Dwa Sławy – Coś przerywa

cos-przerywa-b-iext52664726

W polskiej scenie rapowej nie ma takiego duetu jak Dwa Sławy. Panowie znani są z mieszania chwytliwych bitów oraz bardzo dużej ilości rozkminy, zabawy wieloznacznościami słów, co było wielkim powiewem świeżości. Po nagranym w 2017 „Dandys Flow”, Astek i Rado postanowił nagrać na własny rachunek (założyli wytwórnię X2) nowy materiał. Ale czy tym razem nie przeholowali?

Pozornie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, co pokazuje bardzo minimalistyczny „Halo?” czy w mocno przecinanym „Zdejm czapkę”, gdzie panowie rzucają metaforami i hasztagami niczym bumerangiem. Nie boją się bawić w follow-upy („Gdyby miało nie być wczoraj”, którego tytuł brzmi niczym jeden z utworów Pezeta), lecz same bity wydają się o wiele spokojniejsze niż poprzednio. Problemy zaczynają się od takich niby-onirycznych fragmentów jak „Giraud”, który zwyczajnie ciężko się słucha. Panowie próbują urozmaicić całość czy to za pomocą bardziej „tanecznych” rytmów jak w „Kiss & Fly” (i mocno tandetnym „Buty do wódy”) czy w bardziej mroczne rewiry jak w „Chwaście”, gdzie najlepszą robotę zrobił… Sarius. Problem w tym, że cała ta warstwa muzyczna wydaje się coraz bardziej zlewać ze sobą, przez co zwyczajnie nuży. A tego się po chłopakach nie spodziewałem, bo bity zwyczajnie rozpraszają od nawijki obydwu panów.

A ta nadal trzyma poziom, do którego przyzwyczaili nas. Technikę mają nadal opanowaną do perfekcji, a nad podśpiewywania nie wywołują irytacji. Nadal przyglądają się naszej rzeczywistości z dużym dystansem i ironią, ale to wszystko sprawia wrażenie rutyny, bez tego błysku oraz ciętych, pamiętnych fraz z poprzednich płyt. Ale pojawia się więcej gości niż na „Dandys Flow”. Poza Sariusem mamy wyluzowanego Jareckiego („Jestem”), cudnie śpiewającą Kasię Grzesiak („No cześć”) oraz utrzymującego wielką formę KęKę („Drugi koniec świata”).

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę, ale Dwa Sławy po raz pierwszy mnie rozczarowali. Niby trzymają poziom, jeśli chodzi o nawijanie, lecz podkłady wydają się jakby brzmieć na jedno kopyto. No i czegoś świeżego tutaj zabrakło, by powalić na łopatki. Czyżby coś przerwało?

6/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Dandys Flow

dandys-flow-b-iext47362514

Raperski duet Dwa Sławy znany był z serwowania dość ironicznego spojrzenia na świat za pomocą bardzo krzywego zwierciadła. Tak było w przypadku kozackich „Ludzi sztosów”, ale Rado z Astkiem chyba zaczynają czuć zmęczenie tym wizerunkiem. Dlatego pierwszą reakcją na „Dandys Flow” może być konsternacja i szok.

Otwierający całość „Catering” brzmi bardzo współcześnie – zapętlona wokaliza, pulsująca elektronika, długie pasaże smyczków. Im dalej, tym coraz bardziej nieoczywiste szlaki przechodzimy. Nie brakuje tutaj skrętu w stronę r’n’b spod znaku The Weeknd („Piotr Pan”), minimalistyczna perkusja z zabarwieniem etnicznym („ATCS”, „Mogłoby się wydawać”), by w refrenie przyłożyć dubstepem, zaatakować agresywniejszą elektroniką („Furia”) i nawet zaatakować dyskotekowe parkiety („Pengaboys”) czy inspirować się The Streets („Estrogen”, który wydaje się być odpowiedzią na „Testosteron” Kayah). Rozrzut i strzał stylistyczny jest duży, ale udaje się zachowac w tym wszystkim spójność, co jest zasługą obydwu Sławów. Tutaj bity są zasługą głównie Marka Dulewicza, ale swoje dorzucił także P.A.F.F. (autor słynnego hymnu San Escobar), SoDrumatic czy Julas (powoli rozkręcające się „Zabierz mnie gdzieś”). Wiem, że dla wielu to skręcanie w stronę bardziej elektronicznych bitów, ale nie wywołuje to takiego rozpaprania jak chociażby u Tego Typa Mesa. Tutaj jest bardziej zachowawczo, chociaż ortodoksi i tak będą wściekli.

Panowie kompletnie odcinają się od poprzednika, chociaż nawijkę nadal mają pierwszorzędną. Nie brakuje zarówno dowcipnych hasztagów, wystrzałowych metafor (całe „Pengaboys”, gdzie m.in. Na moje wielowymiarowe metafory muszę sobie kupić drukarkę 3D)  gry słów („Tough Love”), odrobiny humoru (zakamuflowane „Outro”) oraz pomysłowego storytelling („Zabierz mnie gdzieś”).  A o czym mówią? Zarówno o swojej popularności, zmęczeniu życiem, relacjach damsko-męskich czy rozładowywaniu negatywnych emocji. Nie brakuje także przyspieszeń oraz inteligentnych obserwacji, ale to musicie sami się przekonać. Mi najbardziej chwyciło „Tough Love”, „Pengaboys” oraz refleksyjne „A może by tak”.

„Dandys Flow” to tym razem poważniejsze oblicze Sławów. Ci, co pokochali kompletnie miażdżących „Ludzi sztosów”, to nie znajdą tutaj dla siebie zbyt wiele, zaskakując bardziej dojrzałym spojrzeniem na świat. Dużo jest rozkminiania, ale i refleksji. Nieoczywisty miks, ale z wysokiej półki.

8/10

Radosław Ostrowski

Pawbeats – Pawbeats Orchestra

635840642157582976

Marcin Pawłowski znany bardziej jako Pawbeats to jeden z ciekawszych producentów sceny hip-hopowej. Po solowym albumie „Utopia”, postanowił ponownie zaatakować i połączyć ziomalską nawijkę z żywym, orkiestrowym brzmieniem. W końcu nie takie rzeczy się działy.

Same kompozycje to coś, co powinni znać fani „Utopii”, czyli wszystko ubarwione jest orientalnymi wstawkami, jak w natchnionej „Marana tha” czy tajemniczy „Afekt” z plumkającymi smyczkami oraz „pobrudzoną” elektroniką. Nie boi się też skrętów w elektronikę (szybka perkusja w „Aniołach i demonach”), a nawet mocnej inspiracji Goranem Bregoviciem (kapitalna „Stójka czy parter”). Pawbeats ciągle zaskakuje i próbuje skręcać w nieoczywiste kierunki, jak w „Sign” z gitarowym tłem, tworząc bardzo przyjemną pościelówę, mroczniejszą „Amnezją” opartej na nisko grającym fortepianie czy pełną smyczków w tle „Monotonii”. Także pulsująca elektronika w „Teraz” potrafi porazić.

Pawbeats robi swoje, a kolaż elektroniki z żywymi instrumentami sprawdza się naprawdę dobrze. Ale sprawa gości jest dość mniej jednoznaczna w ocenie. Nie zawodzą Dwa Sławy, podchodząc do swojej roboty z dużym dystansem oraz bardziej jajcarską nawijką w całym zestawie, podobnie Tau, KęKę czy Justyna Steczkowska. Ale żeby nie było słodko pojawiło się rozczarowanie w postaci Sarcasta czy nadekspresyjnego Kartky, który mnie irytował.

Niemniej „Pawbeats Orchestra” to interesujący i zaskakujący ziomalski projekt tego roku, który sprawdza się dobrze. Czekam na kolejny ruch Pawbeatsa.

7/10

Radosław Ostrowski

Rasmentalism – Wyszli coś zjeść

Wyszli_cos_zjesc

Duet Rasmentalism w 2013 roku zaszalał swoim legalnym debiutem – „Za młodzi na Heroda”. Ras i Ment jednak postanowili pokazać, że to nie był przypadek. Pytanie czy „Wyszli coś zjeść” jest w stanie namieszać na naszym ziomalskim podwórku?

Ment na produkcji miesza bity perkusyjno-basowe ze sprawdzonymi soulowo-funkowymi aranżacjami oraz chórkami. Coś takiego mógłby zrobić jakieś 15 lat temu OSTR, podsycając wszystko bardzo pozytywną energią (singlowe „Wyjdziesz na dwór?”). Dodatkowo jeszcze nie brakuje porywających wokaliz („Ryzyko wróg najgorszy”), bardzo chwytliwych refrenów („Nie jest tak” z gitarą, elektroniką i trąbkami w tle czy pulsujący bit a klawiszami w „Murze przy wolnym”) oraz mieszania gatunkowych bitów. Szaleństwem jest zapętlona trąbka i smyczki w „Na horyzoncie”, chór gospel w „Nie jestem raperem” oraz skręt orientalny w „Systemie interwałów”. Jednak mi się najbardziej spodobał finezyjnie zaaranżowany „Nocny”, elektroniczno-krzyczany „Film o nikim” czy po prostu epicki finał w „Świat zwariował w 29 lat”.

Ras ma piekielnie dobrą nawijkę na poziomie poprzednika. Teksty nie są może tak błyskotliwe jak Quebonafide, jednak stawia na emocje i jest w tym dobrze. Nie brakuje też ironii i dystansu („Nie jestem raperem”), dzisiejszych Piotrusiów Panów („Wyjdziesz na dwór?”) czy poszukiwania szczęścia. W dodatku technicznie jest bardzo dobrze i wyraźnie. Za to petardami są gościnne występy. Niespodzianką było wejście Sokoła w „Nie jest tak” (nie tylko świetnie współgra w refrenie z Rasem), pięknie wybrzmiała Klaudia Szafrańska z duetu Xxanaxx („System interwałów”), brawurowo wszedł Tomson („Na horyzoncie”) ale system rozwalili Dwa Sławy z potężnie śpiewającym chórem gospel w „Nie jestem raperem”. Z kolei Quebonafide i Sarius trzymają fason.

Rasmentalism potwierdza, że będzie się liczyć na scenie hip-hopowej. Garściami czerpie z klasyki przełomu wieków, ale brzmi to bardzo nowocześnie. Szczerze mówiąc, bardziej podobał mi się debiut, jednak „Wyszli coś zjeść” jest i tak jednym z najciekawszych albumów tego roku.

8/10

Quebonafide – Ezoteryka

Ezoteryka

Jeden z najciekawszych polskich raperów postanowił o sobie przypomnieć. Jednak tym razem postanowił zadziałać solo, wydając pierwszy legal. Efekt chyba powinien wszystkich zadowolić.

„Ezoteryka” jest z jednej strony tak oldskulowa, ale jednocześnie tak nowoczesna jak to tylko możliwe. nie brakuje tutaj mieszanki żywych instrumentów (gitara elektryczna i mocna perkusja w „Ile mogłem?”), wplecionych fragmentów (wpleciony cytat z „Harry’ego Angela” w… mrocznym „Harry Angel”) czy strasznie dziwacznej mieszaniny perkusji i elektroniki (brawurowe „Voodoo”).  Nie zabrakło też skreczy, cykaczy („Carnival”), nakręcającej się elektroniki (pulsujące „Ciuchy, kobiety…”) oraz wokalizy w tle („Carnival”). Quebo potrafi ciągle zaskoczyć, nawet spokojniejszymi utworami jak „Żadnych zmartwień” z delikatną gitarą i łagodną elektroniką, ale zdarzają się też potencjalne przeboje parkietów („Powszechny i śmiertelny” troszkę pachnący latami 80. czy „Światłowstręt”). Zaskoczeń jest tutaj sporo, ale więcej nie zdradzę – to trzeba samemu posłuchać, ale jest to klasa sama w sobie.

Sam Quebo sprawdza się znakomicie, zarówno jeśli chodzi o warsztat (przyśpieszenia w „Voodoo” – w dodatku wszystko jest wyraźne), także nawijka jest tutaj na najwyższym poziomie (tu każdy tekst jest warty uwagi), gdzie nie brakuje zarówno braggowania, opowieści o sławie, pieniądzach oraz popisów erudycyjnych (m.in. Frank Underwood w „Cierniach”). W dodatku jeszcze pojawiają się goście – Dwa Sławy, Ras czy śpiewający Ten Typ Mes (pianistyczne „Vanilla Sky”).

Walka o tron polskiego rapu zaczyna się mocno, a Quebo w „Ezoteryce” potwierdza, że będzie liczył się w tej walce. Jednak będzie ciężko – Ostry pokazał swoje mocne działa, ale już na horyzoncie pojawia się m.in. Rasmentalizm. Oj, będzie się działo.

8/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Ludzie Sztosy

dwa_slawyludzie_sztosycdpl2015frontk1x

Polski rap od pewnego czasu nie ma kompleksów i brzmi niemal światowo. Równie do tego poziomu aspirują Jarosław Astek i Radosław Radosny znani jako Dwa Sławy. Po długiej przerwie (10 latach) wydali drugi swój album. Teraz jednak pytanie czy dadzą radę?

Zaczyna się wszystko od szyderczych słów dwóch kumpli, którzy sa rozczarowani nowym albumem („Przyjaciele moi”). Same bity są tutaj bardzo pomysłowe i wpisane we współczesne trendy, mieszania elektroniki, pulsujących bitów oraz perkusyjnych cykaczy („:  (”). Także przerobione wokalizy w tle z dubstepem w tle („Bla bla bla”) działają przednio. Podkłady są tutaj naprawdę niemal wzięte z USA (lekko oldskulowe „Ciężki zawód (Gettin’ Money)”) i nie brakuje dziwacznych pomysłów (samogłoski wypowiadana w „SMGŁSK”).

Jednak tak naprawdę ten duet rozkręca się w warstwie tekstowej. Hasztagi, swagi, braggowanie i jednocześnie takiej dawki humoru („jest zabawnie, ale nigdy śmiesznie”) nie znajdziecie na żaden płycie z nawijaniem. Fantazja i luz iście ułański, który tutaj potrafi rozbroić i zapodany w naprawdę błyskotliwy sposób („Człowiek sztos” czy „Diabelskie podszepty”), ale potrafią też świetnie nawijać historię („O człowieku, któremu nie wyszło”), obserwować relacje damsko-męskie (Kobiety sztosy”), nabijają się z telewizji (najsłabsze, jeśli chodzi o podkład „Hate-Watching”) i przedstawiają świat kapitalistyczny („Multitasking”, „Dzień na żądanie”). Obydwaj Sławy szaleją ze swoją nawijką i rozbrajają charyzmą, że zaproszeni goście (m.in. Quebonafide, Kasia Grzesiek czy Spinache) robią tylko za tło.

Ten rok dla fanów ziomalskich brzmień zaczął się z wysokiego C.  Dwa Sławy wskakują z wielkim hukiem na panteon i prawdopodobnie utrzymają się na dość długo. Chyba, ze ktoś to przebije, ale to mało prawdopodobne.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski