swoim 17 albumie solowym (czytaj: nagranym bez macierzystego zespołu Iggy & the Stooges) pokazuje, że jeszcze ma wiele do powiedzenia. Pop wsparty przez trzech młodszych (znacznie) od siebie kolegów: gitarzystów Josha Homme’a i Deana Fertity (obaj z Queens of the Stone Age) oraz perkusisty Matta Heldersa (Arctic Monkeys) stworzył coś, co można śmiało nazwać powrotem do korzeni.

Czyli brudny, punkowy klimat znany również z macierzystej grupy Homme’a, który jest też producentem albumu. Świetnie zgrana sekcja rytmiczna robi swoje jak trzeba, gitara brudzi, ale jednocześnie jest melodyjna (świetny opener „Break Into Your Heart”), a sam głos Popa – bardziej melorecytujący niż śpiewający – współgra z całością bardzo dobrze. Singlowa „Gardenia” to strzał w dziesiątkę, pachnący alternatywą lat 70. (te krótkie wejścia gitary oraz środkowy riff), z przebojowym refrenem, a im dalej, tym ciekawiej. „American Valhalla” z intrygującym wstępem klawiszowym (coś jak melodia z pozytywki) przechodzi w dudniący bas, a klawisze przygrywają w tle, dopuszczając jeszcze gitarę, by pod koniec się wyciszyć.

„In the Lobby” niby jest spokojne, ale gitara po minucie zmienia ten obraz, dokonując poważnej demolki, a sam Pop miejscami krzyczy. Najbliżej tutaj do ostatnich dokonań QOTSA, podobnie jak w szybszym (jeśli chodzi o sekcję rytmiczną) „Sunday” z ładnym głosem Homme’a w refrenach oraz pań w połowie, zmieniając tempo na bardziej marszowe. A na sam koniec utworu słyszymy uspokajające smyczki oraz dęciaki – kompletny odlot. Tak samo jak akustyczny „Vulture”, idący później w westernową estetykę (dzwony, „strzelająca” perkusja), lekko psychodeliczne „German Days” czy „Paraguay” zaczynający się od śpiewu a capella, by potem działy się szalone rzeczy.

Ostatnio pojawiły się wieści, ze Iggy Pop zamierza zakończyć karierę muzyczną. Jeśli to prawda, to byłaby wielka szkoda. „Post Pop Depression” to najlepszy album Popa od bardzo dawna i mógłby to być nowy etap w karierze tego muzyka. Ale może Iggy zmieni zdanie i znów zaszaleje.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

3 Doors Down – Us and the Night

ThreeDoorsDownUsandtheNightalbum

Pojawiają się takie zespoły, które są po prostu fajne, mimo popularności na początku. Do tych kapel zalicza się amerykański skład 3 Doors Down pod wodzą Chada Arnolda. Po dobrze przyjętym poprzednim albumie „Time of My Life”, zespół opuścił gitarzysta Matt Roberts oraz basista Todd Harrell. Na ich miejsce wskoczyli Chet Roberts oraz Justin Biltonem, a w tym składzie nagrali nowy materiał.

„Us and the Night” to nadal rockowa muzyka, w czym pomógł producent Matt Wallace, który współpracował m.in. z Faith No More, Maroon 5 czy Train. Muzycy pomieszali do swojego brzmienia drobne elektroniczne wejścia oraz pobrudzenia (niezły „The Broken”), ale nie zapominają o riffach oraz energii, co dobitnie pokazuje szybki „In the Dark” czy hardrockowy „Still Alive” ze świetnymi gitarami. Dalej nie jest spokojniej – mocne uderzenia dynamicznej perkusji („Believe It”), gitary zapętlone i robiące za tło („Living in Your Hell”), nastrojowo grającego fortepianu (ballada „Inside of Me”) czy szybkiej akustycznej gitary („I Don’t Wanna Know”). Do wyboru, do koloru i z kopem.

Ja w muzyce rockowej oczekuje przede wszystkim ognia i popisów gitarowych. Chet Roberts robi robotę i potrafi ostro zagrać, a nawet spokojniejszy numer ubarwić (średnie „Pieces of Me”), a wokal Arnolda nadal dobrze brzmi, sprawiając sporo radości podczas słuchania. Nie jest to coś, czego bym nie znał, ale jak fajnie to brzmi. Nawet spokojniejsze ballady jak finałowy „Fell From The Moon” brzmią znośnie i nie popadają twórcy w kicz. Brać i nie żałować.

7/10

Radosław Ostrowski

Tanita Tikaram – Closer To The People

tanita-tikaram-closer-to-the-people

Urodzona w Niemczech brytyjska wokalistka popowa, znana dzięki jednemu przebojowi z debiutanckiej płyty. Hitem było „Twist In My Sobriety”, a tą artystką Tanita Tikaram. Po tym oszałamiającym sukcesie dalej wydawała płyty, jednak żaden utwór nie powtórzył sukcesu. Co nie znaczy, że powstawało wiele dobrych utworów. Tanita postanowiła o sobie przypomnieć wydając „Closer To The People”.

Tym razem zamiast stricte popowego brzmienia, artystka powędrowała w kierunku bluesa i jazzu, w czym pomagał jej zespół, w skład którego wchodzili Bobby Irwin, Martin Minning oraz Matt Radford, współpracujący m.in. z Vanem Morrisonem. Że będzie inaczej pokazuje otwierający całość „Glass Love Train” – ciepły, łagodny numer ze spokojnie grającymi dęciakami drewnianymi i dzwoneczkami wszelkiej maści. Dalej jest równie spokojnie, ale nie nudno. „Cool Waters” z pianistycznym wstępem, żwawą gitarą oraz pięknymi smyczkami przyjemnie buja, „The Way You Move” jest szybszym tangiem rozegranym na gitarę oraz cudownym saksofonem, a tytułowy utwór z podniosłymi dęciakami rozsadza głowę.

Mi chyba najbardziej spodobały się utwory przypominające stare czasy jazzu oraz bluesa jak wolny „Gris Gris Tails”, gdzie wpleciono zgrabnie elektronikę czy knajpiarski „The Dream of Her” z przewodzącym fortepianem oraz solówką skrzypiec, a także „Food on My Table” z fajnymi dęciakami. Dojrzały głos Tanity dobrze współgra z tą stylistyką, chociaż pierwszy odsłuch może wprawić w konsternację.

Czy „Closer To The People” zmieni postrzeganie Tanity Tikaram jako artystki jednego przeboju? Wątpię, co nie zmienia faktu, że jest to bardzo przyzwoity materiał, zrealizowany ze stylem i smakiem. Przyjemnie się tego słucha, kompozycje wpadają w ucho, a czarujący głos Tanity uzupełnia całość.

7/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – Both Sides (deluxe edition)

both sides

Jest rok 1993, a Phil Collins jest jednym z najpopularniejszych wokalistów popowych w Wielkiej Brytanii. I wtedy wydaje swój piąty album, który – znowu – odnosi wielki sukces komercyjny oraz artystyczny. W całości wyprodukowany przez Phila album teraz doczekał się remasteringu oraz dodatkowej zawartości.

Zaczyna się od mocnego uderzenia w „Both Sides of the Story”, gdzie perkusja wali, a gitara z basem ubarwia swoimi pasażami początek, by ustąpić miejsca ciepłym klawiszom. Mimo upływu lat czuć moc uderzenia oraz silną energię z głosu Phila. Wszystko ulega potem wyciszeniu w „Can’t Turn Back The Years”, gdzie wszystko jest uspokojone – klawisze, perkusja. Mocniej uderza fortepian na początku „Everyday”, by wprowadzić w romantyczny nastrój, a w tym Phil czuje się jak ryba w wodzie. Dołącza potem perkusja, bas oraz klawisze, wspierane pod koniec przez gitarę. Cały album jest właśnie taki – bardziej refleksyjny, spokojnie zagrany, z krótkimi momentami wybuchu. Bywa kilka szokujących momentów (folkowy „We’re Sons of Our Fathers” z delikatną gitarą i wszechstronną elektroniką, idący troszkę w Orient „Can’t Find My Way” i dynamiczniejszy „Survivors”, mroczniejszy „We Fly Close” z cytrą otwierającą i kończącą utwór, troszkę przypominający „In The Air Tonight” czy inspirowany „irlandzkimi” dźwiękami „We Wait And We Wonder”), jednak całość sprawia wrażenie spokojnego i spójnego dzieła.

Drugi album zawiera w większości utwory w wersjach koncertowych, ale są też dwa utwory, które ostatecznie nie trafiły do pierwotnej wersji płyty. Pierwszy to melancholijny i wyciszony „Take Me With You”, drugim zaś „I’ve Been Trying” z ładnie grającą perkusją. Dodatkowo dostajemy jeszcze dwa utwory w wersji demo, czyli na bogato.

„Both Sides”, choć bardziej spójne i mniej różnorodne niż „Face Value”, to nadal dawka popu z bardzo wysokiej półki, unikającego banału oraz płytkości. Głos Phila nadal potrafi poruszyć, chociaż jest pozornie mniej ekspresyjny niż zwykle, kompozycje są co najmniej dobre, tak samo teksty. Dobrze, że album został zremasterowany, bo dźwięk brzmi przepięknie, a dodatki są ciekawe. Absolutnie warto mieć.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ania Dąbrowska – Dla naiwnych marzycieli (limited edition)

Dla_naiwnych_marzycieli

To jedna z najlepszych polskich wokalistek ostatniej dekady. Dąbrowska znana z estetyki retro pop z lat 60., jednak już przy ostatnim albumie „Bawię się świetnie” widać było drogę ku współczesności. Najnowszy album „Dla naiwnych marzycieli” jest kontynuacją tego kierunku.

Od strony producenckiej za brzmienie odpowiada Aleksander Kowalski, znany bardziej jako Czarny HiFi – współpracujący ze środowiskiem hip-hopowym. Otwierająca całość singlowa „Nieprawda” odpowiednio zapowiada zmiany, tutaj pachnące reggae. Muzyka ta tutaj dominuje („Bez ciebie”, „Poskładaj mnie”) z chwytliwymi bitami, świetną perkusją, fletami, fortepianem oraz gitarą elektryczną.  Dalej jest równie przebojowo – przypominające kołysankę graną z adaptera jak w „Gdy nic nie muszę” (te smyki i klawisze) czy znowu reggae’owe „Bez ciebie” z ciepłymi klawiszami, gitarą oraz fortepianem. „Nie patrzę” z chwytliwą gitarą oraz elektroniczną perkusją zaskakuje tempem i przebojowym refrenem, podobnie jak pianistyczny „Naiwny marzyciel” czy gitarowe „Oddycham” z przepięknymi skrzypcami pod koniec. Dla mnie jednak perłą w koronie jest „Staram się nie czuć”. Zaczyna się niemal jak kawałek country z gitarami w rolach głównych, do których potem dołącza flet, fortepian i trąbka. Na sam koniec dostajemy anglojęzyczne „I’m Trying to Fight It”.

Ale wydanie limited zawiera dodatkowy materiał, który nie jest w żadnym wypadku zapchajdziurą. Trzy utwory w wersjach akustycznych, jeden remix, jedno demo i trzy nowe kawałki. Sama Ania nadal czaruje swoją barwą głosu, jedyną w swoim rodzaju oraz słodko-gorzkimi tekstami o miłości. Wszystko brzmi znakomicie, więc warto było czekać cztery lata. Ania Dąbrowska nigdy tak dobrze nie brzmiała.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Adele – 25

Adele_-_25_%28Official_Album_Cover%29

Minęły aż 4 lata, gdy Adele postanowiła przypomnieć o sobie. Konsekwentnie album nosił tytuł taki, jak wiek wokalistki w trakcie nagrywania i otoczyła się sztabem producentów (m.in. Ryan Teder, Paul Epworth i Danger Mouse).

Całość rozpoczyna melancholijne „Hello”, które każdy słyszał wielokrotnie w radiu. I z sekundy na sekundę staje się coraz bardziej intensywne, ciężkie i chwytające za gardło. Jednak zamiast zaatakować mocniej, Adelka w „Send My Love” idzie w stronę bardziej współczesnego popu, opartego na chwytliwej gitarze i skocznej, elektronicznej perkusji. Mroczniejsze jest „I Miss You” z dziwnymi głosami w tle, brzmiącymi jak duchy. Aurę tajemnicy potęguje szybkie uderzenie perkusji oraz Hammondy – coś niesamowitego. Zamiast podkręcenia aury, wyciszenie w romantycznym, zagranym na pianinie „When We Were Young”. Fortepian odzywa się też w żywszym „Remedy”, a „Water Under the Bridge” jest przyjemną odskocznią z ładnymi gitarami w tle, tylko jakoś ta perkusja mi tu nie pasuje. Zupełnie inaczej jest z „River Lea” – troszkę gospelowym utworze (te chórki i klawisze), który w refrenie pokazuje inne oblicze. Melancholijny romantyzm powraca w pięknym „Love In the Dark” z fortepianem oraz smyczkami, a tuż po nich gitarowe „Million Years Ago” oraz pianistyczne „All I Ask”, by na sam koniec dostać przebojowe „Sweetest Devotion”.

Adele coraz bardziej zaskakuje swoim kompozycjami, pełnymi ciekawych smaczków i detali, a sama jej barwa głosu to jeden z najpotężniejszych głosów ostatnich lat.  I muszę przyznać, ze „25” najbardziej podoba mi się z całej dyskografii Adele, dając nadzieję, że Brytyjka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. A co do „25” ocena może być tylko jedna:

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Kombii – Symfonicznie

kombii symfonicznie

Od lat jest wyczuwalny trend nagrywania albumów z muzyką symfoniczną. Tym razem do tego zaszczytnego grona postanowiła dołączyć grupa Kombii, wspierane przez Polską Orkiestrę Radiową, zaś aranżacje to dzieło Jacka Piskosza i Pawła Dampca. Bo jakżeby inaczej uczcić 40-lecie działalności grupy, jak nie nagraniem symfonicznych wersji swoich przebojów? Koncert nagrano w Arkadach Kubickiego 22 września 2015 roku.

I muszę przyznać, że wersje symfoniczne są na pewno ciekawsze od elektroniczno-popowej rąbanki (pod warunkiem, że mówimy o nowych przebojach), co daje przykład epickiego „Pokolenia” ze znakomitymi smyczkami – na początku melancholijnymi i podniosłymi, by potem przyspieszyć, nadając całości dynamiczny charakter. Zmianę wyczuć można w romantycznym „Jak pierwszy raz” (te cymbałki, harfa i trąbki pod koniec), gdzie także słychać już popowy sznyt zespołu z chwytliwym basem oraz akustyczną gitarą Skawińskiego. Równie lirycznie brzmi „Awignon” z mocnym wstępem oraz ładnymi smyczkami i dęciakami drewnianymi, przez co mniej irytuje. „Ślad” zaczyna się tajemniczymi uderzeniami perkusji oraz mroczniejszymi klawiszami, wspieranymi przez smyki. „Królowie życia” są bardziej melancholijni, skręcający w jazz (fortepian), podobnie jak walc „Sen się spełni”. „Kto sieje wiatr” jest bardzo stonowane, gdzie poza głosem Skawińskiego, gra tylko fortepian, ale prawdziwą perłą jest tutaj „Black and White” zaczynające się od uderzeń kotłów i perkusjonaliów, nadających dziełu bardziej epickiego rozmachu (w czym pomagają smyki i dęciaki).

Kontrastem jest „Myślę o Tobie” idące w stronę bardziej latynowskich brzmień z plumkającymi smykami, za to spory luz czuć w „Victoria Hotel”, zaś umieszczone na finał „Nasze rendez-vous” pachnie romantyzmem, że nie da się od tego uwolnić.

Kolejny przykład, że symfoniczne albumy to nie jest tylko bezczelny skok na kasę oraz brak pomysłów. Absolutnie warto mieć.

8/10

Radosław Ostrowski

Wolfmother – Victorious

WolfmotherVictoriousAlbum

Legendarny australijski hard rockowy zespół Wolfmother po latach przerwy powrócił w 2014 roku bardzo dobrze przyjętym „New Crown”. Kierowane przez Andrew Stockingtona trio postanowiło pójść za ciosem i po dwóch latach serwuje nowy materiał „Victorious”.

Za produkcję tego dzieła odpowiada Brendan O’Brien znany ze współpracy m.in. z Pearl Jam, Brucem Springsteenem, Soundgarden i The Killers. Jest brudno, ostro i z nerwem, co daje opener „The Love What You Give” z mocnymi uderzeniami perkusji, podobnie jak szybki oraz epicki utwór tytułowy z nośnym refrenem, by w połowie wyciszyć się grą gitary akustycznej. Równie wystrzałowy jest „Baroness” ze świetnie grającą sekcją rytmiczną oraz organami, tworzącymi odrobinę psychodeliczny klimat czy pachnący klasykami „City Lights”. Ale żeby nie było zdarzają się momenty słabsze jak pachnące mocno indie rockiem „Pretty Peggy” czy „Best of a Bad Situation” (broni się tylko druga połowa z klawiszami, pachnącymi kosmosem). Reszta utworów jest na bardzo przyzwoitym poziomie („Gypsy Caravan” czy bardzo ostre „Happy Face”), a krotki czas trwania (nieco ponad pół godziny) nie pozwala na znudzenie się.

Z kolei wokal samego Stockingtona, mocno przypominający Roberta Planta z czasów Led Zeppelin, wywoływał we mnie skrajne emocje. Z jednej strony potrafił zgnieść swoją siła rażenia, by potem (zwłaszcza w wolniejszych utworach) jego manieryzmy doprowadzały do irytacji.

Trudno nazwać Wolfmother zwycięzcami, ale jedno jest pewne – nowy album nie przynosi im wstydu i jest kawałkiem dobrej, melodyjnej muzyki rockowej w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Phil Collins – Face Value (Deluxe Edition)

face value

Czy jest ktoś w Polsce, kto nie znałby Phila Collinsa? Ten popularny wokalista, perkusista i członek legendarnego zespołu Genesis od lat jest już na muzycznej emeryturze. Ale tym razem postanowił przypomnieć o sobie, jednak nie nagrywać nową płytę, tylko dokonując reedycji dwóch albumów. Zacznę od tej pierwszej – wydanej w 1981 roku „Face Value” (dostępny także w wersji deluxe, o której opowiem).

Album powstawał w momencie, gdy wokalista rozwodził się i ten ponury nastrój jest bardzo mocno obecny od początku do końca. Początek to najbardziej znany przebój Collinsa – minimalistyczny „In The Air Tonight” z cichą perkusją, sporadycznymi wejściami gitary elektrycznej oraz powoli pulsującymi klawiszami. Wtedy w połowie nakładają się głosy innych osób z głosem Collinsa, dotrzymując mu towarzystwa do finału z mocno atakującą perkusją. Wyciszenie daje nam delikatny „This Must Be Love” z oszczędną perkusją, ciepłymi klawiszami oraz gitarą akustyczną, tworzącą bardziej melancholijny nastrój. Smutek jednak nie trwa wiecznie i wtedy Phil pokazuje swój feeling jazzowo-soulowy w energetycznym „Behind the Lines” (utwór z Genesis), gdzie jest wszystko, co w tego typu muzyce być powinno – swingujące dęciaki, chwytliwy bas, chórki oraz bardziej żywiołowy wokal Phila. A całość kończy się dźwiękami świerszczy, które rozpoczynają „The Roof Is Leaking” i wracamy do smutku, w czym pomaga fortepian oraz delikatnymi dźwiękami gitary Erica Claptona, a także slide guitar.

I wtedy pojawia się instrumentalny „Droned” rozpisany na perkusję, wolno grające skrzypce (grający na nich L. Shankar udziela się także głosowo) oraz przyspieszający z sekundy na sekundę fortepian, wspierany przez klawisze. Nie jest to jedyny skręt w muzykę świata, co czuć też w „Hand in Hand” z egzotycznie brzmiącymi klawiszami oraz ciekawymi głosami, by nagle zaatakować trąbkami, a sam Phil ogranicza się do gry na perkusji (i robi to z klasą). Ale jego głos wraca w kolejnym jazzowym numerze „I Missed Again”, by uspokoić wszystkich w pianistyczno-smyczkowym „You Know What I Mean”, a następnie zaatakować w „Thunder And Lightning” (cholernie dobry riff na początku), chociaż to najspokojniejszy z jazzowego oblicza Collinsa (razem z „If Leaving Me Is Easy” – kapitalne solo saksofonu na początek). A na końcu dostajemy wisienkę na torcie – cover utworu The Beatles „Tomorrow Never Knows” z pulsującą elektroniką oraz puszczonymi od tyłu dęciakami i głosami.

Drugi krążek zawiera wersje demo oraz wykonania koncertowe, co zawsze jest przyjemną ciekawostką. Jednak są też utwory, które nie pojawiły się na tym albumie jak „Misunderstanding” (cover Genesis) – także w wersji demo – …”And So To F” oraz „Please Don’t Ask”.

Sam album jest uważany za jeden z najważniejszych w historii muzyki rozrywkowej. I trudno się z tym nie zgodzić – Collins już tutaj pokazuje, że jako solista ma nieprawdopodobny potencjał, charyzmę i to wyczucie, które sprawiało, iż sprawdzał się zarówno w bardziej dynamicznym jak i bardziej intymnym repertuarze. I mimo 25 lat na karku, czas nie ugryzł go zbyt mocno. Rewelacja.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski