Pierwszy człowiek

Przestrzeń kosmiczna to miejsce nieodgadnione. A filmów o eksploracji kosmosu powstało kilka jak „Pierwszy krok w kosmos” czy „Apollo 13”. Na pierwszy rzut oka „Pierwszy człowiek” wydaje się iść w tym tonie, opowiadając o życiu Neila Armstronga. Ale Damien Chazelle wykonuje tu skok na głęboką wodę z trzech powodów. Po pierwsze, jest to film biograficzny. Po drugie jest on oparty na cudzym scenariuszu (autorem jest Josh Singer, zdobywca Oscara za „Spotlight”). Po trzecie, dostał większy budżet (jakieś 60 milionów dolców). Czyżby nasza zdolna bestia zawarła pakt z diabłem i się zwyczajnie sprzedał Hollywoodowi?

pierwszy_czlowiek1

Wszystko zaczyna od lotu Armstronga samolotem X-15 a kończy się lądowaniem na Księżycu, które nie zostało wyreżyserowane w studio przez Stalneya Kubricka (tak twierdzą fani teorii spiskowych). Jednak jeśli spodziewacie się wiadra patosu, kilogramów efektów specjalnych oraz blockbusterowego przepychu, to… nie. „Pierwszy człowiek” bardzo mocno trzyma się ziemi i bardziej wygląda jak dokument niż dzieło dużej wytwórni, co było wielką niespodzianką. Narracja tutaj skupia się na samym Armstrongu, który jest bardzo wycofany, co pogłębia śmierć córki Karen, przez co „odcina się emocjonalnie” od swojej rodziny. Z drugiej strony mamy tą rywalizację z Ruskimi o dominację w przestrzeni kosmicznej, co jest kolejnym polem działań zimnej wojny. Ale co mniej najbardziej uderzyło, to realizacja tych ujęć. Kamera niemal przyjmuję perspektywę naszego bohatera, przez co podczas scen lotów czy treningów miałem wrażenie, jakbym to JA uczestniczył w tych lotach, szkoleniach czy treningach. To poczucie immersji przypominało mi „Grawitację” Cuarona, w czym pomaga udźwiękowienie (niemal ciągle wyginające się metale, pręty) oraz kamera skupiająca się na detalach i trzęsąca się niczym ofiara epilepsji. Tymi metodami Chzelle buduje napięcie, mimo znajomości finału, co pokazuje scena lotu Gemini 8, kiedy pojazd zaczyna koziołkować czy obserwując lądowanie na Księżycu.

pierwszy_czlowiek2

Ale jednocześnie Chazelle pokazuje, jak bardzo takie loty i misje były niebezpieczne dla pilotów. I ile ofiar pochłonęło to marzenie, by przekroczyć kolejne bariery poznania oraz rozwoju technologii, o czym dość niechętnie się wypowiada. Śmierć tutaj towarzyszy bardzo często, potęgując miejscami melancholijny klimat filmu. Bo wiele trzeba było prób i błędów tu na Ziemi, by nie powtórzyły się w kosmosie. Dla mnie problemem była tutaj dość skokowa narracja, pokazująca 8 lat z życia naszego astronauty oraz jego rodziny czy pokazanie członków NASA jako nie do końca poważnych gości. Jednak to wszystko rekompensuje wręcz znakomita reżyseria, balansująca między patosem, rozmachem, a kameralnością oraz rewelacyjna muzyka. Jest to zbalansowane wręcz perfekcyjnie.

pierwszy_czlowiek3

Wiele osób może mieć zastrzeżenie do obsadzenia Ryana Goslinga jako Neila Armstronga, który kolejny raz wciela się w wycofanego, tłumiącego emocje faceta. Problem jednak w tym, że ten casting zwyczajnie działa i łatwo było wejść w skórę zamkniętego w sobie człowieka, który jest bardzo konkretny i mało wylewny. Jeszcze to człowiek czy już robot? Widać, że jeszcze nie przepracował żałoby i tylko raz jego żona (świetna Claire Foy) stawia go do pionu, by powiedział synom, iż może nie wrócić z tego lotu. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy z małego i dużego ekranu jak Kyle Chandler (Deke Slayton), Corey Stoll (Buzz Aldrin), Ciaran Hinds (Bob Gilruth) czy Patrick Fugit (Elliott See), to dla mnie całość kradnie Jason Clarke w roli przyjaciela i sąsiada, Eda White’a. tutaj w zasadzie nie mam się do kogokolwiek przyczepić, nawet dzieci wypadają naturalnie.

Troszkę żałuję, że „Pierwszy człowiek” został olany przez wiele prestiżowych gremiów, bo to jeden z najlepszych filmów roku 2018. Bardzo kameralna jak na film z dużym budżetem, ale zrobiona po swojemu i niejako wbrew oczywistym schematom. Wiele ujęć i kadrów zostanie ze mną na długo, a eksploracja kosmosu jeszcze nie była tak intensywnym doświadczeniem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Whiplash

Każdy człowiek ma jakieś plany, marzenia i ambicje. Dla niejakiego Andrew Neymana, lat 19, takim marzeniem jest bycie największym muzykiem swoich czasów. A że gra na perkusji, to sprawa jest dla niego bardzo ważna. W końcu dostaje szanse zagrania w swojej szkole muzycznej (Konserwatorium Schiffera) w zespole dyrygowanym przez charyzmatycznego Terrence’a Fletchera. Myślicie, że to będzie spacerek?

whiplash1

Damian Chazelle, lat 29 postanowił zadebiutować tym filmem na szerokie wody i wygrał festiwal w Sundance. Czyżby objawił się nowy talent? Na to wygląda. A efekt jest niemal mistrzowski.  Pozornie może wydawać się to kolejnym filmem o walczeniu ze swoimi ambicjami, przekonaniami oraz tym, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć perfekcję. Myślicie, że jazz polega tylko na improwizacji oraz popisywaniu się w bezsensownym waleniu po perkusji? Może i tak, ale to tylko część prawdy. Najważniejsza jest praca i poświęcenie, a żeby osiągnąć wielkość oraz potwierdzić swój talent wymagane jest tutaj przekroczenie swoich własnych barier. Jak? O tym jeszcze wam opowiem, ale skupmy się na samej konstrukcji.

whiplash2

„Whiplash” przypomina utwór muzyczny, co w przypadku filmów, gdzie muzyka gra główną rolę jest szalenie istotne. Wszystko jest niej podporządkowane – i nie chodzi tu tylko o fabułę, ale poszczególne sceny (ćwiczenia Andrew – zapętlone repety czy sam początek, gdy widzimy miasto, a ujęcia zmieniają się w rytm perkusji). Chazelle składa tutaj hołd wszystkim muzykom jazzowym, których warsztat robi tutaj piekielnie dobre wrażenie. Ale w tle ciągle wybrzmiewa ważkie pytanie – jaka jest cienka granica między determinacją i przełamaniem swoich barier a podcinaniem skrzydeł i wypaleniem? Gdzie kończy się pierwsze, a zaczyna to drugie? Tempo jest tutaj miejscami dynamiczne, a napięcie podczas gry oraz ćwiczeń większe niż we wszystkich akcyjniakach z Tomem Cruisem razem wziętych (zobaczcie sam finał).

whiplash3

To także jest to zasługa starcia dwóch osobowości na ekranie. Pierwsza to Miles Teller, czyli Andrew. Chłopak jest przekonany o swoim talencie i jest niemal w tym bezczelny. Nie wie jeszcze, ze będzie to wymagało większego wysiłku niż się może spodziewać (aż do niemal szpiku kości). Drugim jest tutaj J.K. Simmons zwany tutaj Fletcherem. Uczniowie traktują go niemal jak Boga, od którego słowa zależy być albo nie być. Jednak metody wyciągania ich talentu są dość zastanawiające. Prawdopodobnie muzyki uczył się u sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket” – silny wycisk, manipulacja, wyzwiska i bluzgi latające na prawo i lewo. Jak sam twierdzi: Nie ma bardziej krzywdzącego wyrażenia niż „dobra robota”. A relacja miedzy tą dwójka bardziej przypomina syndrom sztokholmski, co niemal uderza niż relację mistrz-uczeń.

Chciałbym powiedzieć reżyserowi, ze wykonał dobrą robotę, ale obawiam się, że mógłby przez to spocząć na laurach i sobie odpuścić. W końcu, jak podaje jeden z wycinków prasowych: Beztalencia grają w zespołach rockowych. Liczę, że następne filmy Chazelle’a będą równie dobre, a nawet lepsze od tego debiutu. Tak się powinno robić kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski