Wielki sukces Shafta

John Shaft, czyli czarnoskóra inkarnacja Philip Marlowa powrócił. Po kasowym sukcesie pierwszej części kontynuacja była nieunikniona i pojawiła się zaledwie rok później. Reżyser Gordon Parks i scenarzysta Ernest Tidyman wrócili tak samo jak grający główną rolę Richard Roundtree. Niemniej jednak coś się po drodze zmieniło.

John Shaft nie zmienił swojej profesji – nadal jest prywatnym detektywem w nowojorskim Harlemie, do którego kobiety lgną bardziej niż muchy na lep. Tym razem jednak sprawa jest bardziej osobista, bo zostaje zamordowany przyjaciel, niejaki Cal Asby. Facet prowadził firmę ubezpieczeniową i zakład pogrzebowy, ale – o czym wie niewielu – nielegalną loterię ze wspólnikiem Johnnym Kellym. Nieboszczyk przed śmiercią schował pieniądze z sejfu. A tymi pieniędzmi interesuje się Kelly zadłużony u włoskiej mafii. Shaft będzie miał kolejną trudną sprawę do rozwiązania.

„Wielki sukces Shafta” na pierwszy rzut oka wydaje się podobny w tonie i klimacie do poprzednika. W tle gra funkowa muzyka, dialogi niepozbawione są ciętego humoru oraz barwne, wyraziste postacie. Widać większy budżet, nawet scenografia prezentuje się lepiej (nocny lokal, komisariat policji czy siedziba głównego złola). Tylko jest jedno poważne ALE. Kontynuacja „Shafta” to bardziej film sensacyjny niż kryminał. Sama intryga jest dość łatwa i szybko wyjaśniona, choć nasz protagonista musi połączyć kropki, atmosfera czarnego kryminału oraz brudnej ulicy wyparowuje. Zamiast tego większy nacisk jest na akcję, czyli strzelaniny, bijatyki (w tym jedna z użyciem slow-motion przeplatana tańcami w klubie – dziwnie to wyszło) i pościgi. Dla wielu zmiana naszego bohatera w typa bardziej jak James Bond (minus gadżety) może być nie do przeskoczenia.

Niemniej muszę przyznać, że same sceny akcji są całkiem nieźle zrealizowane. Szczególnie wrażenie robi finałowy pościg oraz konfrontacja na terenie opuszczonej stoczni. Tutaj jest mocne napięcie, wybuchy, gonitwy, a nawet strzelanina z… helikopterem. To się nadal przyjemnie ogląda, zaś Richard Roundtree nadal czuje postać Shafta i jest zwyczajnie świetny. Ze starych znajomych wraca w drobnej roli Moses Gunn (Bumpy) oraz Drew Boudini Brown (Willy), zaś nowi antagoniści, czyli gangster Muscola (Joseph Mascolo) i Johnny Kelly (Wally Taylor) wypadają bardzo porządnie.

„Wielki sukces Shafta” to zdecydowanie sukces komercyjny w dorobku serii, bardziej skupionej na akcji niż kryminale. Nadal trzyma klimat epoki, muzyka jest przyjemna, zaś dialogi mają swój styl. Choć troszkę słabsza, ciągle potrafi sprawić masę przyjemności, więc warto dać tej części szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Shaft

John Shaft dla czarnoskórej społeczności był tym kim dla osób o wiele jaśniejszej karnacji był Brudny Harry. Choć lepszym porównaniem byłoby do Philipa Marlowe’a czy innego prywatnego detektywa z czarnego kryminału. Tego bohatera stworzył pisarz i scenarzysta filmowy Ernest Tidyman w 1970 roku. A rok później prawa do ekranizacji kupiło Metro-Goldwyn-Meyer, zaś za kamerą stanął znany fotograf Gordon Parks.

Akcja toczy się w Nowym Jorku na początku 1971 roku, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw John Shaft (Richard Roundtree). Facet to mieszanka inteligencji, uroku działającego na kobiety, pewności siebie oraz nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nawet gdy do jego biura wchodzi dwóch ludzi gangstera z Harlemu, Bumpy’ego Jonasa (Moses Gunn), detektywowi udaje się ich zneutralizować, a nawet jednego wyrzucić z okna. W efekcie to mafiozo przychodzi do niego i ma zadanie. Jego córka została uprowadzona – nie wiadomo przez kogo i dlaczego. Bumpy chce, żeby Shaft ją odnalazł i odbił z rąk porywaczy. Być może w sprawę zamieszani są aktywiści pod wodzą Bena Buforda (Christopher St. John), ale trzeba to sprawdzić.

Reżyser miesza konwencję czarnego kryminału, gdzie Shaft jest męczony zarówno przez swoich ziomków, gangsterów oraz policję z barwnym portretem Harlemu. Parks potrafi być zarówno stylowy i elegancki, a jednocześnie niemal dokumentalny. Sama fabuła brzmi jak coś prostego, ale im dalej w las, tym więcej odkrywamy nitek intrygi. Pomagają w tym cięte, niepozbawione ironii dialogi (włącznie z ulicznym slangiem), barwne postacie (nawet jeśli są stereotypowe jak porucznik policji) oraz pełen napięcia finał. Wszystko podbite mocno funkową muzyką i sprawnym montażem. Mocno czuć klimat epoki: od muzyki przez kostiumy i fryzury aż do scenografii (siedziba Bumpy’ego).

Aczkolwiek pojawia się tu parę drobnych niedoróbek, które mogą przeszkadzać. Pierwsza scena akcji jest nie za dobrze zmontowana i chaotyczna, jest parę nieostrych kadrów (raptem dwa), ale najdziwniejsze rzeczy dzieją się z dźwiękiem. Zdarza się tutaj często sytuacja, że w jednej scenie dialog jednego aktora brzmi normalnie, zaś u drugiego słychać coś jakby echo. Albo wypowiadane słowa niektóre brzmią ciszej, by parę sekund były głośniejsze. Ta nierówność jest najbardziej irytująca.

Jednak nawet to nie jest w stanie zepsuć „Shafta”. Wszystko trzyma na swoich barkach charyzmatyczny Richard Roundtree, który wydaje się być idealny do tej roli. Jest odpowiednio sprytny, inteligentny i zachowujący spory dystans do wszystkiego. Ale jednocześnie jest pełen dumy, sekapilu oraz pewności siebie, która czasem pozwala mu wykaraskać się z paru podbramkowych sytuacji. Trudno nie polubić tego gościa, co ma klasę, styl i luz. Reszta aktorów też wypada bardzo dobrze, ze szczególnym wskazaniem na Mosesa Gunna (opanowany i nie do końca szczery Bumpy Jonas), Charlesa Cioffiego (porucznik Vic Androzzi) oraz Christophera St. Johna (idealistyczny Ben Buford).

„Shaft” uważany jest za jeden z najważniejszych filmów nurtu blaxploitation i nie jest to przesada. Z jednej czerpie mocno z kryminałów, z drugiej zbudował stereotyp czarnoskórego protagonisty równie inteligentnego jak biali odpowiednicy plus bardziej jurny. Nadal pozostaje inteligentnie napisany, bardzo klimatyczny i angażujący.

7,5/10

Radosław Ostrowski