Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Ktoś jeszcze pamięta te czasy, gdy Luc Besson robił niesamowite filmy? „Wielki błękit”, „Nikita”, „Leon zawodowiec”, „Piąty element” – to były świetne czasy dla francuskiego reżysera. A potem (jako scenarzysta i producent) zaczął trzaskać jak szalony filmy akcji i powstawały takie marki jak „Taxi”, „Transporter” czy „Uprowadzona”. Zaś reżyserskie próby raczej odbijały się bez echa, ale w 2017 rku Francuz zagrał va banque. Nakręcił z własnej kieszeni za 200 milionów dolarów SF na podstawie kultowego komiksu.

Wszystko zaczęło się w 1975 roku, gdy zbudowana została stacja kosmiczna Alfa. Do niej z czasem zaczęły się pojawiać kolejne statki, które najpierw łączyły astronautów z Ziemi, a następnie z przybyszami innych planet. To tak się rozrosło, że w XXII wieku Alfa coraz bardziej zbliżyła się do ziemskiej atmosfery, więc podjęto decyzję o skierowanie tego kosmicznego miasta w kierunku Obłoku Magellana. Mija 400 lat i skupiamy się na agentach kosmicznej federacji (prawie jak w „Star Treku”) – majorze Valerianie (Dane DeHaan) i sierżant Laureline (Cara Delavigne). Oboje ruszają z misją na kosmiczną planetę, by wykraść pewien cenny przedmiot – by być tak precyzyjnym chodzi o konwerter. Co on robi? Po pierwsze jest zwierzątkiem, po drugie jest w stanie zduplikować połknięte przedmioty. Misja, choć nie bez problemów, udaje się i nasza parka przybywa do Alfy. A tam jest totalne multi-kulti oraz kompletnie nie wiadomo skąd radioaktywna strefa w samym sercu miasta.

„Valerian…” to bardzo droga, oszałamiająca wizualnie hybryda znanych motywów i wątków z SF. Gdzieś czuć tu klimat „Gwiezdnych wojen”, „Piątego elementu”, „Star Treka”, „Strażników galaktyki”, a nawet… „Avatara”. Z jednej strony cały ten świat wygląda oszałamiająco wizualnie (widoczny tylko wirtualnie wielki bazar na pustyni czy sama stacja Alfa), że trudno oderwać wzrok od czegokolwiek. Ilość szczegółów, mnogość istot oraz imponujące efekty specjalne – tak kreatywnie wykreowanego świata nie widziałem od dawna. Jednak sama opowieść to, no cóż, inna dyskusja.

Intryga jest mieszanką śledztwa, akcji oraz bezpretensjonalnej przygody, dzięki czemu mamy procentową szansę na poznanie tego wariackiego, ekstrawaganckiego świata. Choć punkt wyjścia jest interesujący, im dalej w las Besson zaczyna gubić rytm i mąci w narracji. Próbuje podrzucić kolejne elementy oraz scenki jak choćby łowienie meduzy przez dziwacznego kapitana Boba (Alain Chabat nie do poznania) czy – bardzo imponującą – scenę tańca przez zmiennokształtną prostytutkę (Rihanna). Problem z nimi jest taki, że pełnią rolę efekciarskiego zapychacza, w zasadzie zbędnego dla fabuły. Tak samo nie do końca trafia humor, który dla mnie bywał wręcz infantylny, co mi zgrzytało. I to dotyczyło głównie relacji między naszą dwójką bohaterów – oboje troszkę sprawiali wrażenie bardziej nastolatków, którzy się przekomarzają, niby-chcą-być-razem-ale-nie-do-końca. Brakowało mi tutaj napięcia, zaś samo rozwiązanie jest dość przewidywalne.

Aktorsko jest w sumie całkiem zgrabnie i dość zaskakująco. Główny duet, czyli Dane DeHaan i Cara Delavingne tworzą niezły duet. On trochę poważny, choć zacięty oraz głosem trochę przypominającym młodszą wersję Keanu Reevesa, z kolei ona taka bardziej zadziorna, awanturnicza, mniej trzymająca się procedur. Ten kontrast nawet działa i jest na tyle chemii, by za tymi bohaterami podążać. Z bardziej znanych twarzy obecny jest też Clive Owen (szorstki i nie budzący zaufania admirał Fillitt), jest w świetnym epizodzie Ethan Hawke (alfons Jolly), zaskakująco obsadzony Herbie Hancock (minister) czy wcześniej wspomniany Chabat.

Niby to jest blockbuster, ale tak pokręcony i ekscentryczny, ze nie mógłby powstać w Hollywood. Besson może bywa efekciarski, zaś scenariusz wydaje się czasem wątły oraz niewykorzystujący swojego potencjału, ALE ten film ma pewien bezpretensjonalny urok. Może jest on niedzisiejszy i zrobiłby większe wrażenie z 20 lat temu, niemniej to jest pewna odskocznia od taśmowych produkcji made in Hollywood.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Kid

Ile powstało już opowieści o Billym the Kidzie? Któż jest w stanie je wszystkie wyliczyć. Najbardziej znane mi były „Pat Garrett i Billy Kida” od Sama Peckinpaha oraz „Młode strzelby”. Ale tym razem za jego historię postanowił opowiedzieć Vincent D’Onofrio – aktor znany z legendarnych ról w „Full Metal Jacket” oraz serialu „Daredevil”. Jak sobie poradził na stołku reżyserskim?

the kid1

Pat i Billy się pojawiają w filmie, ale nie wokół nich toczy się cała opowieść. Bohaterami jest tutaj rodzeństwo: Rio i Sara. Kiedy ich poznajemy ich ojciec bije matkę na śmierć. Chłopak zabija ojca, a oboje muszą uciekać przez wujem i jego bandą. Bo wuj chce zabić dzieciaka, a z siostry zrobić kurewkę. Ukrywają się w jakiejś stodole, by ruszyć do Santa Fe. A kiedy rano się budzą, obok nich jest banda Billy’ego the Kida. I są oni atakowani przez ludzi Garretta.

the kid2

Cieszy mnie realizacja westernów na ekranie. Obydwa te wątki są bardzo zgrabnie poprowadzone, ale zaskakuje tutaj spokój oraz kameralność tej historii. Strzelanin oraz rozwałki nie ma tutaj zbyt wiele, lecz nie o to tu chodzi. Reżyser powoli buduje klimat Dzikiego Zachodu, który nie jest taki fajny. Z jednej strony mamy piękne plenery oraz zachwycającymi zdjęciami, lecz nie brakuje tutaj krwi, brudu, piachu. Jest też próba demitologizacji losów dwójki ikonicznych postaci, odzierając ich z otoczki romantyzmu. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi, ale ich drogi rozeszły się. Pat wydaje się stąpać twardo po ziemi, dla którego prawo i porządek stają się najważniejsze. Z kolei Billy stał się bandytą mimo woli, nie do końca dojrzałym (ksywa Kid nie wzięła się znikąd) człowiekiem, łatwo łamie słowa. Udaje się połączyć fikcyjną fabułę z prawdziwymi wydarzeniami, a wiele scen trzymało za gardło (próba przebicia się Garretta z Billym przez blokadę z ludzi miejscowego szeryfa czy finałowa konfrontacja).

the kid3

Nawet aktorsko jest tu więcej niż dobrze. Aczkolwiek jest jeden problem, czyli Jake Schur w roli Rio. Dzieciak stawia tutaj swoje kroki, więc nie spodziewałem się cudów. Wypada ok, choć w scenach bardziej dramatycznych (prośba o pomoc do Pata) bywa nadekspresyjny. Chris Pratt w roli głównego złego, czyli wuja, nie ma tu zbyt wiele do roboty. A najbardziej będzie się pamiętać jego brodę. Za to Billy oraz Pat to zupełnie inna para kaloszy. Szorstki Ethan Hawke w roli Pata znowu magnetyzuje, tworząc silną postać, trzymającą się zasad. Za to zaskoczył mnie Dane DeHaan jako Billy, który nie jest niewinny, ale bardzo zagubiony, trochę cyniczny. Sprawia tylko wrażenie twardego, ale naznaczonego przeszłością. Bardzo daleki od wizji znanej z legendy.

Film D’Onofrio nie będzie wielkim klasykiem westernu, ale jest na tyle solidnym dziełem, że nie da się przejść obojętnym. Pięknie wygląda, ma mocnych aktorów oraz dobrą rękę reżysera. Czekam na kolejne filmy, panie D’Onofrio.

7/10

Radosław Ostrowski

Lekarstwo na życie

Byliście kiedyś w sanatorium, gdzie ludzie spokojnie odpoczywają i chcą w nim zostać na zawsze? Tak jest w małym miasteczku gdzieś w szwajcarskich Alpach, do którego trafił szef pewnej dużej korporacji, wplątanej w duże tarapaty. I właśnie tam zostaje wysłany niejaki Lockhart – młody korposzczurek, który zrobił pewne drobne przekręty w firmie przed fuzją. Jednak sam ośrodek wygląda jakby początek XX wieku nadal trwał. Jednak podczas powrotu Lockhart ma wypadek, podczas którego łamie nogę i zostaje pacjentem ośrodka, gdzie poznaje pewną młodą dziewczynę o imieniu Hannah.

lekarstwo_na_zycie4

Pamiętacie takiego reżysera jak Gore Verbinski? Ten zdolny filmowiec po rejsach z piratami na Karaibach oraz zrobieniu najdroższego westernu, który się nie zwrócił („Jeździec znikąd”), dostał o wiele mniejszy budżet, by zrealizować dziwaczny horror/thriller, jakiego dawno nie było. I nie chodzi tylko o to, że trwa prawie dwie i pół godziny (co jest ogromną rzadkością), ale i samą realizację, mieszającą wystawność z kameralnością w jednym. No i nie ma w nim jump-scare’ów oraz lejącej się wiadrami posoki. Zamiast tego reżyser skupia się na budowaniu aury tajemnicy wokół tytułowego ośrodka, który wygląda dziwnie niewspółcześnie. Brak zasięgu, przez co są tylko tradycyjne telefony, hydroterapia, jakieś stare sprzęty jak duża komora pełna wody niczym z „Kształtu wody” czy pełna korytarzy sauna potrafią zrobić duże wrażenie. Verbinski ma niesamowity zmysł wizualny, gdzie kilka scen to prawdziwe perełki (pociąg wjeżdżający do tunelu, początek w korporacji, gdzie umiera jeden z pracowników), które cieszą oko.

lekarstwo_na_zycie1

W ogóle realizacyjnie film zachwyca. Nie tylko mocno wyczuwalną zielenią przewijającą się w wielu scenach, tworząc bardzo chropowaty, dziwny klimat. Wszystko to potęgująca scenografia – samo sanatorium wygląda jakby żywcem wzięte z początków XX wieku (te kafelki, mroczne podziemia), który mrozi. Do tego Verbinski bardzo powoli odkrywa mroczną tajemnicę ośrodka, z bardzo niepokojącą przeszłością. By jednak nie było tak łatwo, każdy z napotkanych bohaterów przekazuje informacje, będące wobec siebie bardzo sprzeczne, co wywołuje jeszcze większy mętlik. I przez większość czasu ta aura mocno trzyma za pysk, w czym pomaga bardzo dobry montaż, gdzie zdarzają się sceny równoległe (Lockhart i Hannah podążający ku dwóm różnym miejscom), łamana chronologia (śmierć matki, rozmowa z szefami przed wyjazdem) czy wplecione sceny snów (Hannah w wannie pełnej węgorzy), zaburzające percepcję. I jest jedna mocna scena u dentysty – wierzcie, będą was zęby bolały.

lekarstwo_na_zycie2

Ale żeby jednak nie było tak słodko, reżyser w pewnym momencie zaczyna zdradzać troszkę zbyt wiele, przez co szybciej rozgryzłem tajemnicę sanatorium od bohatera (jakieś 30-40 minut przed finałem), zaś sam finał oraz rozwiązanie było dla mnie kompletnym rozczarowaniem. Dlaczego? Bo wyjaśnienie (niczym w „Uciekaj” czy „Hereditary”) jest po prostu idiotyczne, wzięte z jakiegoś straszaka ubarwionego elementami fantasy, które kompletnie nie pasuje do – w miarę realistycznego – portretu świata do tej pory. I nawet ostatnia scena nie jest w stanie tego zrekompensować, a dość powolne tempo pod koniec filmu zaczyna działać usypiająco. Do tego cały czas nie mogłem pozbyć się z głowy skojarzenia, że już podobny film widziałem: „Wyspę tajemnic” Martina Scorsese. Tam też był szpital, nowy przybysz oraz aura tajemnicy, tylko było to lepiej wykonane.

lekarstwo_na_zycie3

Jednak „Lekarstwo na życie” całkiem przyjemnie mi się oglądało ze względu także na dobre aktorstwo. Błyszczy tutaj Dane DeHaan jako nasz protagonista, który jest troszkę takim śliskim cwaniakiem, próbującym ugryźć to całe dziwne sanatorium i coraz bardziej zaczyna gubić się w tym wszystkim. Bardzo dobrze udaje się zaprezentować wszelkie stany emocjonalne: od pewności siebie, opanowania po gniew, paranoję oraz poczucie zagrożenia. Świetnie wypada też Jason Isaacs jako bardzo życzliwy i opanowany dyrektor Volmer, który jednak ma w sobie coś demonicznego, niepokojącego oraz skontrastowana wobec nich śliczna Mia Goth jako bardzo naiwna, niedoświadczona Hannah. I to trio najbardziej przyciąga uwagę do samego końca, choć reszta obsady też prezentuje się solidnie.

Mam bardzo duży problem z nowym filmem Verbinskiego, który z jednej strony ma jaja, by być czymś zupełnie innym od reszty filmów z tego gatunku – bardzo stylowym, wysmakowanym horrorem z ambicjami (i to jestem w stanie docenić), z drugiej jego spokojne tempo oraz długi metraż potrafią zmęczyć, a im bliżej końca, tym bardziej klimat zaczyna się rozpływać. Ale „Lekarstwo” ma coś w sobie, co nie pozwala o sobie zapomnieć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diabelska przełęcz

Ta sprawa wydarzyła się naprawdę w West Memphis w roku 1993. W tym miasteczku zostało popełnione morderstwo, którego ofiarami zostali trzej młodzi chłopcy. Po śledztwie policji udaje się odnaleźć trzej podejrzanych i winnych: Damiena Echolsa, Jasona Baldwina i Jessie Misskelleya jr., za co grozi im kara śmierci. Wtedy obrońcom postanawia pomóc prywatny detektyw Ron Lax, który odkrywa błędy i niedopatrzenia sprawy.

devils_knot1

O tej zbrodni oraz o jej rzekomych sprawcach opowiadały głównie filmy dokumentalne, ale tym razem postanowiono opowiedzieć o tym w fabule, a dokładnie Atom Egoyan. Punktem wyjścia i jej perspektywą jest prywatne śledztwo Laxa, a drugim wątkiem –  trochę przy okazji – są losy matki jednej z ofiar, Pam Dobbs. I obydwa te wątki dominują, że nawet samo to, czy są winni czy nie, ma znaczenie drugorzędne, skupiając się przede wszystkim na pierwszym procesie. A przy okazji – dzięki retrospekcjom w postaci scen przesłuchań świadków – odkrywamy masę błędów popełnionych w sprawie (niewiarygodni świadkowie, zastraszanie, gubienie dowodów) oraz psychozę spowodowaną satanizmem jako tłem całego mordu. I pytanie – czy uda się ustalić prawdę? A zresztą: kogo ona naprawdę obchodzi, skoro mamy winnych? Egoyan mocno oskarża wymiar sprawiedliwości, a epilog tej sprawy jest dość nie do końca szczęśliwym zakończeniem. Choć znałem sprawę głównie dzięki dokumentom, to udało się wciągnąć do samego końca, a to naprawdę dużo.

devils_knot2

Swoje robi także przekonujący Colin Firth i jako detektyw sprawdza się naprawdę dobrze, choć o jego życiu osobistym nie wiemy zbyt wiele. Dla mnie jednak zaskoczeniem była Reese Witherspoon jako matka jednej z ofiar, nie do końca pogodzona ze stratą, z czasem mająca poważne wątpliwości co do prowadzenia tej sprawy. I oboje wnoszą ten film na wyższy poziom, a reszta obsady (łącznie z grającymi podejrzanych, są zepchnięte na boczny tor).

Egoyan, choć niczym nie zaskakuje w tej opowieści, stworzył naprawdę solidny kryminał z dramatem sądowym. I jest to naprawdę dobre kino z wysokiej półki.

7/10

Radosław Ostrowski

Na śmierć i życie

Jest rok 1944. Do Uniwersytetu Columbia dostał się Allen Ginsberg – młody chłopak, który mieszka z ojcem poetą oraz chorą psychicznie matką. Na uczelni poznaje Luciena Carra, który wzbudza w nim fascynację. Tak samo jak William Borroughs i poznany później Jack Kerouac, tworząc z nimi nowy ruch zwany później beatnikami. Jednak pośród nich jest zakochany z Carrze, David Kammerer, który zostaje zamordowany.

nasmierc1

Film niejakiego Johna Krokidasa (to drugi jego tytuł) to mieszanina gatunkowa. Z jednej strony mamy biografię, będąca przy okazji portretem rodzącego się nurtu buntowników, który sprzeciwiali się ogólnie przyjętym normom, nie tylko w literaturze. Z drugiej jest to opowieść obyczajowa, zakończona brutalną zbrodnią. I w obu tych polach, reżyser radzi sobie naprawdę nieźle, na pewno lepiej od Waltera Sallesa („W drodze” było średnio udane), który bardziej tutaj przysypiał. Luźny seks (głównie homoseksualny), narkotyki (w kawie, gazem) nakręcające do pisania i próba odnalezienia swojego miejsca na ziemi. A każdy z głównych bohaterów ma pewną mroczną tajemnicę, buntuje się przeciwko rodzicom, światu, nie do końca radząc z samym sobą oraz swoimi słabościami. Całość ogląda się naprawdę dobrze, ma to swój klimat, okraszony jazzem, dragami (przyśpieszenia i spowolnienia), zaś sprawa zabójstwa i dojścia Allena do prawdy intryguje. Nie brakuje też humoru (włam do biblioteki, by wykraść zakazane książki i umieścić je w gablotach).

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj pojawiają się młode, ale już dobrze znane twarze. Zaskoczeniem okazał się Daniel Radcliffe w roli Ginsberga, choć w okularkach zawsze będzie się kojarzył z postacią niejakiego Harry’ego z Hogwartu. Ale wypadł tutaj naprawdę dobrze. Drugą mocną postacią jest Lucien, świetnie zagrany przez Dane DeHaana. Wydaje się najbardziej niepokorny, ale to bardzo niestabilny emocjonalnie manipulator, wykorzystujący innych. Poza tymi dwoma dżentelmenami wyróżniają się niezawodny Ben Foster (narkotyzujący się William Borroughs – spokojnie mówi i zawsze elegancko ubrany) oraz Michael C. Hall (David Kammerer – trudny do rozgryzienia). Miedzy nimi jest tutaj wyczuwalna chemia, czuć tutaj silne zgranie, co jest sporą zaletą.

nasmierc4

Emocje tutaj rządzą, intryga kryminalna jest dość prosta, ale jako portret epoki sprawdza się to naprawdę dobrze. Czasami pojawiają się takie filmowe niespodzianki, które czasami szybko znikają. Ale jak już trafi się w ręce, to wtedy można zostać mile zaskoczonym.

7/10

Radosław Ostrowski