Billy Gibbons – Perfectamundo

Perfectamundo

Rockmani kojarzą się głownie z gitarami elektrycznymi, kolesiami w kurtkach i imprezowiczach. A jeśli spróbujemy zrobić połączenie rockmana z brodą, to może wyjść tylko jedno – ZZ Top i jego frontmanem Billym Gibbonsem. Gitarzysta oraz wokalista postanowił zrobić sobie przerwę z macierzysta kapelą i wydać pierwszy solowy album, w czym pomógł przyjaciel oraz muzyk Martin Guigui znany też jako Chino Pons, a także producent Joe Hardy.

Już pierwsze dźwięki gitary zdradzają styl Gibbonsa, ale otwierający całość „Got Love If You Want It” jest dość zaskakujący z powodu… karaibskiej perkusji, towarzyszącej nam do końca oraz lekkiego klimatu. Gdyby nie wokal Gibbonsa i jego riffy, pomyślałbym, że to kolejny album Santany. Nie brakuje szybszych numerów („Treat Her Right”) oraz różnych eksperymentów jak w „You’re What’s Happenin’, Baby”, gdzie mamy westernowy początek akustyczny, solo na Hammondzie, rapowaną zwrotkę oraz świetne riffy na koniec – szok gwarantowany czy karaibskiego, imprezowego klimatu („Sal Y Pimiento” z troszkę przerobionym cyfrowo wokalem, co mi się nie podoba oraz w podobnym tonie grane „Hombre Sin Nombre”). Ale gdy Gibbons idzie w stronę rockowego grania, wtedy jest naprawdę ciekawie. Tak jest w luzackim „Pickin’ Up Chicks On Dowling Street” (do czasu), a gdy gra gitara wtedy wszelkie udziwnienia przestają przeszkadzać jak w „Piedras Negras”.

Trudno mi jednoznacznie ocenić solowy album Gibbonsa, który chce być czymś innym niż ZZ Top. Karaibskie rytmy, różnego rodzaju cudaczne „ubarwiacze” elektroniczne mogą znużyć i wywołać frustrację, z kolei riffy muzyka oraz jego charakterystyczna barwa pomagają przez te niewygody jakoś przejść. Więc jest tylko przyzwoicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Buddy Guy – Born to Play Guitar

Born_To_Play_Guitar

O Buddym Guyu opowiadałem opisując poprzednią płytę „Rhythm and Blues”. Weteran z Chicago jednak zamiast iść na emeryturę, dalej nagrywa i po dwóch latach serwuje kolejny album. I słychać, że urodził się z gitarą.

Jest to klasyczny gitarowy blues, o czym świadczy już tytułowy utwór z wolnym riffem oraz towarzyszącym fortepianem. Bardziej żywiołowy jest „Wear You Out”, ale czy może być inaczej, jeśli Guya wspiera Billy Gibbons z ZZ Top? Gitara jest żywiołowa, rytmiczna i odpowiednio brudna. I ta zmienność tempa będzie nam towarzyszyć do końca. Spokojna „Back Up Mama” z żywiołowym fortepianem na końcu miesza się z prawdziwymi petardami w rodzaju „Too Late” (harmonijka ustna grana przez Kima Wilsona) czy „Whiskey, Beer & Wine”. Dęciaki też musiały się pokazać (oldskulowy „Crying Out Of One Eye”), podobnie jak smyczki (łagodny „(Baby) You Got What It Takes” z Joss Stone) czy Hammond (spokojny „Crazy World”). Brzmi to z energią, pazurem, a nawet te wolniejsze numery prezentują się bardzo dobrze. Nawet nagrany w hołdzie B.B. Kingowi duet z Van Morrisonem trzyma fason i klasę.

Wokal Guya jest świetny, a riffy są jeszcze lepsze. Guy to obok Johna Mayalla potwierdzenie tezy, ze im starsze, tym lepsze. Po prostu muzyka z najwyższej półki.

8/10

Radosław Ostrowski