Egzorcysta papieża

Czy jest w ogóle sens robienia filmów o opętaniu, egzorcyzmach i facetów w czerni, którzy walczą z nadnaturalnym złem? Pod względem finansowym – na pewno. Ale poza „Egzorcystą” Williama Friedkina żaden inny film nie wywołał takiego fermentu ani wrażenia w kwestii tego podgatunku jak horror religijny. A reszta – klisza kliszą pogania. Nie inaczej jest w przypadku „Egzorcysty papieża”, mimo wykorzystania prawdziwej postaci ojca Gabriela Amortha.

Nie znacie go? Był głównym egzorcystą Watykanu, czyli szefem wszystkich egzorcystów i pełnił ta funkcję od 1986 aż do śmierci w 2016. Napisał wiele książek, które były bestsellerami i opisywały wszelkie egzorcyzmy. W tej historii – trochę jak w kryminale – nasz heros ma wyniki, jednak dostaje opieprz od przełożonych (Kongregacja Nowej Wiary). Bo wtedy, czyli w roku 1987, egzorcyzmy wydawały się przeżytkiem dla młodszych duchownych. Na szczęście nasz duchowny ma wsparcie samego szefa, czyli Jana Pawła II (Franco Nero z sexy brodą). Ten niczym komendant policji daje swojemu podwładnemu zadanie – wysyła go do Hiszpanii, gdzie doszło do dziwnego opętania.

Do San Sebastian przybywa rodzina, co w spadku odziedziczyła… klasztor w trakcie remontu. Najmłodszy członek rodziny, chłopiec Henry zostaje opętany. Co w tym dziwnego? Że demon chce księdza Amortha, więc lokalny duchowny dostaje od razu łomot. Dodatkowo samo miejsce ma pewną mroczną tajemnicę, która mocno może rzutować na historię Kościoła.

Brzmi jak kompletne wariactwo i bzdura? Do tego pełna znajomych klisz, więc co może być interesującego w tej historii? Reżyser Julius Avery wydaje się być tego w pełni świadomy, bo mamy masę znajomych klisz. Opętane dziecko, co brzmi demonicznie i klnie jak szewc? Jest. Osoby pod wpływem demona poruszające się w nienaturalny sposób, unoszące się lub wyrzucane na drugi koniec pokoju? Wiadomo. Niszczony pomnik Jezusa w kościele? No ba. Młody asystent księdza z tajemnicą? Jakżeby inaczej. Jeśli chcecie obejrzeć ten film dla fabuły, to raczej nie liczcie na niespodzianki.

Sam film nie jest aż tak straszny jakby się można było spodziewać, ale reżyser bardzo sprawnie buduje klimat. Jest odpowiednio mrocznie i zachowuje cały czas równo tempo. Pewnym miłym dodatkiem jest odkrywana tajemnica tego domostwa o wyglądzie zamku, co skojarzyła mi się z „Kodem da Vinci” czy „Skarbem narodów”. Choć sam finał jest efekciarskim popisem (słabych) efektów komputerowych i jest oczywisty, to jednak potrafił mnie złapać. Innym zaskoczeniem jest… humor, którego w takiej ilości się nie spodziewałem oraz praca kamery, nadająca intensywności.

Ale najmocniejszą rzeczą, która czyni ten film aż tak przyjemnym doświadczeniem jest Russell Crowe. W roli tytułowej cudownie balansuje między powagą a zgrywą, ma masę uroku i w bardziej dramatycznych momentach zwyczajnie błyszczy. Doświadczony duchowny w walce ze złem skrywającym mroczną tajemnicę i zaskakująco bardzo przyziemny, który większość opętań uznaje za chorobę psychiczną. Nawet (całkiem nieźle) mówi po włosku i z akcentem, nie popadając w śmieszność. Równie świetny jest debiutujący Peter DeSouza-Feighoney w roli opętanego Henry’ego, który wyciska z tej postaci masę energii. Bardzo niepokojący i przekonujący w tej roli, bez popadania w niekontrolowaną przesadę.

Jeśli spodziewacie się czegoś nowego w konwencji filmów o opętaniach, „Egzorcysta papieża” nie jest filmem dla was. Niemniej jest to zaskakująco sympatyczny akcyjniak z elementami nadnaturalnymi i solidny kawałek kina, który nie traktuje się do końca zbyt poważnie. Zwiastun zapowiadał o wiele bardziej generyczny horror niż ostatecznie dostaliśmy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nie oddychaj

Kiedyś Detroit to było miasto – potęga motoryzacji, obecnie jest dziurą, od której wszyscy uciekają. I tutaj przyszło żyć trójce młodych ludzi, okradających domy. Alex, Rocky i Money mają pewne swoje zasady (nie bierzemy gotówki, mała wartość łupu), dzięki którym działają dobrze. Ale dostają szansę na większy szmal, by móc wyrwać się z miasta. Cel jest prosty: chata starego, ślepego wojaka. Facet jest ślepy, mieszka sam (znaczy się z psem), zaś łupem jest duża kasa z odszkodowania. Co może pójść nie tak?

nie_oddychaj1

Film Fede’a Alvareza to niemal klasyczny thriller, gdzie pozornie znamy proste reguły. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko nie jest takie proste ani oczywiste. Bo ofiara to nie jest taka bezbronna i nieporadna istota, ani trójka gnojków nie jest taka bez grzechu. Dom zmienia się w prawdziwą twierdzę, skąd w każdej chwili może przyjść Staruch albo jego rottweiler, nie bojąc się zabić. W końcu w razie napadu, właściciel może bronić swojej fortecy. Kamera w tym filmie wręcz biegnie (wejście do pokoju ślepca), muzyka nerwowo buduje napięcie, a my czekamy na dalszy rozwój wypadków. Odkrywamy kolejne tajemnice starucha, będącego prawdziwym bydlakiem, kierowanym jedynie wolą przetrwania oraz swoją siłą – niezłomną, niezniszczalną, niewzruszoną. Czekamy na kolejne sztuczki (gaszenie światła, sceny obecności dwójki antagonistów obok siebie, fizyczna konfrontacja, próby ucieczki, barykadowanie drzwi), podskórnie budując poczucie niepokoju oraz lęku, a scena z pipetą naprawdę potrafi przerazić. Owszem, zdarzają się głupoty i nielogiczności, ślepiec jest wręcz nieśmiertelny, jednak – paradoksalnie – film potrafi utrzymać w napięciu do samego końca, co wydaje się kompletnie nieprawdopodobne. Gra oświetleniem, montaż, powoli pojawiający się dźwięk – to wszystko wnosi ten dreszczowiec na wyższy poziom.

nie_oddychaj2

No i jest Stephen Lang – w krótkim podkoszulku, z siwa brodą oraz wyostrzonymi zmysłami. Dawna przeszłość wybudziła z niego potwora, którego nie jest w stanie nic zatrzymać. Pozornie rozedrgany, małomówny, ale bezwzględny bydlak, pozbawiony wiary i będący ponad jakimkolwiek prawem. Pozostała trójka aktorów (ze szczególnym uwzględnieniem Jane Levy) radzi sobie dobrze, stanowiąc tło dla mocnego Langa, chociaż możemy współczuć tym młodym ludziom.

nie_oddychaj3

„Nie oddychaj” jest mrocznym i potrafiącym mocno budować napięcie dreszczowiec z elementami grozy. Kolejny przykład pokazania mrocznej strony człowieka, będącego zdolnym do wszystkiego. Jeszcze nigdy Zło nie było tak lepkie i bezwzględne. W trakcie seansu będzie próbowali nie oddychać z napięcia.

7/10

Radosław Ostrowski

Coś za mną chodzi

Jay jest młoda dziewczyną, która niczym się nie różni od typowych nastolatek, poza tym, że jest piękna. Podczas randki z chłopakiem Jeffem, dochodzi do zbliżenia. I wtedy Jeff usypia ją, przywiązuje do siedzenia gdzie w opuszczonym budynku i opowiada, ze została „zarażona” przez coś, co będzie za nią łazić. Zjawa może przybrać dowolny kształt i zmienić się w kogokolwiek, nie da się jej zabić. Chyba, że się z kimś prześpisz, to wtedy cię zostawi. Ale jeśli ta osoba zostanie zabita i schwytana przez stwora, to jej życie znów zostanie zagrożone.

cos_za_mna_chodzi1

Horrory oglądam rzadko, przez co wydaje się troszkę spokojniejszy (przynajmniej takie mam wrażenie), jednak co jakiś czas pojawia się film intrygujący i próbujący inaczej podejść do ogranej kwestii. David Robert Mitchell idzie w kierunku pozornej oczywistości wśród horroru – seks jako źródło zagrożenia i niebezpieczeństwa. To przez seks przenosi się tajemnicze coś, co zabija naprawdę i nie da się tego powstrzymać. Nie da się zabić ani zastrzelić – istota idzie (wolno, ale idzie) i może być kimkolwiek, znajomym lub obcym, co tylko podkręca uczucie strachu oraz niepokoju. Reżyser świadomie wpuszcza w maliny, używa długich ujęć, by odbiorca uważnie przyglądał się temu, co się dzieje na ekranie. Świetnie się to ogląda, a kilka ujęć to prawdziwe perełki – scena ucieczki samochodem, nocna ucieczka Jay z domu czy finałowa konfrontacja w basenie. Atmosferę dodatkowo podkręca elektroniczna muzyka przypominająca dokonania z lat 80-tych (taki bardziej podrasowany John Carpenter), co jest zdecydowanie plusem.

cos_za_mna_chodzi2

Pozornie jednak pod płaszczykiem kina grozy, Mitchell opowiada o młodych ludziach, którzy tak naprawdę są zdani na siebie. Dorośli (rodzice, nauczyciele, policja) są tutaj niemal nieobecni, a nastolatki nie opowiadają im o swoich lękach. Nie dziwię się, bo przecież kto by im uwierzył? Zdani na siebie, sami odkrywają seks (wiedza na ten temat oparta jest na klasycznych źródłach jak pornosy – Internetu, o dziwo brak. Ciekawe dlaczego?), który staje się katalizatorem wydarzeń, chwile uniesienia stają się źródłem zagrożenia. Czym jest ta klątwa – HIV, brak miłości (seks powinien z nią iść w parze), choroba weneryczna, wina? Pól do interpretacji jest sporo, zwłaszcza w scenie finałowego starcia, gdzie zjawa ma kształt ojca Jay czy w scenie śmierci jednego z bohaterów (zjawa wtedy ma posturę jego matki) – fizycznego gwałtu. Może to tylko szukanie dziury w całym i na siłę próbuję odkryć coś głębszego? Sami oceńcie.

cos_za_mna_chodzi3

„Coś za mną chodzi” to jeden z ciekawszych horrorów ostatnich lat. Świetne role młodych, mało znanych aktorów, klimat i poczucie zagrożenia, estetyka lat 80. to najmocniejsze atuty Mitchella. Owszem, czasami szwankuje zachowanie młodych (próba „zastrzelenia” z pistoletu zjawy) i nie uciekanie przed nią, ale nie ma rzeczy doskonałych. A ten film będzie jeszcze jakiś czas za mną chodził.

7,5/10

Radosław Ostrowski