Bic Cyc – Czarne słońce narodu

czarne slonce narodu

Kiedyś Big Cyc był jednym z najbardziej znanych prześmiewców współczesnej rzeczywistości. Ostatnie lata jednak są rozczarowujące, ale Skiba i spółka postanowili wrócić z materiałem świeżym. Czy „Czarne słońce narodu” jest warte uwagi?

Chyba tak, bo ekipa z Wybrzeża wraca do tego, co robiła najlepiej – szyderczego spojrzenia na obecną sytuację polityczną. Skibie i spółce też nie podoba się tzw. dobra zmiana. Jest punkowy bunt, zmieszany z chwytliwą melodyką. Całość jest dość krotka (tylko pół godziny), ale to w zupełności wystarczy. Nie brakuje też inspiracji Kultem (trąbki w „Antoni wzywa do broni”), chwytliwych refrenów („Płoną opony”) i czasami dosadnego języka, połączonego z szyderstwem. Dawno Dżej Dżej nie był tak wyrazisty, a kilka fraz („Polak na Polaka zawsze znajdzie haka”) zostanie w pamięci na długo w przeciwieństwie do ostatniego KSU. Big Cyc nie boi się panowie dołożyć Kaczyńskiemu („Czarne słońce”), przyłożyć w sprawie teczek (motorheadowy „Bolek”), piętnować hipokryzję („Jestem gotowy”), i jest przeciw PiS („Ja się nie zgadzam”), a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Chociaż tym razem ten śmiech, tkwi w gardle.

I nawet ta toporna muzyka pasuje do treści grupy. Kto by się spodziewał, że aby stworzyć jeden z najlepszych albumów w karierze, trzeba obejrzeć serwisy informacyjne. Może i za kilka lat zapomnimy o tym dziele, zapewne nie jest to nic odkrywczego, ale trzyma za pysk. Jestem zaskoczony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Big Cyc wiecznie żywy

bigcyc

Zespół Big Cyc to jedna z barwniejszych kapel polskiej sceny muzycznej, działając 25 lat. Z tej okazji kapela wydała kompilację swoich największych hitów.

Ekipa pod wodzą Krzysztofa Skiby z przymrużeniem oka opisuje rzeczywistość Polski na przestrzeni lat. Jednak gatunkowo jest bardzo różnorodnie: nie brakuje ostrego punka („Tu nie będzie rewolucji”) przez delikatnego rocka z domieszką elektroniki („Dres”) do reggae i ska („Makumba”, „Rudy się żeni”). Nie mogło zabraknąć największych hitów jak wspomniany „Makumba”, „Każdy facet to świnia”, „Berlin zachodni” czy „Kręcimy pornola”. Może i brzmi to trochę topornie i prosto, ale chyba o to też tu chodziło. Muzyka zawsze była tłem dla tekstu, gdzie dominował humor. Nie brakuje tutaj o mrówkach, buncie, Polsce z perspektywy Murzyna, dresiarzach czy moherowych beretach. Nie można tego brać na poważnie, ale nie brakuje tutaj przemyśleń, zwłaszcza w tekstach z lekkim zabarwieniem politycznym. Zaś wokal Dżej Dżeja (gitarzysta) prosty, zrozumiały i przez 22 utwory czas mija bardzo szybko. Pewną wadą może być fakt, że utwory nie są ułożone w kolejności chronologicznej, bo w ten sposób można byłoby zobaczyć ewolucję zespołu. Premierowym kawałkiem jest mocno elektroniczny utwór „Słoiki”, który jest rzucony gdzieś w środku.

Ze składankami jest zawsze tak, że są wydawane zazwyczaj, by zbić kasę na fanach. czy tak jest tutaj? Trudno mi powiedzieć, niemniej sposób ułożenia piosenek jest przynajmniej dziwny. Niemniej fani zespołu kupią na pewno, ja się świetnie bawiłem, choć paru piosenek tu brakuje (m.in. „Ballady o smutnym skinie”). Tym razem oceny nie będzie.

Radosław Ostrowski