Wszystko wszędzie naraz

Są takie filmy, że po ich obejrzeniu zastanawiasz się, co tu się odbyło. A pozbieranie myśli oraz próby ubrania tego w słowa wydaje się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Takie produkcje są dla recenzenta trudne, a jednocześnie jest tyle niespodzianek, że zdradzenie zbyt wielu zniechęci do seansu. Nie zamierzam jednak zrezygnować i spróbuję, bez spojlerów, ogarnąć nowe dzieło duetu Daniels.

„Wszystko wszędzie naraz” skupia się na rodzinie z Chin, mieszkającej od lat w USA ze swoim interesem, czyli pralnią. Głowa rodziny, Evelyn (Michelle Yeoh), ma bardzo dużo na głowie: rachunki, schorowanego ojca, dorastającą córkę-lesbijkę oraz męża, co chce się z nią rozwieść. Nie powiem, jest to przytłaczające i może doprowadzić do frustracji. A nawet spotęgować uczucie, że życie ssie, jest za ciężkie i cokolwiek byśmy zrobili, to nic nie daje. Przecież moje życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Podczas wizyty w urzędzie skarbowym, nasza bohaterka zauważa coś dziwnego. Wskutek wydarzeń odkrywa, że nie jest jedyną Evelyn w tym świecie. Że istnieją światy równoległe, wykreowane za pomocą każdej alternatywnej decyzji w jej życiu. I że jest najgorszą wersją samej siebie. Jednak nie ma ona zbyt wiele czasu na przetworzenie informacji, albowiem pojawia się zagrożenie dla wszystkich światów – Jubo Tupaku. I że tylko ona może ją powstrzymać.

Jeśli myślicie, że ten ogólny opis fabuły zapowiada coś dziwnego, to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Danielsowie sięgają, po – kojarzący się ostatnio z kinem superbohaterskim – motyw multiwersum. Światów, gdzie losy naszej bohaterki wyglądają zupełnie inaczej: od kucharki przez znak promujący pizzerię po gwiazdę kina kopanego i mistrzynię kung-fu. Dzieje się tu wszystko, akcja toczy się wszędzie oraz naraz. Postacie przeskakujące z ciała do ciała, przejmując ich umiejętności (jednak by to zrobić trzeba wykonać kompletnie absurdalną czynność), zmieniając otoczenie, a nawet swój wygląd. Od tych pomysłów można zwariować i dostać oczopląsu. Na pewno wiele osób odbije się od tego, bo będzie się czuło zwyczajnie przeładowani kolejnymi zakrętami, pomysłami, absurdami: inspirację „Ratatujem”, popisami kung-fu czy światem, gdzie antagonistki są… kamieniami.

Ale tak naprawdę cała ta bombastyczna otoczka (z wielkim, czarnym bajglem) służy do opowiedzenia bardzo kameralnej historii rodzinnej. O odnalezieniu się w przytłaczającej rzeczywistości, pogodzeniu się ze swoim losem oraz poprawie relacji rodzinnych. Tutaj chodzi głównie o matkę i córkę, które coraz bardziej zaczynają się one od siebie oddalać. I to odtrącenie wywołuje w latorośli poczucie obojętności, przytłoczenia, które zmienia ją w Jobu – pozbawioną nadziei, apatyczną, cyniczną, autodestrukcyjną bestię. Ale pod nią kryje się zupełnie inna warstwa, którą widzi tak naprawdę tylko jedna osoba.

Realizacyjnie to są tutaj wianki, gdzie wybija się zdecydowanie montaż. Zarówno szybkie cięcia, pokazujące przeskoki w przestrzeni jak i wręcz wariackie, bardzo płynne sceny akcji. Te mają szaloną choreografię, godną filmów z Jackie Chanem, ale też troszkę przypominającą bardziej dziką wersję… „Matrixa”. Kolejne absurdalne odloty wyglądają niesamowicie, w tle gra idealnie dopasowana muza zespołu Son Lux. I jest absolutnie rewelacyjnie zagrane – Michelle Yeoh to prawdziwe zjawisko, gdzie ma setki (albo i więcej) swoich inkarnacji, co jest bardzo trudnym zadaniem. Jednak robi to z taką łatwością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. Równie zaskakujący są Stephanie Tsu (coraz bardziej oddalająca się Joy) oraz – chyba największa niespodzianka – Ke Huy Quan, czyli pierdołowaty Waymond, aczkolwiek zdarzają mu się momenty kopania tyłków niczym mistrz sztuk walki. Dlaczego niespodzianka? Bo ten aktor znany był z dziecięcych ról w drugim „Indiana Jonesie” oraz „Goonies” i po 20 latach przerwy wrócił do grania. Oby na stałe.

„Wszystko wszędzie naraz” może przygnieść swoim szaleństwem oraz pomysłami jakby wziętymi pod wpływem wspomagaczy psychodelicznych. Że tego jest za dużo i niepotrzebny ten cały kolaż. Ale jest to całkowicie kontrolowany chaos, nie tracący z oczu głównej bohaterki oraz jej problemów. Choć ubranych w bardzo niekonwencjonalną otoczkę SF. Porąbane kino oraz niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Człowiek-scyzoryk

Gdy poznajemy Hanka, przebywa na jakiejś wyspie, gdzie nie ma kontaktu z cywilizacją, trafił podczas burzy, a szanse na przetrwanie spadły niemal do zera. Dlatego nasz brodaty kumpel podjął jedyną słuszną decyzję – samobójstwo. Bo cóż innego można zrobić? I wtedy z brzegu wypływa mężczyzna, który wygląda, delikatnie mówiąc, nieświeżo. Ale czy może być inaczej, skoro nowy znajomy jest… trupem. I to nie byle jakim, tylko ożywającym.

swiss_army_man1

Kolejna sundance’owa produkcja znanej wytwórni A24, realizującej kino dość nieoczywiste. Dan Kwan z Danielem Scheinertem zrealizowali film, który jest bardzo dziwny, oparty na karkołomnym pomyśle. Bo jak nazwać relację między zagubionym i dziwacznym Hankiem, a pierdzącymi zwłokami o imieniu Manny? Ale Manny okazuje się kimś więcej niż tylko zwłokami, bo posiada pewne niezwykłe umiejętności, wynikające z jego stanu fizycznego. Jest w stanie nie tylko pierdzieć, dzięki czemu może być… wodnym skuterem czy miotaczem ognia, ale także rąbać kłody drewna niczym Bruce Lee, strzelać z paszczy kamieniami lub też zbiornikiem wody pitnej. Wiem, że to brzmi odpychająco, wstrętnie czy nawet makabrycznie. Ale pod tym wszystkim i tym pozornie niskich lotu humorem, twórcy pokazują historię odmieńca, nie potrafiącego się odnaleźć w naszym, pozornie normalnym światem. Im dalej w las, tym bardziej poznajemy kolejne elementy układanki związane z Hankiem.

swiss_army_man2

Ten chłopiec o aparycji Paula Dano jest bardzo wycofanym, nieśmiałym freakiem, który nie potrafi żyć, tak jak chciał i wyrwać fajną laskę. Zwyczajnie budzi współczucie, a jego dynamiczna relacja z Mannym (najbardziej nietypowa rola Daniela Radcliffe’a) nabiera coraz silniejszych barw. Choć drugi bohater to nieboszczyk, bardziej przypomina on dziecko odkrywające powoli świat i takie kwestie jak miłość, przyjaźń. Pozornie zadaje głupie pytanie, a naiwne podejście oraz szczerość czynią go jednym z najbardziej pokręconych, sympatycznych postaci jakie widziałem ostatnio. I to ta chemia między nimi jest wręcz zabójcza, wznosząc to dzieło na wyższy poziom, zaś kilka scen („oglądanie filmów” czy zdobywanie pożywienia) zapadnie w pamięć na długo.

swiss_army_man3

„Człowiek-scyzoryk” to wariacka historia człowieka i jego samotności w wersji ekstremalnej. Dziwaczna, miejscami wręcz psychodeliczna, ale bez wątpienia bardzo oryginalna. Takiego wariackiego duetu, pełnego charyzmy nie spotyka się zbyt często. Dlatego warto przebić się przez te pierdnięcia, mogące wielu zniechęcić.

7,5/10

Radosław Ostrowski