Władcy Wszechświata

He-Man – stworzony przez firmę zabawkową Mattel bohater, mocno inspirowany Conanem, lecz osadzony w świecie SF. Najpierw pojawił się w serii zabawek „Masters of the Universe”, a następnie stworzono serial animowany („He-Man i władcy wszechświatów” z 1983), który miał pomóc w sprzedaży zabawek. Dość szybko pojawił się pomysł przeniesienia go na duży ekran, jednak żadne studio nie było zainteresowane. Z wyjątkiem Cannon Films – wytwórni produkującej głównie takie kino klasy B, którzy w połowie lat 80. próbowali się przebić do wyższej ligi. Lecz ich próby skończyły się klęską, zaś stworzeni przez nich „Władcy wszechświata” byli (obok „Supermana IV”) największą kasową wpadką. Czy jednak film był aż tak zły?

Sama historia toczy się w krainie zwanej Ethernią, gdzie w centrum znajduje się zamek Posępny Czerep. Tam rządzi Czarodziejka, dbająca o zachowanie równowagi na świecie, zaś jej czempionem jest mocarny wojownik He-Man (Dolph Lundgren). Jednak bardzo chętnym na przejęcie kontroli nad krainą jest Szkieletor (Frank Langhella), który przeprowadził atak na Posępny Czerep. Wszystko dzięki użyciu kosmicznego klucza, stworzonego przez Gwildora (Billy Barty) wynalazek, pozwalający przenieść się w każde miejsce. Wojownik razem z towarzyszącym mu Men-at-Arm (Jon Cypher), jego córką Teelą (Chelsea Field) oraz wynalazcą uciekają dzięki duplikatowi klucza do… innego świata. Czyli do Ziemi, po drodze gubiąc narzędzie i nie mogąc wrócić do domu. Klucz wpada w ręce młodych ludzi – aspirującego muzyka Kevina (Robert Duncan McNeill) oraz jego dziewczyny Julii (Courteney Cox), chcącej się wyrwać z miasta.

Debiutujący za kamerą Gary Goddard miał bardzo niełatwe zadanie, bo mając niewielki budżet musiał zrobić epickie widowisko. Problemów jednak jest kilka i je wymienię najpierw. Sama Eternia jest zadziwiająco mała, niemal skupiona w całości wokół zamku Posępnego Czerepu. A dookoła skały, pustynia i krajobraz niczym z postapokalipsy – z czasem jesteśmy ograniczeni tylko do sali tronowej, co czyni całość szybko nudną wizualnie. A kiedy trafiamy na Ziemię, gdzie spędzamy większość czasu, to jest niewiele lepiej. Niby jest bardziej zróżnicowany krajobraz (ulica, sala szkolna, sklep muzyczny), ale jakaś taka nijaka. Jest też humor wynikający z dezorientacji obydwu stron, jednak to też zwyczajnie nie działa. O większości niezbyt dobrze zmontowanych scenach akcji oraz przestarzałych efektach specjalnych nawet nie wspominam.

A czy w ogóle „Władcy wszechświata” mają jakieś plusy? Największym jest dla mnie fantastyczna muzyka Billa Contiego, nawet jeśli mocno przypomina „Supermana” czy „Gwiezdne wojny”. Swoje robi kradnący ekran Frank Langella w roli Szkieletora jest odpowiednio teatralny i większy niż życie, do tego ma najlepsze dialogi oraz gra z kompletną powagą. To dodaje troszkę ciężaru tak jak finałowa konfrontacja z He-Manem. Szkoda tylko, że Dolph sprawia wrażenie kompletnie zagubionego, pozbawionego pewności siebie oraz charyzmy, choć fizycznie wydaje się pasować. Także niektóre postacie drugoplanowe wypadają porządnie (szczególnie James Tolkan w roli twardego detektywa Lubica).

„Władcy Wszechświata” to z jednej strony dziecko swoich czasów, a z drugiej kompletnie zmarnowana okazja oraz przerost ambicji ponad możliwości. Z małym budżetem to nawet Steven Spielberg blockbustera nie zrobi i jeszcze sceną po napisach straszyli sequelem. Pozostaje mieć nadzieję, że zbliżający się film Travisa Knighta przywróci blask He-Manowi oraz jego uniwersum.

4/10

Radosław Ostrowski

Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Legenda – wersja reżyserska

Lubicie baśnie? Takie, w których dochodzi do walki dobra ze złem, pojawia się magia, czary oraz monstra pokroju goblinów? Opowiem wam taką historię: dawno temu był sobie Las, gdzie żył chłopiec o imieniu Jack, który miał dobre relacje z wróżkami oraz innymi magicznymi istotami. Lecz jest jedna osoba, która mu się strasznie podoba – księżniczka o imieniu Lily. Podczas jednej ze schadzek pojawiają się jednorożce, a dziewczyna popełnia jeden poważny błąd, czyli dotyka jedno ze zwierząt. Sytuację wykorzystują gobliny kierowane przez Pana Ciemności, który chce zabić istoty (lub pozbawić ich rogów), by zapanował wieczny mrok. I tylko nasz chłopak może powstrzymać ten plan.

legenda1

Ridley Scott po „Blade Runnerze” postanowił spróbować swoich sił w kinie fantasy. „Legenda” to bardzo prościutka historia o walce dobra ze złem, która toczy się w dość skromnej przestrzeni. Sam świat przedstawiony jest bardzo malutki, a oglądając film można odnieść wrażenie wrzucenia się w sam środek historii. Historii, która zaczęła się wcześniej i jest nam niezbyt dobrze znana. Zaś poza Lasem oraz siedzibą Ciemności (podziemia, lochy) nie przebywamy nigdzie indziej. I to nawet nie jest jakiś poważny problem, ale sama historia jest sztampowa. Choć muszę przyznać, że klimatem bliżej jest tutaj do baśni braci Grimm, gdzie nie brakuje mroku oraz poważnych konsekwencji za swoje czyny. Już sama siedziba głównego antagonisty wygląda niepokojąco, tak jak lochy, gdzie dochodzi do tortur.

legenda3

Jednej rzeczy nie można jednak odmówić „Legendzie” – że wygląda bardzo imponująco. Przepiękne zdjęcia Alexa Thomsona tworzą ten wręcz baśniowy klimat, z magicznie wyglądającym lasem. Nawet gwałtowna zima wygląda oszałamiająco. Tak samo scenografia, która – jakimś cudem – pozwala uwierzyć w ten świat oraz imponująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że forma była o wiele ważniejsza od treści. Choć muszę przyznać, że jest tutaj parę niezapomnianych momentów (pierwsze pojawienie się Ciemności czy scena tańca ze strojem), przez co nie jest to czas stracony.

legenda2

Ale aktorsko jest dość nierówno. Na mnie największe wrażenie zrobił Tim Curry w roli Ciemności – diabelskiej istoty (fantastycznie scharakteryzowana przez zespół Roba Bottina) z bardzo wyrazistym, wręcz kuszącym głosem. Sam wygląd potrafiłby wzbudzić przerażenie, zaś mi troszkę przypominał… Hellboya, tylko bardziej przypakowanego. Świetna jest też debiutująca Mia Sara w roli Lily i nie chodzi tylko o to, że wygląda ślicznie oraz niewinnie (a także tego jak cudnie śpiewa). Ale największym problemem jest dla mnie Tom Cruise, który w roli głównego protagonisty wypada bardzo blado. Sztywny, nudny i nieciekawy chłopak, przypominający z wyglądu Piotrusia Pana. Tylko, że wycofany styl gry aktora czyni tą postać pozbawioną własnego charakteru. a to duży błąd.

„Legenda” pozostaje mocno w cieniu bogatej filmografii Ridleya Scotta. Dla mnie to – obok „Blade Runnera” – najładniejszy wizualnie tytuł w karierze Anglika, choć sama historia wydaje się bardzo prościutka niczym klasyczna baśń. Może zbyt prosta, ale olśniewająca audio-wizualnie.

7/10

Radosław Ostrowski