Dawid Podsiadło – Małomiasteczkowy

malomiasteczkowy-b-iext53346209

Z polskich artystów ostatnich kilku lat, nazwisko Dawida Podsiadły było wymienia przez wszystkie możliwe przypadki w niemal każdych okolicznościach. Dwie poprzednie płyty zrobione razem z Bogdanem Kondrackim okazały się hitami (mnie w sumie też się podobały), ale tym razem nasz zdolny chłopak połączył siły z Bartkiem Dziedzicem (współpraca m.in. z Melą Koteluk, Arturem Rojkiem czy Moniką Brodką) i coraz bardziej skręcił ku mainstreamowi. Co z tego mogło wyjść?

Pierwsze, co słychać to fakt, że jest to album w całości śpiewany po polsku, co jest spora niespodzianką. Po drugie, to zdecydowanie bardziej popowa płyta, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że jest plastikowa, prostacka i produkowana taśmowo. Choć przyznaję, że otwierający całość „Cantatte Tutti” wywołał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo ciepła elektronika, tworząca niemal letni klimat (wokalizy, ksylofon), ale z drugiej wokal był dla mnie niezrozumiały, kompletnie nie docierały do mnie słowa. A to dopiero był początek całej imprezy. Równie pulsujący, wręcz taneczny jest „Dżins” (od połowy to już niemal dyskoteka pełną gębą) oraz pędzący na złamanie karku „Małomiasteczkowy” z perkusją i basem w trybie turbo czy równie dynamiczne „Trofea”. Nie brakuje odrobiny rocka (delikatny „Najnowszy klip” okraszony elektroniką), lecz tak naprawdę to pomysłowo wykorzystywana elektronika stanowi pierwszy plan jak w „Nie ma fal”, rozmarzonym „LIS” czy lekko hip-hopowym rytmie „Co mówimy?”.

Dawid głosowo jest taki jak zawsze, chociaż częściej operuje falsetem, raczej jest mniej ekspresyjny niż poprzednio. Nie zmienia to faktu, że słucha się go świetnie. Ale i same teksty też brzmią więcej niż dobrze i nie opowiada o tym, co popowi artyści: nie brakuje refleksji nad światem („Małomiasteczkowy”), nad sobą („Nie ma fal”), a także pokazując troszkę ciemną stronę sławy („Matylda”).

Muszę to powiedzieć, bo sam nie do końca w to wierzę: „Małomiasteczkowy” to zaskakująco świetna płyta, dająca to, co w muzyce popowej najlepsze. Chwytliwe melodie, niegłupie teksty oraz unikanie tego, co zwykło się nazywać plastikowym brzmieniem. I takiej muzyki popowej, to słuchać mogę.

8/10

Radosław Ostrowski

Ten Typ Mes – Ała.

ten_typ_mes_0

Drugiego takiego rapera w naszym kraju jak Piotr Szmit aka Ten Typ Mes nie ma. I nie chodzi tylko o flow czy warsztat, ale o sporą dawkę ironii oraz dźwiękowego sznytu. Dlatego z pewną nieukrywaną pewnością sięgnąłem po „Ała.”. Czy będzie silny ból czy tylko drobne draśnięcie?

17 utworów i ponad godzinny materiał. Może to przyprawić o ból głowy. Do tego masa gości i różnych kompozytorów, producentów (m.in. Michał „Fox” Król, współpracujący z Marią Peszek, Kortez, Mateusz Holak RAU czy Szogun). Otwierające całość „Codzienność” nawet nie jest najgorsze – grube basy, żwawa perkusja i podkręcona elektronika. Do tego jeszcze chórki, Dawid Podsiadło i śpiewający na początku Mes, a także finałowa, instrumentalna końcówka z melancholijnym fortepianem. Konsternacja gwarantowana, ale wsłuchiwanie się w tekst daje sporo satysfakcji. A to dopiero początek, bo wchodzi „Mój terapeuta” – z jednej minimalistyczny podkład i potencjalny hit radiowy, z drugiej dosadny i ostry atak na terapeutów, przypominających bardziej wróżki czy szamanów. „Bledną” pachnie kosmosem – zimną, chłodną elektroniką z wplecioną wiolonczelą, podkreślającą depresyjny klimat. I Mes najpierw śpiewa, by potem zacząć nawijać, a na koniec atakują ładne chórki oraz jazzowa perkusja.

I kiedy wydaje się, że już dziwniej nie będzie, to pojawia się niemal czysty rap z cykaczami, bitami, czyli „Book Please” (do tego szeleszczące kartki), by pod koniec kompletnie zmienić klimat, dodając gitarę elektryczną oraz prosty komunikat. Tutaj Mes brzmi troszkę jak w starym stylu, ale bardziej nowocześnie. Tak samo wypływa niemal epicki „Przewóz osób” lub „Czy Ty to Ty” (i pływa tu VNM). „Pytajniki” to już skręt w jazz (Hammond, dęciaki, perkusja), który sprawił mi sporo frajdy, gdzieś tak do dwóch i pół minuty. A eksperymentalny minimalizm wraca w „Pokaż mi dom” oraz melancholijnym „Jak nigdy” (strzelająca pod koniec elektronika z cykaczami).

Szlag mnie trafił, gdy trafiłem na „Unisex” – pełen niemal dyskotekowego podkładu, pełnego house’u, elektronicznej perkusji oraz dubstepowych wstawek. Mes tutaj próbuje chyba podbić parkiety jak Fisz Emade ze swoim „Telefonem” (skojarzenie z „We Found Love” – posłuchajcie początku) i zwyczajnie przekombinował (w środku mamy jeszcze przerobiony głos i instrumentalną wstawkę z żywymi instrumentami pod koniec). Drugim takim mocnym dziwadłem jest dla mnie jazzowy „Ale psa byś przytulił” (saksofon mi pasuje, ale ta perkusja i cykadła to niekoniecznie), trzecim kolejny parkietowy skoczniak, czyli „W sumie nie różnią się” (takiej sieczki się nie spodziewałem).

Sama nawijka Mesa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Nie chodzi o technikę, bo ta jest opanowana i świetna, z przyspieszeniami na czele oraz rzucającymi skojarzeniami (zgrabnie wpleciony Lennon czy Chris Brown), a pomysły na niektóre utwory są świetne („Book Please”, gdzie wszelkie próby czytania są przerywane wieściami z drugiej strony komputera, wizyta u psychiatry w „Moim terapeucie” czy krytyczne spojrzenie na ekologów w „Ale psa byś przytulił”). Z drugiej strony Mes kolejny raz próbuje śpiewać („pieje kogutem”), co nie brzmi tak strasznie (takie wejście w stronę czarnych brzmień), ale wywołuje dezorientację. Podobnie rzecz ma się z muzyka, która jest mieszanką różnych estetyk: od rapu po jazz i elektroniczną sieczkę, jakby ziom chciał złapać kilka srok za ogon. Fajnie brzmią te instrumentalne wstawki pod koniec grane na żywych instrumentach, ale można byłoby z tego zrezygnować. Taka niespójność mocno gryzie. Podobać się mogą zgrabne chórki wplecione w refrenach (a śpiewają m.in. Monika Borzym, Kinga Miśkiewicz i Maryla Modzelan).

To wszystko powoduje, że wiele osób „Ała.” odrzuci po pierwszym przesłuchaniu. I nie dziwię się temu, bo parę bardziej dyskotekowych flirtów można było sobie odpuścić, a w paru kawałkach zmienić teksty (relacje damsko-męskie nie brzmią zbyt interesująco, co słychać w „Unisex”), co na pewno nie zaszkodziłoby. Mes jednak zrobił to po swojemu i albo to kupujesz, albo wypierdalasz. Ja ciągle się waham, co do oceny, bo mimo kolejnych odsłuchów nie wszystko mi tu odpowiada. Mam wrażenie, że ten typ ma wywalone na opinie innych.

6/10

Radosław Ostrowski

Dawid Podsiadło – Annoyance and Disappointment

annoyance and disappointment

Trzy lata temu, ten chłopak okazał się największym objawieniem polskiej sceny muzycznej. Dawid Podsiadło od tej chwili stał się jednym z rozchwytywanych nazwisk polskiej sceny muzycznej i było tylko kwestią czasu, gdy wróci z nowym materiałem. Tak się stało w roku 2015, gdy znów wsparty przez producenta Bogdana Kondrackiego, pojawia się z premierowym albumem.

„Comfort and Happiness” (Komfort i szczęście) zastąpiło „Annoyance and Disappointment” (Przykrość i rozczarowanie), co pokazuje jak wiele zmieniło się w tak krótkim czasie. Na początku dostajemy dziwaczne i lekko psychodeliczne „Intro” z klawiszami imitującymi drewniane dęciaki, wywołującymi irytację, co jest skontrastowane delikatnym głosem Dawida. Tak jak poprzednio, niemal wszystko jest w języku angielskim śpiewane, co akurat brzmi dobrze. A dalej jest dość różnorodnie – od wyciszonych, ale nie pozbawionych melodyjności potencjalnych hitów („Forest” z gitarami, harfą oraz smyczkami w refrenie czy flecisty „Block” z rytmicznym basem oraz bardziej niepokojącymi riffami w refrenie), naznaczenia silnego wpływu indie („Pastempomat” z oszczędną perkusją oraz przestrzennymi klawiszami czy pełen dziwacznej mieszaniny gitarowo-klawiszowej „Byrd”), eksperymentowania (głosy nagrane od tyłu w „Cashew/161644” czy przesterowane klawisze w „Son of Analog”) oraz momentów wyciszenia (akustyczny „Eight”, gdzie głos Dawida brzmi bardzo przestrzennie i tajemniczo).

Pod koniec troszkę utwory idą w stronę tanecznego popu z lat 70. (zwiewny „Focus”), ale mi to nie przeszkadzało. Dla wielu zaskoczeniem może być ponad 7-minutowe „Four Sticks” oparte na melodii granej na organach oraz dodatkową piosenką ukrytą pod koniec. Całość jest zrobiona ze sznytem i działa na wszystkie zmysły. Chłopak ewoluuje i z wielką ciekawością czekam na następny album.

8/10

Radosław Ostrowski

Lilly Hates Roses – Mokotów

Mokotow

Kamil Durski i Kasia Golomska działają jako duet Lilly Hates Roses inspirując się muzyką pokroju Bon Ivera i Becka. Dwa lata po świetnie przyjętym debiucie, zdecydowali przypomnieć się publiczności, wydając drugi album.

Tym razem za produkcję odpowiada Bogdan Kondracki – jeden z najbardziej wpływowych producentów współpracujący m.in. z Anią Dąbrowską, Moniką Brodką, Noviką i Dawidem Podsiadło. Innymi słowy będzie to muzyka pop, tylko z wyższej półki i pełna elektroniki (coś ostatnio jej pełno w popie), jednak nie pozbawiona akustycznej gitary. Zapowiada to już otwierający całość „Feng Shui” z ciepłymi Hammondami oraz akustycznymi gitarami. A po drodze jest kilka zaskoczeń, z których wybijają się dyskotekowe (ale nie kiczowate) „Spiders and Snakes”, skoczny „Mokotów”, wyciszony „Lifeboat” z klawiszami brzmiącymi jak akordeon oraz zapętloną perkusją czy bardziej przebojowy, pachnący new romantic „L.A.S.”. Co nie znaczy, ze reszta piosenek jest słaba czy nieudana.  Po prostu w/w bardziej zapadły mi w pamięć, ale całość jest bardzo nastrojowa i pełna smaczków (perkusjonalia w „Sound of Bells”, cymbałki w „Lifeboat”).

Część piosenek jest śpiewana po angielsku, jednak nie przeszkadza to w odbiorze „Mokotowa”. Zmienność tempa, mieszanie gitary akustycznej z elektroniką działa jak mocny i ostry koktajl, skontrastowany z ciepłymi głosami Golomskiej oraz Durskiego. Jak widać w 2015 roku polska muzyka nadal jest interesująca.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Curly Heads – Ruby Dress Skinny Dog

Ruby_Dress_Skinny_Dog

Debiutanci z Dąbrowy Górniczej, którzy działają od czterech lat, jednak dopiero teraz wychodzi ich debiutancki album. Grupę tworzą gitarzyści Oskar Bała i Tomasz Szuliński, basista Tomasz Skuta, perkusista Damian Lis oraz… Dawid Podsiadło na wokalu. Nie przewidziało wam się – to ten sam facet.

Przy debiucie pomagał im producent Daniel Walczak i wyszedł kawał porządnego grania. Rock’n’rollowe podejście, gdzie miesza się brud garażowy z gładkością i przystępnością. Choć nie jest to nic nowego w muzyce rockowej, to słucha się tego więcej niż dobrze. Gitary robią swoje, czasami pojawiają się nietypowe elementy jak chórki w „Noadvice” czy niemal akustyczne „M.A.B.” z dziwacznym elektronicznym głosem.  Nie brakuje tutaj bardziej żywiołowych numerów jak singlowe „Recondile” czy „Diadre”, jednak dominuje tutaj spokój (tytułowy utwór czy „Till You Got Me”), jednak imponuje zarówno porządność brzmienia, jak i naprawdę zaskakujący wokal Podsiadły, który potwierdza jego wszechstronność.

Jedenaście piosenek mija szybko. Jest energia, siła i moc w tym. Walczak wykonuje dobrą robotę jako producent, serwując jedno z zaskoczeń tego roku. Bardzo przyjemny album i czekamy na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dawid Podsiadło – Comfort and Happiness

Comfort_And_Happiness

Laureaci talent show maja to do siebie, że pojawiają się szybko i znikają jeszcze szybciej (zazwyczaj po 1 płycie). Dlatego niespecjalnie interesuje się tego typu programami. A tu pojawia się debiutancka płyta kolejnego uczestnika takiego programu, w dodatku rekomendowana przez Program Trzeci Polskiego Radia. Jej autorem (czytaj: wykonawcą) jest 20-latek z Dąbrowy Górniczej, Dawid Podsiadło.

Za „Comfort and Happiness” od strony producenckiej i muzycznej odpowiada Bogdan Kondracki, który jest jednym z płodniejszych polskich producentów. Przez większość czasu dominuje bardzo stonowane, wręcz akustyczne granie z domieszką elektroniki. Nawet jeśli pojawiała się gitara elektryczna, to była bardziej stonowana i delikatna („!H.a.p.p.y!”), choć pewnym wyjątkiem jest „Nieznajomy” z lekko oniryczną gitarą i mocniejszą perkusją. Ale nie brakuje tutaj ciekawych dźwięków jak cymbałki (singlowe „Trójkąty i kwadraty”), organy i elektroniczne wstawki w „Elephant” czy delikatny fortepian w „Vitane”. Nie brak tu zróżnicowania i czuć trochę inspiracji niezależną muzyką, której słucha się z niekłamaną przyjemnością. Lekko, bezpretensjonalnie i z odrobiną magii, której teraz w muzyce coraz trudniej znaleźć.

Zaś sam głos Dawida jest to ten z rodzaju bardzo delikatnych, ale jednocześnie intrygujących. Mnie ten wokal kojarzy się z Chrisem Martinem, wokalistą Coldplay i to z czasów śpiewania „Trouble” (najbardziej to słychać w „No Part II”). O dziwo zaskakująco dobrze wypadają naprawdę dojrzałe teksty, które nie są o życiu nastolatka, imprezach itp, ale o miłości, szukaniu swojego miejsca czy refleksji nad życiem. Absolutnie na plus.

W zasadzie jedyną poważną wadą są dwa powtarzające się utwory śpiewane po polsku i angielsku: „Nieznajomy” (Little Stranger) oraz „Trójkąty i kwadraty” (S&T), które poza tekstem niespecjalnie się różnią między sobą. Ale to już trochę czepianie się na siłę. Nie wiem jak wy, ale ja zaczynam obserwować dalsze poczynania tego chłopaka, który może namieszać.

7,5/10

Radosław Ostrowski