Adele – 25

Adele_-_25_%28Official_Album_Cover%29

Minęły aż 4 lata, gdy Adele postanowiła przypomnieć o sobie. Konsekwentnie album nosił tytuł taki, jak wiek wokalistki w trakcie nagrywania i otoczyła się sztabem producentów (m.in. Ryan Teder, Paul Epworth i Danger Mouse).

Całość rozpoczyna melancholijne „Hello”, które każdy słyszał wielokrotnie w radiu. I z sekundy na sekundę staje się coraz bardziej intensywne, ciężkie i chwytające za gardło. Jednak zamiast zaatakować mocniej, Adelka w „Send My Love” idzie w stronę bardziej współczesnego popu, opartego na chwytliwej gitarze i skocznej, elektronicznej perkusji. Mroczniejsze jest „I Miss You” z dziwnymi głosami w tle, brzmiącymi jak duchy. Aurę tajemnicy potęguje szybkie uderzenie perkusji oraz Hammondy – coś niesamowitego. Zamiast podkręcenia aury, wyciszenie w romantycznym, zagranym na pianinie „When We Were Young”. Fortepian odzywa się też w żywszym „Remedy”, a „Water Under the Bridge” jest przyjemną odskocznią z ładnymi gitarami w tle, tylko jakoś ta perkusja mi tu nie pasuje. Zupełnie inaczej jest z „River Lea” – troszkę gospelowym utworze (te chórki i klawisze), który w refrenie pokazuje inne oblicze. Melancholijny romantyzm powraca w pięknym „Love In the Dark” z fortepianem oraz smyczkami, a tuż po nich gitarowe „Million Years Ago” oraz pianistyczne „All I Ask”, by na sam koniec dostać przebojowe „Sweetest Devotion”.

Adele coraz bardziej zaskakuje swoim kompozycjami, pełnymi ciekawych smaczków i detali, a sama jej barwa głosu to jeden z najpotężniejszych głosów ostatnich lat.  I muszę przyznać, ze „25” najbardziej podoba mi się z całej dyskografii Adele, dając nadzieję, że Brytyjka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. A co do „25” ocena może być tylko jedna:

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Adele – 21

Adele_-_21

Minęły dwa lata i młoda dziewczyna z Anglii, która była objawieniem roku 2009 roku, musiała udowodnić, że nie był to tylko przypadek. „21” stało się najlepiej sprzedającym się albumem 2011, a sama Adele megagwiazdą na skalę światową. Czy zasłużenie?

Przy produkcji wsparł ją znowu sztab producentów (poza Jimem Abbysem, z którym pracowała przy debiucie dołączyli m.in. Rick Rubin, Paul Epworth i Ryan Tedder) i powstał bardzo zróżnicowany album popowy. Zaczyna się petardą, czyli „Rolling in the Deep” z szybkim tempem, pianinem na pierwszym planie oraz świetnymi chórkami, pełniącymi rolę wsparcia. Raz usłyszany, zostawał w pamięci na długo. Podobne tempo utrzymywał „Rumour Has It”, gdzie rozkręcała się mocna perkusja, do której dołącza się przyjemna gitara elektryczna. Ale pod koniec następuje spowolnienie tempa, wchodzą smyczki z fortepianem, by wrócić do tego, co znamy w tym utworze. I następuje wyciszenie, bo tak można nazwać pianistyczno-smyczkowe „Turning Tables”, jakby żywcem wzięte z lat 60. (te smyki mają moc) oraz gitarowe „Don’t You Remember”, ale tylko do początku, bo potem rozkręca się z siłą wiatru. Tak samo z „Set Fire To The Rain”, zaczynające się niczym klasyczna ballada (znowu ten fortepian), by uderzyć w refrenie smykami.

Skrętem w bardziej soulowe brzmienie jest „He Won’t Go”, co można poznać po uderzeniu perkusji, Hammondach, delikatnej gitarze i spokojnym rytmie. I w zasadzie drugą połowę płyty dominują pianistyczne ballady z finałowym „Someone Like You” (wyjątkiem jest funkowe „I’ll Be Waiting”), jednak udaje się uniknąć poczucia znużenia czy monotonii. To nie tylko zasługa naprawdę znakomitego głosu panny Adkins, który nadal jest uroczy, ale i posiada ogromną siłę rażenia. Nie zmienia to jednak faktu, że debiut bardziej mi się spodobał.

Czy oznacza to, że „21” to rozczarowanie? Wręcz przeciwnie, to udany kontynuator poprzednika, balansujący między przebojowością a intymnością. Intryguje, czaruje, jednak nie mogłem pozbyć się poczucia deja vu. Dlatego ocena będzie taka a nie inna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Adele – 19 (deluxe edition)

19

Adele przedstawiać nie trzeba – to jedna z najpopularniejszych wokalistek popowych z Wielkiej Brytanii. O tym, że ma ogromny potencjał, widać nie tylko na znakomicie sprzedającej się płycie „25”, ale już na debiutanckim „19”, który nagrała mając lat… 19. Za produkcję odpowiada aż trzech gości: Jim Abbiss (Arctic Monkeys, Kasabian), Mark Ronson (Amy Winehouse, Lily Allen, Bruno Mars) oraz Eg White (Florence + The Machine, Tom Odell, Sam Smith).

O dziwo, początek jest bardzo wyciszony i akustyczny (spokojny „Daydreamer”, skoczniejszy „Best for Last”, gdzie dołącza fortepian oraz chórek w refrenie), by potem zaprezentować pełną paletę barw. Tak jak w singlowym „Chasing Pavements”, przypominającym klimaty lat 60. (te smyczki i delikatna gitara) czy „Cold Shoulder” (dzwoneczki, smyki i funkowa gitara elektryczna) czy „Crazy for You”, gdzie jest tylko głos i gitara elektryczna grająca gdzieś w tle. Nie brakuje kilku uroczych momentów (brzmiąca niczym melodia z pozytywki „First Love”, „Right as Rain” ze świetnym chórkiem oraz Hammondami czy pianistycznego „Make You Feel My Love” – cover przeboju Boba Dylana), a całość jest mega przebojowa i bardzo spójna stylistycznie.

Także jest to zasługa głosu Adele – z jednej strony bardzo stonowanego, ale mającego potężną siłę oddziaływania. A jeśli komuś mało, to jest też dostępna wersja deluxe zawierająca drugą płytę z koncertu w Hotel Cafe. I jest to koncert akustyczny, co może być szokiem, ale bardzo przyjemnym. Więc ocena może być tylko jedna:

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski