Leonard Cohen – You Want It Darker

Leonard_Cohen_You_Want_It_Darker

Są tacy twórcy, którzy mimo zaawansowanego wieku nadal tworzą, śpiewają i spełniają się artystycznie. Kimś takim jest 82-letni Leonard Cohen. Ostatnie lata twórczości tego Kanadyjczyka to powrót do czasów świetności i konsekwentnie spójny świat („Old Ideas”, „Popular Problems”). Teraz wsparty przez swojego syna Adama (współproducent i współautor) realizuje kolejne swoje dzieło.

„You Want It Darker” to mroczniejsze oblicze mistrza Cohena, zachowujące minimalistyczny to znany z poprzednich albumów. Zapowiada to już tytułowy utwór, gdzie w tle mamy chór wsparty przez organy oraz stonowaną sekcję rytmiczną. W „Treaty” na pierwszym planie jest wolny fortepian oraz delikatnie przewijające się smyczki – typowy Cohen ostatnich lat i zawsze poruszający. Odrobinę żywszy jest „On the Level” w bardziej popowym entourage’u – jest żeński chórek w refrenie, mocniej zaakcentowana perkusja oraz gitara z organami w refrenie. I jak przyjemnie to buja, co jest naprawdę ciekawe. Wyciszenie daje odrobinę folkowy „Leaving the Table” z gitarą skręcającą ku country. Koi za to „If I Didn’t Have Your Love”, gdzie znów swoje robią organy oraz gitara, a także bardzo spokojny głos samego Leonarda.

„Travelling Light” to kolejny typowy numer Cohena ze skrzypcami (prześlicznymi) oraz mandoliną w tle, czyli folk pełną gębą. Przełamaniem jest żeński chórek na początku oraz oszczędna elektronika w tle. Brzmi to niczym pieśń żałobna, ale chwyta za serducho. Inaczej jest w „It Seemed the Better Way”, chociaż nie do końca. Wraca chór znany z początku płyty i aranżacja podobna jak w tytułowym utworze, ale pojawia się smyczek (między zwrotkami), dodając odrobinę jasności i melancholii. Na sam koniec Cohen serwuje dwie piękne perełki – „Steer Your Way”, gdzie znowu słyszymy skrzypce (najlepsze w tym albumie) oraz powtórzone „Treaty” w wersji instrumentalnej.

Cohen nadal czaruje swoim bardzo niskim, ale i głębokim głosem opowiada intymne opowieści o miłości (takiej bardziej dojrzałej, po wielu przejściach), samotności, mroku. Pełne refleksji i wrażliwości, jakiej nie mogliby się powstydzić młodsi koledzy po fachu. Z wiekiem jest coraz ciekawszy i interesujący, przez co warty przesłuchania i odsłuchania.

8/10

Radosław Ostrowski

Adam Cohen – We Go Home

We_Go_Home

Trudno jest żyć i tworzyć w cieniu swojego sławnego ojca. Ale Adam Cohen nie przejmuje się tym i do tej pory nagrał już trzy płyty. I parę dni po urodzinach oraz wydaniu płyty swojego ojca, postanowił podzielić się nowym materiałem.

I jest to bardzo delikatna, oszczędna brzmieniowo płyta folkowa. Tak jak jego taty, bez popisywania się, wręcz czasem surowa, trudno ja nazwać za przebojową (pewien potencjał ma tytułowy utwór – pogodny i dość szybki z bogatą aranżacją, jak na taką płytę). Ta oszczędność działa na korzyść, gdyż płyta działa wyciszająco, a proste instrumentarium (gitara akustyczna, perkusja, czasem odezwie się fortepian, smyczki i chórki) wystarczy. A drugą siłą jest wokal Adama, który przypominający tatę z czasów młodości. W zasadzie trudno tu wyróżnić jakikolwiek utwór, co nie znaczy, że się nie wyróżniają (akordeon w „Uniform”, klaskanie w „Love Is” czy pianistyczne „What Kind of Woman”). Po prostu poziom jest dość równy oraz bardzo solidny. Takich spokojnych i refleksyjnych albumów będzie jeszcze sporo, wiadomo dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski