Black Stone Cherry – Kentucky

blackstonecherrykentuckycd

Rockmeni z południa USA, czyli popularny w macierzystym kraju Black Stone Cherry po dwóch latach od nieźle przyjętego „Magic Mountain” powraca z nowym dziełem. Okładka zapowiada coś mroczniejszego, ale czy tak będzie?

Otwierający całość „The Way of the Future” ma ciężki klimat, grunge’owy sznyt oraz ostre gitary. Riffy potrafią być mocne, agresywne, a sekcja rytmiczna kosi po równo niczym rasowy zabijaka („In Our Dreams” czy utrzymujący średnie tempo „Shakin’ My Cage”). Wszyscy działają niczym sprawnie utrzymana maszynka, a nawet pozornie wolne fragmenty, mają pazur („Feelin’ Fuzzy”). Na szczęście panowie pamiętają, że nie tylko łojenie się liczy i czasami dodają małe drobiazgi jak żeński chórek i dęciaki w „Soul Machine”, spokojniejszy wstęp w troszkę podniosłym „Long Ride” czy chór gospel na początku horrorowego „Rescue Me”.

O dziwo, nawet cover „War” Edwina Starra, podrasowano i podostrzono, zachowując jednak linię melodyczną. Dziwaczny wstęp z klaskaną perkusją do „Cheaper to Drink Alone” może wprawić w konsternację, podobnie jak dziwnie „zatrzymywana” gitara w „Darkest Secret”, jednak to tylko ubarwia brzmienie całości – równej, ostrej i surowej. Jedynym poważnym zgrzytem jest idący w country (gitara akustyczna i skrzypce) „The Rambler”.

Wokal Chrisa Robertsona troszkę pachnie grunge’m i czuć pewne podobieństwo do Chrisa Cornella, jednak mi to nie przeszkadzało. I jeśli lubicie mocne uderzenia oraz dynamiczne riffy, to tutaj jest tego mnóstwo.

7/10

Radosław Ostrowski

Black Stone Cherry – Magic Mountain

Magic_Mountain

Kwartet z Kentucky do tej pory nagrał trzy płyty, które pachniały southern rockiem. I teraz po trzech latach wrócili. Ekipa w składzie: Chris Robertson (wokal, gitara prowadząca), Ben Wells (gitara rytmiczna), Jon Lawhon (gitara basowa) i John Fred Young (perkusja) chcą udowodnić, że jeszcze potrafią przyłoić. I to pokazują na „Magic Mountain”.

I jest to bardzo zadziorne granie, które jest na pewno bardziej współczesne niż przesłuchiwany wcześniej Black Label Society, bardziej soczyście i melodyjniej. Tempo jest dość różnorodne, co na pewno jest plusem, a gitara w paru miejscach naprawdę się popisuje („Peace Pipe”), czasem pachnie oldskulowo („Bad Luck & Hard Love” czy bardzo nośne „Me & Mary Jane”), czasami jest bardzo delikatnie (początek „Runaway”, który potem jedzie po szybkości czy pachnący bluesem „Blow My Mind”), a kiedy jest potrzeba przyśpieszają (tytułowy utwór z „organowym” wstępem czy „Never Surrender”). Może i to już słyszeliśmy wcześniej, ale to kopyto jest naprawdę mocne, zaś wokal Robertsona jest taki, jaki być powinien. Choć ballady są tutaj naprawdę niezłe („Sometimes”), to jednak wypadają najsłabiej w całym zestawie. Na szczęście nie ma ich tutaj zbyt wiele, a energia i dynamika nakręca ten album, któremu warto poświęcić czas.

7,5/10

Radosław Ostrowski