Pozornie Betty wydaje się zwykłym imieniem żeńskim. Ale w subkulturze skejterów jest to określenie dziewczyny jeżdżącej na deskorolce, używane przez facetów w celu obrażenia ich czy zdyskredytowania ich umiejętności. Czy oznacza to jednak, że po tym skulone wracają do domów? O nie, nie, nie. O tej paczce z Nowego Jorku opowiada nowy serial od HBO. A właściwie powinienem powiedzieć serialik, bo jest krótki (6 odcinków po pół godziny), ale za to treściwy.

Paczkę tworzą cztery dziewczyny, z których dwie znają się w zasadzie od bardzo dawna. Reszta dołącza do nich, choć nie jest to takie łatwe. Janay jest twarda, silna i uparta, a razem z przyjacielem (oraz pierwszym chłopakiem) prowadzi kanał na YouTube. Jej kumpelą jest Kirt, która mentalnie troszkę przypomina dziecko i bywa bardzo porywcza, stając w jej obronie. Honeybear jest bardzo uzdolniona plastycznie oraz filmuje jazdy, ale o pasji skejterskiej nie wie jej rodzina. Dołącza do nich pochodząca z zamożnej rodziny Indigo, która handluje dragami. Niejako z boku obserwujemy inteligentną oraz najbardziej doświadczoną Camille, trzymająca bardziej z chłopakami. Chociaż chciałaby dołączyć do grupy.

Fabuły jako takiej nie ma, co wydaje się celowym zabiegiem twórczyni oraz reżyserki Crystal Moselle. Choć zapalnikiem staje się nieudana sesja dla skejterek oraz poszukiwanie zaginionego plecaka, ale to początek. W zasadzie “Betty” bardzo balansuje między skromnie zarysowaną fabułą a bardziej dokumentalną czy wręcz teledyskową stylistyką. To ostatnie najbardziej widać w scenach jazdy na desce, gdzie większość z nich jest kręcona w slow-motion do rytmu piosenki. I to dodaje pewnego klimatu, wręcz lekkości, przez co “Betty” niespiesznie płynie od sceny do sceny. Ale co najważniejsze, pozwala także poznać nasze bohaterki oraz tło. A jest ono bardzo zróżnicowane pod względem społeczno-majątkowym, a także etnicznie czy orientacji seksualnej.

Ale co najbardziej dziwi, mimo poruszania poważnych spraw jak oskarżenie o molestowanie, walka o szacunek oraz prawo do rozwijania swojej pasji, nie jest to wykrzykiwane wprost. Nie jest to moralitet czy zabawa w publicystykę, a wszystkie te tematy niejako są częścią opowieści. Tak po prostu, w sposób naturalny oraz nienachalny. Być może ta przyziemność formy oraz spokojne tempo może wielu zniechęcić, tak samo jak jego nienachalność. Dla mnie jednak to bardzo duży powiew świeżości, chociaż trzeba się do tego przestawić. Tak jak do tego, że technologia, będąca częścią życia tego pokolenia jest pokazywana jako narzędzie czy jakiegokolwiek osądzania przez reżyserkę.
Polubicie “Betty”, jeśli szukacie opowieści o fajnych babeczkach z poważnymi wątkami w lekkiej formie. Świetnie zagrany przez naturszczyków oraz pełen pozytywnej energii, której troszkę dzisiaj brakuje. Od razu mówię, że zamówiono drugą serię, więc nie mogę się doczekać.
7,5/10
Radosław Ostrowski
