Bękart

Duński film kostiumowy może nie brzmieć jak coś zachęcającego. Jednak gdy główną rolę gra sam Mads Mikkelsen, sprawa staje się bardzo interesująca. Do tego jeśli współscenarzystą jest absolutnie szalony Anders Thomas Jensen (reżyser m.in. „Jabłek Adama” czy „Jeźdźców sprawiedliwości”), seans „Bękarta” dla mnie stał się wręcz obowiązkową. Ale o co tu naprawdę chodzi?

Jest druga połowa XVIII wieku i jesteśmy w Kopenhadze, gdzie poznajemy weterana wojennego, kapitana Ludwiga Kahlena (Mikkelsen). Mężczyzna postanawia podjąć się szalonej misji, czyli osiedlenia Jutlandii w zamian za otrzymanie tytułu szlacheckiego. W czym jest problem? Po pierwsze, Jutlandia to wrzosowiska i ta ziemia nie nadaje się do uprawy czegokolwiek. Po drugie, na terenie krążą różne bandy. I po trzecie, najważniejsze, okolicę zamieszkuje lokalny magnat, baron de Schinkel (Simon Bennebjerg), który traktuje tą ziemię jako własną. I robi wszystko, by Kahlena wykurzyć z tamtej ziemi. Konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Reżyser Nikolaj Arcel pozornie wydaje się kinem kostiumowym, bo osadzony jest w przeszłości. Tylko że większość czasu spędzamy na tych nieurodzajnych wrzosowiskach, gdzie Kahlen ma przeciwko sobie wszystko i wszystkich. Naturę, wędrownych Cyganów, przekonanego o swojej sile barona, deszcz, śnieg, wilki jakieś. Aż chce się zadać pytanie: czy w ogóle warto podjąć to zadanie? Po swojej stronie nasz bohater ma tylko pastora (Gustav Lindh), zbiegłego z majątku barona zarządcy Johannesa (Morten Hee Andersen) i jego żonę, Ann Barbarę (Amanda Collin). Szanse nie są zbyt wyrównane, ale nasz bohater ma swoją wunderwaffe. Jaką? To jednak zostaje zdradzone dopiero w połowie filmu, a ja wam nie chcę tego psuć. Wszystko jest takie powolne, a jednocześnie bardzo namacalne, brutalne i bezwzględne, jakby Kahlen cały czas był poddawany próbom. Zmuszony jest do podejmowania decyzji, co najmniej wątpliwych moralnie, zmuszając do najważniejszych pytań o to, co jest w życiu najważniejsze. Odpowiedź nie jest jednak rzucona wprost, zaś finał okazał się dla mnie ogromną i satysfakcjonującą niespodzianką.

Wizualnie „Bękart” wygląda pięknie. Imponujące wizualnie krajobrazy umieszczają film Arcela jako… western. Choć scen zbiorowych jest tutaj jak na lekarstwo, a scenografia i kostiumy nie wydają się być najważniejszym elementem, reżyser nie robi tutaj taniego teatrzyku. Wszystko wygląda wiarygodnie, budując realia epoki. Jednak zaskakujący jest fakt, że historia „Bękarta” wydaje się o wiele bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Do tego jest to świetnie napisane oraz zagrane. Mads Mikkelsen kolejny raz potwierdza jak wiele jest w stanie pokazać samą mimiką: od pogardy, nienawiści i gniewu po wręcz ośli upór oraz… zaskakujące momenty wrażliwości. Na zewnątrz szorstki, bardziej pragmatyczny, jednak w środku gotuje się masa skrajnych emocji. Kolejna fenomenalna kreacja warta uwagi. Równie znakomita jest Amanda Collin, też operująca na sprzecznych emocjach co Mikkelsen. Jej Ann Barbara też potrafi być szorstką, twardą kobietą, co życie dobrze zna i bardziej pragmatyczna. Razem tworzą zadziwiająco mocny duet, pełen silnej chemii. W kontrze do nich stoi balansujący na granicy przerysowania Simon Bennebjerg jako pyszałkowaty baron de Schinkel. Rozkapryszony, pełen władzy i jednocześnie sadystycznych bydlak, którego będziecie nienawidzić z całego serca, chcąc od niego brutalnej kary. Tylko to są takie czasy, że tacy ludzie decydowali o życiu i śmierci wszystkich, sami wychodząc bez żadnego zadrapania. Reszta mniej znanych twarzy wypada bardzo solidnie, ze szczególnym wskazaniem na Laurę Bilgrau Eskild-Jensen w roli cygańskiej dziewczyny, Anmai Mus.

„Bękart” kolejny raz potwierdza, że kino skandynawskie w Europie jest najbardziej interesujące do obserwowania i potrafiące cały czas zaskoczyć. Idziesz na film kostiumowy, a dostajesz western z pełnokrwistymi postaciami, charyzmatycznym Mikkelsenem na czele oraz pięknymi zdjęciami. Nie dziwię się, że Dania wystawiła ten film do wyścigu po Oscara za film międzynarodowy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wybawienie

Duński Departament Q znowu ma ręce pełne roboty. A wszystko zaczęło się od pewnego listu w butelce. napisany krwią przez dziecko po ośmiu latach znalazł pływak. Detektywi Morck i Assed ruszają rozwiązać kolejną sprawę, zwłaszcza iż sprawca znowu zaczyna działać i dochodzi do porwania dzieci.

wybawienie1

Seria książek Jussi Adler-Olsena o dwójce gliniarzy rozwiązujących sprawę sprzed lat w Danii osiągnęła status bestsellerów, więc przeniesienie ich na ekran było tylko kwestią czasu. „Wybawienie” to trzecia i najmroczniejsza część serii, co może wynikać także ze zmiany reżysera (Mikkela Norgaarda zastąpił Hans Petter Moland). Niemniej mamy klasycznie prowadzone śledztwo, gdzie para naszych detektywów musi powstrzymać zbrodniarza. Twórcy od razu wskazują sprawcę, ale jego motywacja jest wyjaśniania stopniowo w retrospekcjach. Nawet przyroda (pięknie wyglądające pole żółtych kwiatów czy dom na morzu), choć wygląda ślicznie, jest niemym świadkiem zła. Zabawa w kotka i myszkę jest zgrabnie poprowadzona, a intryga omija mielizny oraz niewiarygodne bzdury. Do tego akcja bywa bardzo dynamiczna i trzymająca w napięciu (mocna scena przekazywania okupu), chociaż zakończenie sprawiło mi zawód. Niemniej im dalej, tym bardziej robi się niebezpiecznie, a sceny zabójstw są brutalne i krwawe (to akurat plus).

wybawienie2

Całość ma silny religijny podtekst, co jest zrozumiałe ze względu na nietypowy sposób działania sprawcy (porwania w okresie świąt danej wiary), ale też śledczy konfrontują swoje przekonania ze swoją wiarą. Ten jednak wątek jest poprowadzony w sposób oczywisty i przewidywalny, ale to na szczęście jedyna poważna wada.

wybawienie3

Znowu wszystko w garści trzyma sprawdzony duet Nikolas Lie Kaas/Fared Fared, czyli detektywi Morck i Assed. Ten pierwszy nadal ma twarz zmęczonego życiem gliniarza, który widział i stracił zbyt wiele, by znów cieszyć się życiem. Mówi bardzo mało (na początku), jest cyniczny i bardziej wycofany niż zwykle. Drugi zaś nadal jest pełen energii i determinacji oraz pozostaje po jaśniejszej stronie życia. Razem stanowią zgrany duet, pełen być może szorstkiej i niezbyt wylewnej, ale przyjaźni. Przekonująco wypada za to Pal Svere Hagen w roli tajemniczego Johannesa, czyli mordercy. Pozornie łagodny i uśmiechnięty, ale bezwzględny i okrutny, przy okazji nie popadając w przerysowanie czy groteskę.

wybawienie4

„Wybawienie” potwierdza, że w Skandynawii tworzy się bardzo klimatyczne kryminały. Pełne mroku, niepokoju, ale i – na swój sposób – potrafiące pociągnąć tłumy. Czy panowie Morck i Assad otrzymają kolejne wezwanie do kina? Wierzę, że tak i tym razem powinno być równie ciekawie jak tutaj.

7/10

Radosław Ostrowski