Harry Angel

Wszystko zaczyna się bardzo klasycznie. Jest Nowy Jork roku 1955. Tytułowy bohater jest prywatnym detektywem, który za pieniądze pomoże w drobnej sprawie typu ubezpieczenia czy rozwód. Ale tym razem dostaje sprawę, która może być punktem zwrotnym w jego karierze. Niejaki Louis Cypher prosi go o znalezienie niejakiego Johnny’ego Favorite’a. Był bardzo popularnym muzykiem, który wskutek działań wojennych trafił do szpitala psychiatrycznego. Problem w tym, że Cypher odwiedził szpital i otrzymał bardzo sprzeczne informacje. Angel za wynagrodzenie decyduje się sprawę wybadać.

harry angel1

Alan Parker swój ostatni film nakręcił w 2003 roku i wygląda na to, iż nie zmienia zmieniać tego stanu rzeczy. Nie oznacza to jednak, że nie można pogrzebać w jego krótkiej, ale bardzo różnorodnej filmografii. Jak choćby adaptacji powieści Williama Hjorstberga, będąca krwawym kryminałem noir. Przynajmniej na początku. Wszystko wydaje się pasować: brudne miasto, cyniczny i rozmemłany detektyw oraz klimat tajemnicy. Brakuje tutaj tylko femme fatale, chociaż może jest taka. Ale tak naprawdę to tylko otoczka, sprawa zaczyna mieć swoje drugie dno. Bo prosta sprawa zaczyna przynosić masę trupów, a każdy trop okazuje się ślepą uliczką. Jakby naszemu zaginionemu bardzo zależało, żeby nikt nie odnalazł go. A przeniesienie akcji z Nowego Jorku do Nowego Orleanu nie jest w stanie tego klimatu zmienić. Zupełnie jakby mrok czy jakaś inna siła przyciągała naszego detektywa do siebie.

harry angel2

Reżyser garściami czerpie ze stylizacji kina noir, co widać już w warstwie wizualnej. Nie pozbawione brudu, pyłów oraz turpistycznego piękna Nowy Jork zostaje skontrastowany z ciepłym, pełnym kurzu oraz chat Nowym Orleanem. By jeszcze bardziej zagmatwać sprawę w tle mamy jakieś voodoo, czarną magię i okultyzm, przez co całość mocno skręca ku horrorowi. A i trzeba przyznać, że kolejne trupy stają się coraz bardziej makabryczne, co może odrzucić co wrażliwszych widzów. By jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, sytuację komplikuje miejscami bardzo rwany montaż. Trudno wymazać scenę odkrycia makabrycznego trupa w rytm stepujących stóp czy powtarzanych ujęć z Harrym w jadącej windzie. I jeszcze to bardzo przewrotne, fatalistyczne zakończenie, które przypomina o tym, że długi zawsze należy spłacać. Nic więcej nie mogę zdradzić, bo musiałbym wejść w strefę spojlerów, ale to bardzo satysfakcjonująca rozrywka.

harry angel3

Aktorsko jest to zagrane fantastycznie, zaś drugi plan jest przebogaty. Ale tak naprawdę liczą się tutaj tylko dwie kreacje. Po pierwsze, kapitalny Mickey Rourke w roli tytułowej. Lekko rozmemłany i niedbale wyglądający facet, który znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Tylko, że jako detektyw nie jest mistrzem subtelności, bywa arogancki oraz bezczelny w wyciąganiu informacji. Ciężko polubić tego gościa, który wpadł w kleszcze, zaś mrok podąża za nim. No i jest jeszcze Robert De Niro w roli zleceniodawcy, wyglądającego jak biznesmen z dawnej epoki. Elegancko ubrany, z długimi włosami oraz paznokciami intryguje, zaś swoimi obserwacjami sprawia wrażenie kogoś bardzo zdeterminowanego. Choć na ekranie nie pojawia się zbyt często, tworzy bardzo wyrazistą kreację.

harry angel4

„Harry Angel” promowany był jako wypadkowa „Egzorcysty” i „Chinatown”, co jest trafnym połączeniem. Z pierwszego bierze elementy nadprzyrodzone, z drugiego noirową stylistykę oraz skomplikowaną intrygę. Taka hybryda nigdy przedtem ani potem nie dała tak interesującego efektu. Gotowi na tą diabelsko niebezpieczną odyseję?

8/10

Radosław Ostrowski