
Kiedyś Big Cyc był jednym z najbardziej znanych prześmiewców współczesnej rzeczywistości. Ostatnie lata jednak są rozczarowujące, ale Skiba i spółka postanowili wrócić z materiałem świeżym. Czy „Czarne słońce narodu” jest warte uwagi?
Chyba tak, bo ekipa z Wybrzeża wraca do tego, co robiła najlepiej – szyderczego spojrzenia na obecną sytuację polityczną. Skibie i spółce też nie podoba się tzw. dobra zmiana. Jest punkowy bunt, zmieszany z chwytliwą melodyką. Całość jest dość krotka (tylko pół godziny), ale to w zupełności wystarczy. Nie brakuje też inspiracji Kultem (trąbki w „Antoni wzywa do broni”), chwytliwych refrenów („Płoną opony”) i czasami dosadnego języka, połączonego z szyderstwem. Dawno Dżej Dżej nie był tak wyrazisty, a kilka fraz („Polak na Polaka zawsze znajdzie haka”) zostanie w pamięci na długo w przeciwieństwie do ostatniego KSU. Big Cyc nie boi się panowie dołożyć Kaczyńskiemu („Czarne słońce”), przyłożyć w sprawie teczek (motorheadowy „Bolek”), piętnować hipokryzję („Jestem gotowy”), i jest przeciw PiS („Ja się nie zgadzam”), a wszystko zrobione z przymrużeniem oka. Chociaż tym razem ten śmiech, tkwi w gardle.
I nawet ta toporna muzyka pasuje do treści grupy. Kto by się spodziewał, że aby stworzyć jeden z najlepszych albumów w karierze, trzeba obejrzeć serwisy informacyjne. Może i za kilka lat zapomnimy o tym dziele, zapewne nie jest to nic odkrywczego, ale trzyma za pysk. Jestem zaskoczony.
6,5/10
Radosław Ostrowski

