Lata 50., jakieś małe miasteczko, gdzie życie toczy się powoli wokół różnych lokalnych imprez. Takich jak mecz szkolnej drużyny koszykówki. W trakcie meczu będzie grało lokalne radio grające nową muzykę, a prowadzone przez Everetta. Oprócz niego równie istotną osobą jest pracująca w centrali telefonicznej Fay, która chciałaby robić coś innego. Nie zapowiada się nic ciekawego, aż do momentu, kiedy dziewczyna słyszy tajemnicze dźwięki przez radio. Od tej pory dzieją się rzeczy dziwne, z urwanymi połączeniami telefonicznymi. To jednak dopiero początek tajemnicy.

Debiut Andrew Pattersona klimatem przypomina produkcje SF z lat 50. oraz produkcje telewizyjne w rodzaju „Strefy mroku”. I to już od samego początku, kiedy widzimy telewizor a z niego na ekranie pojawia się zapowiedź „Teatru Paradoksu”. Narrator wprowadza nas w opowieść, a potem nie „przenosimy” się na obraz z ekranu. Parę razy będziemy obserwowali historię niczym oglądając tamtejszą telewizję. Sam film jest bardzo kameralny, wręcz niskobudżetowy jak na kino SF, jednak reżyser potrafił mnie zaskoczyć. Choć sama historia dotyczy ogranego tematu (nie powiem jakiego), to bardzo konsekwentnie buduje atmosferę powoli odkrywanej tajemnicy. I to bardzo oszczędnymi środkami, osadzając akcję przez sporą część czasu w jednym miejscu (stacja radiowa albo centrala telefoniczna). Stąd spora obecność długich ujęć podczas dwóch kluczowych rozmów, pozwalając aktorom dać spore pole do popisu. I to jeszcze bardziej potęguje atmosferę czegoś niesamowitego, ale też trzyma w napięciu. Nie brakuje kilku szybkich cięć montażowych (sceny przyjmowania kolejnych telefonów) oraz absolutnie cudowny mastershot przenoszący po niemal całej okolicy. Przez takie rzeczy zapomina się o skromnym budżecie.

Patterson reżyseruje całość z taką energią, że wydaje się to robotą doświadczonego, ale pełnego pasji reżysera. Konsekwentnie prowadzi całą narrację, choć podejrzewałem w jakim kierunku to może pójść. Jednak sama droga oraz relacja dwójki bohaterów stanowi prawdziwe paliwo. Troszkę cięty, bardziej „doświadczony” radiowiec Everett (świetny Jake Horowitz) oraz troszkę naiwna, ale pełna empatii Fay (cudowna Sierra McCormick) tworzą przyciągający, wręcz magnetyzujący duet. W krótkich rozmowach poznajemy ich charaktery, motywacje bez walenia ekspozycją na siłę. To przebiega tak naturalnie, że chyba bardziej się nie da. Film kradną także równie fantastyczni Bruce Davis (weteran wojenny Billy, którego tylko słyszymy) oraz Gail Gronauer (Mabel Blanche).

Raz na jakiś czas pojawia się taki mały film, który okazuje się wielką niespodzianką. Czy „The Vast of Night” będzie filmem, który zostaje uznany za klasyka? Ma wszelkie zadatki i pokazuje siłę wyobraźni oraz wizji nad budżetem w kinie gatunkowym. Wsysające jak odkurzacz oraz trzymające w napięciu do końca, co w przypadku debiutu jest rzadkością. Czekam na kolejne filmy Pattersona z niecierpliwością.
8/10
Radosław Ostrowski
