
Rockmani kojarzą się głownie z gitarami elektrycznymi, kolesiami w kurtkach i imprezowiczach. A jeśli spróbujemy zrobić połączenie rockmana z brodą, to może wyjść tylko jedno – ZZ Top i jego frontmanem Billym Gibbonsem. Gitarzysta oraz wokalista postanowił zrobić sobie przerwę z macierzysta kapelą i wydać pierwszy solowy album, w czym pomógł przyjaciel oraz muzyk Martin Guigui znany też jako Chino Pons, a także producent Joe Hardy.
Już pierwsze dźwięki gitary zdradzają styl Gibbonsa, ale otwierający całość „Got Love If You Want It” jest dość zaskakujący z powodu… karaibskiej perkusji, towarzyszącej nam do końca oraz lekkiego klimatu. Gdyby nie wokal Gibbonsa i jego riffy, pomyślałbym, że to kolejny album Santany. Nie brakuje szybszych numerów („Treat Her Right”) oraz różnych eksperymentów jak w „You’re What’s Happenin’, Baby”, gdzie mamy westernowy początek akustyczny, solo na Hammondzie, rapowaną zwrotkę oraz świetne riffy na koniec – szok gwarantowany czy karaibskiego, imprezowego klimatu („Sal Y Pimiento” z troszkę przerobionym cyfrowo wokalem, co mi się nie podoba oraz w podobnym tonie grane „Hombre Sin Nombre”). Ale gdy Gibbons idzie w stronę rockowego grania, wtedy jest naprawdę ciekawie. Tak jest w luzackim „Pickin’ Up Chicks On Dowling Street” (do czasu), a gdy gra gitara wtedy wszelkie udziwnienia przestają przeszkadzać jak w „Piedras Negras”.
Trudno mi jednoznacznie ocenić solowy album Gibbonsa, który chce być czymś innym niż ZZ Top. Karaibskie rytmy, różnego rodzaju cudaczne „ubarwiacze” elektroniczne mogą znużyć i wywołać frustrację, z kolei riffy muzyka oraz jego charakterystyczna barwa pomagają przez te niewygody jakoś przejść. Więc jest tylko przyzwoicie.
6,5/10
Radosław Ostrowski

