Anita Lipnicka & The Hats – Miód i dym

0006XKSR2FWBT9Q0-C122

Ta wokalistka udowadnia, że można zbudować swój własny świat poza popularną formacją. O ile pierwsze solowe płyty nie do końca zniosły próby czasu, o tyle wydawnictwa od 2009 roku zaskakiwały świeżością oraz mocną inspiracją bluesem, folkiem I alternatywnym rockiem. Tym razem wsparta przez muzyków towarzyszących jej od lat, co założyli grupę The Hats (gitarzysta Bartek Miarka, klawiszowiec Piotr Świętoniowski, basista Kamil Pełka oraz perkusista Bartek Niebielecki) przygotowała nowe dzieło “Miód i dym”.

Czyli będzie słodko i gorzko? A jakżeby inaczej, przeplatając się, a nawet idąc ręka w rękę. Tak jest w otwierającym całość “Z miasta”, gdzie spokojne dźwięki gitary, perkusji oraz chórku są skontrastowane z ostrzejszymi dźwiękami gitary elektrycznej. Bliżej jednak tutaj muzyce do folkowych dźwięków z Ameryki w stylistyce retro jak w “Chce tu zostać” (jeszcze te klawisze oraz wokalizy w tle) czy bardziej podrasowany gitarami psychodeliczny “Raj” (troszkę podobny do ostatniej płyty Arctic Monkeys), przyspieszając w “Big City”. Wielu bardzo zaskoczy oszczędne “Jak Bonnie i Clyde”, gdzie wybijają się smyczki. Nawet pojawia się odrobina country na początku pełnego przesterów “Diamond of Your Heart”, zmieniającego się w soczystego bluesa. Odrobinę oniryczno-akustyczny walczyk “Za Tobą” a’la Nick Cave chwyta niemal akustyczną aranżacja oraz obecnością dzwonów z rozpędzonym fortepianem. Warto też wspomnieć powoli rozkręcającego się “Ptaśka”, wykorzystującego ogień oraz szum wiatru “Lot Anioła”, dodający wiele animuszu czy bardzo skoczny “Whiskey Song”.

Sama Anita ma tutaj bardziej delikatny oraz pogodny wokal, będący prawdziwym miodem na uszy. I to zarówno po polsku, jak i angielsku, co nie jest wcale takie łatwe. Zaskoczeniem za to byli goście na tym albumie. Nie byle jacy, bo Tomek Makowiecki (“Jak Bonnie i Clyde”), Fismoll (“Back To The Sea”) oraz zaskakujący duet Julia Pietrucha/Ralph Kamiński (“Tęczowa”), nie będąc w żadnym wypadku tylko tłem dla piosenek.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony wielością barw na tej płycie, stanowiącą mieszankę folku, rocka z bluesem. Lipnicka po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoki poziom, a każdy dźwięk daje sporo frajdy, zaś teksty przepełnione liryzmem oraz refleksjami wznoszą całość na wyższy poziom. Prawdziwy miód na moje uszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Anita Lipnicka – Vena Amoris

Vena_Amoris

Ta wokalistka znany była najbardziej z dwóch rzeczy: była najlepszą  wokalistką Varius Manx i po odejściu nagrała świetnie przyjęte płyty z Johnem Porterem. Teraz Anita Lipnicka działa solowo i radzi sobie całkiem nieźle. Właśnie ukazał się jej kolejny album, ale tym razem po polsku.

„Vena amoris” zostało nagrane w Londynie pod nadzorem dźwiękowca Grega Freemana (Mumford & Sons, Goldfrapp) oraz zmiksowane przez Stuarta Bruce’a (Van Morrison, Yes). Jest to płyta idącą w stronę folku i country, z typowym dla tego nurtu instrumentarium: akustyczna gitara, banjo, steel pedal. Bardzo spokojny to album, choć nie brakuje lekko onirycznego klimatu („Sen Laury”), pojawia się trąbka (tytułowy utwór) czy delikatny fortepian („Trzecia zima”).  Może to i w połowie zaczyna robić się za spokojnie, wręcz sennie, jednak pojawiają się pewne fragmenty nie pozwalające zasnąć (solo gitarowe w „Za dużo aniołów” czy elektronika w „Samej”).

Sam wokal Anity jest bardzo delikatny, wręcz leciutki, zaś teksty przykuwają uwagę, idąc w stronę poetyckości, co wielu może zniechęcić.

„Vena amoris” jest całkiem przyzwoitą płytą, która może nie zaskoczy, ale przy której mija miło czas. Teraz Polska? Nie tym razem.

6,5/10

Radosław Ostrowski