Skrzat. Nowy początek

Coraz ciekawiej się dzieje w polskim kinie familijnym. I choć nadal zdarzają się pewnie nie do końca udane dzieła jak „Dziadku, wiejemy!”, więcej jest tych co najmniej przyzwoitych. Do grona tych bardziej udanych zalicza się polsko-czeska koprodukcja „Skrzat. Nowy początek”.

„Skrzat” skupia się wokół Hani (Amelia Golda) – 11-latki, która przeprowadza się z ojcem (Arkadiusz Jakubik) i psem do nowego miasta. A także bardzo mocno wierzy w… skrzaty, co wynika z powodu bardzo silnej więzi ze zmarłą matką. Lecz rówieśnicy nie są wobec tej pasji tak wyrozumiali. Do tego stopnia, że najwredniejsze zabierają wisiorek w zamian za dowód na istnienie skrzata. Jak nie, będzie upokarzanie przez Internet i przedmiot ulegnie zniszczeniu. Pomaga jej w tym równie nielubiany przez rówieśników Michał (Maksymilian Zieliński) – syn szkolnej pedagog i uzdolniony spec od tworzenia wynalazków. Oboje próbują złapać stworka, by dano im spokój. W końcu zaczynają pojawia się liściki od tajemniczej istoty.

Film jest pełnometrażowym debiutem Krzysztofa Komandera – montażysty filmowego, znanego z pracy przy takich filmach jak „Czerwony pająk”, „Wesele” czy zbliżającego się filmu Smarzowskiego „Dom dobry”. Więc nie jest to coś, czego po tym twórcy można się było spodziewać. Pozornie mamy tutaj masę znajomych elementów: niedopasowanych młodych bohaterów, przepracowywanie traumy związanej ze śmiercią rodzica, aurę tajemnicy i obietnicę wielkiej przygody. Ale reżyserowi udaje się przekonująco zbudować poruszającą oraz wciągającą opowieść. Urzeka na poziomie wizualnym (spora część akcji dzieje się w lesie, który wygląda majestatycznie), ma piękną muzykę symfoniczną i niezłe dialogi. Do tego cały czas jest lawirowanie w kwestii tego, czy skrzat istnieje naprawdę, a może jest tylko wytworem wyobraźni.

Komander pewnie opowiada, zgrabnie operując momenty bardziej dramatyczne (pożar lasu) z odrobiną lekkości (dynamiczna relacja między Hanią a Michałem – od obcości po coraz silniejszą przyjaźń). Wszystko bez popadania w skrajność obydwu. Oraz fantastycznie zagrana. Z dorosłych aktorów najbardziej wybija się tutaj Arkadiusz Jakubik w roli ojca Hani, jednak całość na barkach dźwiga świetna debiutantka Amelia Golda. Ma w sobie zarówno wiele uroku i naturalności, ale też w bardziej ekspresyjnych scenach wypada bezbłędnie. Bez niej ten film by nie zadziałał i nie ma w tym przesady. Również partnerujący jej Maksymilian Zieliński w roli wycofanego Michała wypada bardzo dobrze, tworząc bardzo mocny duet. Reszta dzieciaków prezentuje się solidnie, z kolei udzielający się głosowo Borys Szyc także prezentuje się bardzo solidnie.

Może „Skrzat. Nowy początek” nie wygląda tak zjawiskowo jak zagraniczna „Legenda Ochi” czy kreatywna niczym animowany „Smok Diplodok”, lecz nie odstaje od nich. Dzieło Komandera jest jednocześnie poruszającą i mądrą opowieścią, dostarczającą frajdy zarówno dzieciom oraz dorosłym. Czekam na kolejne reżyserskie dokonania tego uzdolnionego montażysty.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Okna, okna

Cała historia jest co najmniej dziwaczna i skupia się na dwóch wątkach. Jesteśmy gdzieś na podlaskiej wsi, gdzie trwa obława na głuszca. Zwierzak terroryzuje okolice, zabijając inne zwierzęta i zmuszając kobiety z dziećmi do opuszczenia wsi. Jednym z ludzi mających obserwować zwierza jest Wojciech. Mężczyzna czuwa i pilnuje na leśnej ambonie. Wracając nocą jest świadkiem dość dziwnej sytuacji, otóż w lesie pojawia się… okno. Zapalone, ale próbując podejść bliżej znika. Jakby nigdy nie było. Mężczyzna próbuje ugryźć tajemnicę.

okna okna1

Wojciech Solarz po latach występowania postanowił spróbować swoich sił jako reżyser. Debiutanckie „Okna, okna” skręcają w mocno absurdalne rejony, co widać już w otwierającej scenie (a w zasadzie trzech). Tylko, że to poczucie humoru nie trafi do każdego, mimo dość krótkiego metrażu (nieco ponad godzina). Sama historia wydaje się tylko pretekstem dla zderzenia pokręconych sytuacji związanych z zapalonymi oknami, pewnym dołem oraz abstrakcją. Jednocześnie jest to kino bardzo świadome (abstrakcyjny początek), gdzie reżyser chce nam opowiedzieć o czymś więcej. O niespełnionych marzeniach, przywiązaniu do ziemi (historia Zdzisława) oraz tej absurdalnej obławie, gdzie członkowie zastanawiają się nad kierunkiem. Do tego wszystkiego zostaje wpleciona narracja Wojciecha z offu (głos samego reżysera). Tylko, że samo rozwiązanie może nie być satysfakcjonujące, bo… nic nie wyjaśnia. A może wyjaśnia, tylko ja tego nie zauważyłem.

okna okna2

Ale mimo faktu, że jest to kino niezależne, to technicznie tego nie widać. Zdjęcia są naprawdę ładne, dźwięk jest czysty, w tle gra delikatna muzyczka. Wygląda to naprawdę dobrze, tylko to lekko pythonowskie poczucie humoru nie trafia do mnie za bardzo. Ale doceniam próbę stworzenia czegoś innego na naszym podwórku. I jest parę ciekawych ról (poza samym reżyserem wybija się Leszek Lichota jako Zdzisław czy epizod Sebastiana Stankiewicza), które zapadają w pamięć. Niemniej jest to bardzo specyficzne kino, dodające pewnej świeżości.

okna okna3

6,5/10

Radosław Ostrowski

Juliusz

Z polskimi komediami jest jak z polskim boksem. Obydwie dyscypliny mają bardzo bogate tradycje, wielkich mistrzów, ale ostatnio nie odnosi zbyt wielu sukcesów, a wielcy mistrzowie ostatnio gubią się w tym świecie. Na hasło polska komedia większość osób (w tym i ja) reaguje, jeśli nie z przerażeniem, co z bardzo dużymi wątpliwościami. Że będzie przesłodzona bajeczka, będąca marną imitacją wzorców z Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie zamiast dowcipu będzie nachalny product placement, antypatyczni bohaterowie i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ewentualnie jeszcze sporo dowcipów poniżej pasa jak u Patryka Vegi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano podjąć prób przełamania tego schematu, w czym przodują debiutanci. Po Pawle Maślonie („Atak paniki”) dołącza do tego grona Aleksander Pietrzak swoim pełnometrażowym debiutem „Juliusz”.

juliusz1

Kim jest tytułowy bohater? Nie jest ani Juliuszem Cezarem, ani Juliuszem Słowackim, ani nawet nie jest Machulskim. To mieszkający w jakimś małym mieście nauczyciel plastyki, czyli przedmiotu, na którym tak naprawdę nikomu nie zależy. Ani dyrektorowi, ani uczniom, ani nawet samemu Julkowi. Mieszka razem z ojcem, który troszkę za mocno bierze z życia (głównie alkohol i kobiety) i ma dość cwanego przyjaciela Rafała. No i potrafi ładnie rysować, choć nikomu swoich rysunków nie pokazał. Ale spokój nie jest utrzymywany na długo – ojciec jest po drugim zawale i pojawia się przypadkowo poznana kobieta o wdzięcznym imieniu Dorota.

Początek „Juliusza” to przede wszystkim zbiór gagów, gdzie Juliusz zostaje zderzony z dość absurdalnymi sytuacjami: a to inwalida na wózku go okrada (i to Julek dostaje paralizatorem), a to zostaje mu do auta wbita gałąź ze ściętego drzewa, a to Julek pracuje jako… żywa taca z jedzeniem (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Pozornie nie wątki wydają się być mocno oderwane, ale gdzieś w połowie drogi nagle wszystko zaczyna spinać się w jedną całość i staje się to bardziej poważne niż się wydawało. Scenariusz pisało pięciu gości (w tym dwóch stand-uperów i jeden krytyk filmowy), przez co widać pewne nierówne tempo w serwowaniu humoru. Czasem pojawi się ironia ze slapstickiem, jest parę skeczy poniżej pasa (akcja ze strażą miejską oraz sprawa z pęcherzem), lecz nie jest tego aż tak dużo, przez co udaje się uniknąć poczucia żenady.

juliusz2

Pozornie sklejka trudnej relacji ojca-hedonisty z bardzo wycofanym, lekko neurotycznym synem (taki Adaś Miauczyński, tylko light), wątku sensacyjnego (Dorota musi spłacić gangsterom dług) oraz komedii romantycznej (powiedzmy) tworzy dość zaskakujący oraz bardzo sympatyczny koktajl. Jest zabawnie, wzruszająco i poważnie (czasem naraz) i nie wywołuje to aż tak dużego zgrzytu, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Do tego mamy naprawdę porządną realizację (tutaj wybijają się animowane wstawki – szkoda, że ich tak mało), wiele dowcipnych scen i tekstów oraz niemal rozbrajający finał, doprowadzający do rozpuku.

juliusz3

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie wyczucie reżysera oraz aktorów. Bardzo dawno nie widziałem tak świetnego Wojciecha Mecwaldowskiego. Tutaj aktor bardzo dobrze odnajduje się jako neurotyk, który znajduje się w dość niewygodnej sytuacji i zwyczajnie boi się zaryzykować, wyrwać się ze swojej strefy bezpieczeństwa. Powoli jednak tak postać zaczyna dojrzewać, a jej ewolucja jest pokazana bardzo przekonująco i nienachalnie. Aktorowi partneruje cudowny Jan Peszek w roli ojca, mocno czerpiącego z życia (jakkolwiek to brzmi), ale jednocześnie naznaczonego pewną nieprzyjemną przeszłością. Na drugim planie szaleje wracający do dobrej formy Rafał Rutkowski (Rafał) oraz będąca mieszanką ciepła i twardego charakteru Annę Smołowik (Dorota), zaś w tle jeszcze przewija się masa drobnych epizodów, dodających sporo frajdy (więcej nie powiem, sami musicie to zobaczyć).

Ten komediodramat (bo to nie jest stricte komedia) jest kolejnym światełkiem w tunelu dla twórców, których celem jest rozśmieszenie, rozbawienie ludzi. „Juliusz” jest bardzo intrygującą mieszanką w stylu „Debiutantów” Mike’a Millsa, czyli słodko-gorzka opowieść z dojrzewaniem do odpowiedzialności w tle oraz życiu po swojemu. Dobre i to na początek.

7/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o morderstwie

Wszystko zaczyna się bardzo gwałtownie: trupy, krew, policja. Do mieszkania wpada młody chłopak i… koniec. A wtedy, by poznać wszystko cofamy się do tyłu. Trafiamy do małego miasteczka, Strzelec. Tutaj wszyscy wiedzą o sobie wszystko. I to tutaj mieszka rodzina Lachów, której (prawie) męscy właściciele zostają policjantami. Jacek zostaje przydzielony do patrolu razem z ojcem Romanem. Tylko, że tatuś nie jest zbyt idealnym człowiekiem, delikatnie mówiąc. Towarzyszy mu kilka procentów, a i przypierdolić z piąchy potrafi. Najczęściej żonie. Kiedy oboje zostają znalezieni martwi, Jacek próbuje wyjaśnić sprawę. I wbrew tytułowi, nie jest to prosta historia.

prosta_historia_o_morderstwie1

A wszystko to postanowił opowiedzieć Arkadiusz Jakubik, którego talent aktorski nie podlega żadnej dyskusji. By nie było wcale tak prosto, jak się tylko wydaje, reżyser zaburza chronologię, gdzie mamy dwa wątki. Pierwszy dotyczy morderstwa obojga rodziców, druga dotyczy domu. A dokładnie przemocy domowej, gdzie pojawia się alkohol – demon jeszcze przez nikogo nie ujarzmiony. Aż chce się odruchowo powiedzieć – Dom zły. Skojarzenie ze Smarzowskim nasuwa się automatycznie i nie powinno dziwić, w końcu Jakubik to ulubiony aktor twórcy „Wołynia”. Ale paralele nie dotyczą tylko tematyki – jest podobnie rwany montaż (sceny śledzenia czy pościgów), niemal kręcone z ręki zdjęcia pełne mroku oraz deszczu (jedna z ulubionych zagrywek twórców kryminału). Wątek kryminalny wydaje się dość mało wyraziście zarysowany (postacie nie są zbyt rozbudowane), ale i tak dobrze się go ogląda. Mocniej się robi podczas walki naszego bohatera o życie matki z dala od ojca-alkoholika. Do tego osadzenie w kontekście małego miasta, gdzie wszyscy znają wszystkich oraz ich tajemnice – taka decyzja wymagałaby odwagi, by zmierzyć się z nieuniknionym napiętnowaniem. Tym większa szkoda, że to się kończy tak tragicznie (to nie jest spojler), ale samo rozwiązanie intrygi satysfakcjonuje.

prosta_historia_o_morderstwie2

Do tego Jakubik ma dobrą rękę do aktorów. Kolejny raz zaskakuje Filip Pławiak (Jacek), którego trudno nie polubić. Zdeterminowany, uparty, dbający o rodzinę, ale mający swoją tajemnicę i udaje pasujący do wizerunku romantycznego twardziela, przejmując niejako inicjatywę jako „ojciec”. Dobrze się prezentuje w tej kurtce i z tym pistoletem. Jeszcze większe wrażenie robi Andrzej Chyra, czyli Roman. Walczący z własnymi demonami, nie potrafiący wyrazić swojej miłości do rodziny, a to wszystko pokazane jednym spojrzeniem oraz mową ciała. Tak samo nie mogłem odwrócić oczu od Kingi Preis, czyli związanej w toksycznej relacji z mężem. Na tym trójkącie opiera się całe kino, jednak trudno nie zapomnieć drobnych ról Eryka Lubosa (mechanik Marcin), Marka Kasprzyka (komendant) czy Andrzeja Konopki (prokurator).

prosta_historia_o_morderstwie3prosta_historia_o_morderstwie4

Troszkę żałuję, że nie widziałem debiutu reżyserskiego Jakubika („Prosta historia o miłości”), ale jednego jestem pewny. Mam nadzieję, że reżyser jeszcze nie raz pokaże się po tej stronie kamery, gdyż zaskakuje swoim talentem. Czekam na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski