Remake’i mają bardzo złą reputację wśród krytyków i recenzentów, a także czasami widzów. Powody wydają się być proste: zbyt wierne trzymanie się oryginału, brak własnego pomysłu na nową wersję, pazerność studiów filmowych (o tobie mówię, Disney!!!) oraz próba łatwego skoku na kasę. A w przypadku nowej wersji zagranicznego hitu na rynek amerykański krótka różnica w czasie między oryginałem a remakiem. Czy da się jednak zrobić nową wersję hitu sprzed lat, która dorównuje lub przebija oryginał? Rzadko, ale się zdarza, co pokazuje choćby „Ocean’s Eleven” z 2001 roku.
Oryginalny film z 1960 roku w reżyserii Lewisa Milestone’a z udziałem legendarnego Rat Pack (Frank Sinatra, Dean Martin, Sammy David Jr. i spółka) opowiadał o weteranach II wojny światowej, którzy planują skok na pięć kasyn w noc sylwestrową. Niestety, ale film miał bardzo nierówne tempo, niemrawą akcję i za bardzo próbował się oprzeć na charyzmie celebrytów. 40 lat później swoją wersję postanowił przygotować Steven Soderbergh, świeżo nagrodzony Oscarami za „Traffic” i na pierwszy rzut oka jest tak samo. 11 ludzi, skok na kasyna w Las Vegas, gwiazdorska obsada, jednak różnic jest więcej.

Kiedy poznajemy Danny’ego Oceana (George Clooney) właśnie wychodzi z więzienia po odsiadce. Ten czarujący facet niby wydaje się być nawróconym i gotowym wrócić do społeczeństwa, ALE jest on złodziejem oraz kłamcą. Od razu po wyjściu planuje kolejny skok i to ambitny. Skarbiec trzech kasyn zawierający ponad 160 milionów dolarów. Problem w tym, że sam nie jest w stanie wykonać takiej roboty. Zaczyna zbierać ekipę, którą stworzy osobliwa mieszanka: stary kumpel Rusty (Brad Pitt), co zna go jak zły szeląg i jest świetnym szulerem, krupier i oszust Frank (Bernie Mac), starszy oszust Saul (Carl Reiner), chiński akrobata Yen (Shaobo Qin), brytyjski spec od eksplozji Basher (Don Cheadle z paskudnym akcentem), drobny kieszonkowiec Linus (Matt Damon), bracia mechanicy Malloy (Scott Caan i Casey Affleck), gość od inwigilacji Livingston (Eddie Jameson) oraz finansujący całą imprezę Reuben (Elliot Gould). Ale w trakcie działań okazuje się, że może chodzić nie tylko o pieniądze.

„Ocean’s Eleven” już od samego początku się wyróżnia od oryginału. I nie chodzi tylko o większy budżet czy imponującą obsadę, ale od napisanych dialogów. Nie brakuje w nich błyskotliwości i ciętych ripost, a także odrobiny ironii. Bo sama historia nie jest jakoś specjalnie oryginalna czy zaskakująca. Bo pojawiają się oczywiście komplikacje, przewrotki i wszelkiej maści problemy. Ale Soderbergh wszystko to maskuje bardzo eleganckim stylem, gdzie kamera i montaż dają płynność po Las Vegas (zarówno panoramy miasta, jak i wnętrz kasyn czy hoteli), zaś w tle gra jazzująca muzyka w stylu kina lat 70. z paroma szlagierami sprzed lat. A mimo nadmiaru postaci każdy ma tu swoje pięć minut do zabłyśnięcia. Czuć tu klimat choćby „Żądła” (tylko uwspółcześnionego), czyli bardzo lekkiej i niezobowiązującej rozrywki, której siłą pozostaje czarująca obsada.

A propos niej, tutaj pierwsze skrzypce prowadzi absolutnie niezawodny George Clooney w roli Danny’ego Oceana. Z jednej strony czarujący i elegancki dżentelmen, ale z drugiej wyrachowany, sprytny złodziej z planem. Nigdy nie można przewidzieć jaki będzie jego kolejny ruch i co jest częścią kolejnego planu. Jego przekomarzanki z cudownym Bradem Pittem (lekko znudzony Rusty) czy Julią Roberts (była żona Tess) to jedne z jaśniejszych scen w filmie. Pozostali członkowie obsady też prezentują się cholernie dobrze – w szczególności troszkę niepewny siebie Matt Damon czy świetny Andy Garcia jako właściciel obrabianego kasyna, którego pewność siebie i opanowanie mogą równać się z samym Oceanem.

„Ryzykowna gra” miała być w założeniu bezpretensjonalną, czystą rozrywką bez większych ambicji. I muszę przyznać, że jako taka sprawdza się naprawdę dobrze, dzięki rewelacyjnej chemii między aktorami, całkiem zgrabnemu scenariuszowi. Ale to reżyserska ręka Soderbergha czyni ten koktajl odpowiednio orzeźwiającym, lekkim oraz przyjemnym w smaku. Jednocześnie zostaje otwarta furtka na ciąg dalszy, który nastąpił kilka lat później, lecz o tym innym razem.
7,5/10
Radosław Ostrowski
