Editors – Violence

Editors_violence

Brytyjska formacja Editors ostatnimi czasy zrezygnowała ze stricte rockowego grania, ku bardziej elektronicznym klimatom znanym z Depeche Mode, co było słychać na dwóch ostatnich krążkach. Wyprodukowany wspólnie z Lee Abrahamsem szósty album „Violence” wydaje się kontynuować tą ścieżkę. Czy kapela z Birmingham utrzymuje poziom poprzedników czy może tym razem się potknęli?

Początek wydaje się bardzo spokojny w „Cold” z delikatnie płynącym głosem Toma Smitha oraz pulsującymi klawiszami w tle. Powoli dochodzą wokale w tle, dyskotekowa perkusja i robi się gęściej aż do podostrzonego refrenu, gdzie odzywa się gitara elektryczna spuszczona ze smyczy, dodając dynamiki. Bardziej radiowy jest wybrany na singla „Hallelujah (So Low)”, gdzie zdecydowanie więcej do powiedzenia ma gitara (ostra ściana dźwięku w refrenie, poprzedzona orientalnymi smyczkami oraz melorecytacją), doprowadzając wręcz do ataku na uszy. Jest ciężej, wręcz industrialnie, by wrócić do spokoju z początku – troszkę czuć ducha pierwszych płyt grupy. Ale wtedy na scenę wchodzi utwór tytułowy i nie ma zmiłuj – tu już bardziej czuć klimat elektropopu z lat 80., polany niepokojącym klimatem (przestery, przestrzenne dźwięki oraz perkusja), ale jednocześnie bardzo przebojowy oraz dynamiczny. Mroczny i liryczny jednocześnie, dyskotekowy, lecz nie tandetny, o co było bardzo łatwo i z długim, instrumentalnym końcem, dającym spore pole do popisu dla elektroniczno-perkusyjnych eksperymentów. Noworomantyczny i epicki „Darkness at the Door” (dęciaki, chórki w refrenie) spokojnie mógłby się znaleźć na jednej z płyt OMD, gdyby nie perkusyjne uderzenia, zmieniająca się w militarne werble, co tworzy intrygującą mieszankę. Spokojniej się rozkręca nastrojowe „Nothingless”, lecz twórcy wpuszczają w maliny, tak jak w przypadku „Cold”. Tutaj znowu zmieniają tempo, dochodzą chórki oraz… fortepian wpleciony w elektroniczne cudeńka, by znowu się uspokoić i zaatakować. Drugi singiel, czyli „Magazine” zaczyna się od zapętlonego chóru i lekkiego mroku, by wskoczyć w bardziej taneczne klimaty, nie zapominając o dodaniu „brudnych” gitar. Ale kompletnie nie spodziewałem się „No Sound but the Wind”, czyli delikatnej, nastrojowej ballady opartej niemal w całości na fortepianie i brzmi to… pięknie. Tak samo jak „Counting Spooks”, które jest bardziej rozbudowane aranżacyjnie, lecz zachowujące spokój. Lecz trwa to do połowy, by rozpłynąć się w bardziej tanecznym rytmie.

Na „Violence” grupa łączy melodyjność, gitary z elektroniką oraz miejscami onirycznym klimatem. Tom Smith nadal potrafi czarować swoim aksamitnym głosem, bez popadania w manieryczność. Chociaż bardziej podobały mi się poprzednie płyty Brytyjczyków, to ewolucja grupy budzi szacunek. Editors odnaleźli się na nowo i jeśli ktoś chciałby rozpocząć znajomość z tą grupą, „Violence” będzie idealnym wstępem. Nadal trzymają fason.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Editors – In Dream

In_Dream

Brytyjski Editors przeszedł na przestrzeni lat nieprawdopodobną ewolucję. Gitarowe, brudne granie inspirowane Joy Division, powoli zastępowało pop-rockowe granie oraz synthpopowa elektronika. Po odejściu gitarzysty Chrisa Urbanowicza, trzeba było wymyślić się od nowa. „The Weight of Love” spotkało się z ciepłym przyjęciem dwa lata temu, ale teraz nawet najwięksi fani mogą nie być przygotowani na „In Dream”.

Już otwierający całość „No Harm” zapowiada zmianę estetyki i pójście w kompletną, syntezatorową podróż. Wyprawa ta jest pełna mroku, niepokoju oraz tajemnicy. Powolne uderzenia perkusji oraz nakładające się pasaże są bardzo sugestywne. Nie zabrakło też numerów bardziej do tańca (pianistyczny wstęp i szybsza perkusja oraz marimba w „Ocean of Night” czy troszkę pokręcony „Life Is a Fear”), nie zapomina się o gitarze elektrycznej, zepchniętej na drugi plan (pulsujący „Forgiveness”). Jeszcze utkwiło mi w pamięci smyczkowe „Salvation”, które wybijało się od reszty synthpopowych dźwięków oraz troszkę spokojniejsze „At All Cost”.

Na pewno jest to przebojowy materiał, jednak to nie jest Editors jakie polubiłem z czasów początku swojej drogi artystycznej. Gitarowe, gniewne i mroczne. Został tylko mrok i chwytliwość.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Editors – The Weight of Your Love

The_Weight_of_Your_Love

Ten rock dla brytyjskiego zespołu Editors jest istotny. Po odejściu Chrisa Urbanowicza, do zespołu dołączyli Jostin Lockey (gitara prowadząca) i Elliot Williams (klawisze, gitara). W takim właśnie składzie Anglicy wydali swój czwarty album „The Weight of Your Love”.

Nowy album, nowy skład i nowy producent – to ostatnie w przypadku zespołu jest stałą. Tym razem za produkcję odpowiada Jacquire King, który produkował płyty m.in. Kings of Leon, Toma Waitsa czy Nory Jones. I już słychać, że ekipa wraca brzmieniowo do korzeni (wraca gitara elektryczna), choć nie zabrakło miejsca na elektronikę (najbardziej wybija sie w „What Is This Thing Called Love?”). Kapela gra bardzo zróżnicowanie: nie brakuje skrętów w stronę popu („Honesty” czy „Nothing” ze smyczkami), melodyjnego grania gitary (singlowy „A Ton of Love” czy „Hyena”), wybijającego się basu (urwany „Formaldehyde” czy „Hyena”) czy nawet skrętu w stronę country („The Phone Book”). Brakuje mi trochę bardziej dynamicznych utworów jak „Munich”, ale ten album jest bardziej klimatyczny i nadal słucha się go dobrze, częściowo zacierając średnio udanego poprzednika.

Jeśli chodzi o wokal Toma Smitha, to nie zmienił się specjalnie, nie drażni i może jeszcze trochę zalatuje Ianem Curtisem. Nadal słucha się go dobrze, co nie wszystkim się udaje. Także w warstwie tekstowej jest pewien progres, choć tematyka nie jest zbyt zaskakująca.

„The Weight of Your Love” to częściowy powrót zespołu do melodyjnego, lekko rockowego grania. Nie ma tu aż tak elektronicznego cudowania jak w przypadku „In This Light and On This Evening”, ale też nie jest tak ostro brudno jak w przypadku pierwszych płyt. Niemniej widać, że grupa idzie w dobrą stronę.

7/10


Editors – In This Light and on This Evening

in_this_light_and_on_this_evening

Na trzeci album redaktorów trzeba było czekać dwa lata. Ale chyba nawet najwytrwalsi fani nie spodziewali się tego, co wyszło.

Tym razem mamy 9 piosenek, a produkcją zajął się Mark „Flood” Ellis, który współpracował m.in. z New Order, Depeche Mode, a-ha czy U2. Już w tytułowym utworze czujemy, że coś tu jest inaczej. Dlatego, ze wysunięto na pierwszy plan syntezatory (pulsujący bas, podrasowana gitara i pianino), budujące bardzo ponury klimat. Może wprawić w zakłopotanie i konsternację, nigdy nie byłem pewny czy słyszę przesterowaną gitarę czy syntezator jak w singlowym, przebojowym „Papillon”. Zespół tym razem bardzo poważnie eksperymentuje, inspirując się m.in. OMD (początek „Bricks and Mortars”) czy Depeche Mode (zapętlający się „The Boxer”), nie zapominając o melodyjności („You Don’t Know Love”). Jednak po „You Don’t Know Love” robi się zbyt monotonnie i dla mnie za spokojnie, choć pojawiają się pewne ciekawe dźwięki (podrasowana gitara w „The Big Exit”). Za to pewnym bonusem jest dodatkowy utwór, będący koncertową wersją „No Sound But the Wind”, ale nawet to nie jest w stanie uratować tej płyty.

Wokal Toma Smitha jest tak rozpoznawalny, że nie można go pomylić, jednak tutaj udaje się parę razy zaskoczyć (szeptanie w tytułowym utworze, trochę przypominające Nicka Cave’a czy w „The Boxer”), ale teksty są już trochę słabsze niż na poprzednich płytach co nie jest już takie dobre.

Ten album wielu wprawił w konsternację, także i mnie. Na razie jest to najsłabsza płyta tego zespołu, który gdzieś zgubił tą swoją dynamikę, choć klimatu (lekko melancholijnego) nie można odmówić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Editors – An End Has a Start

an_end_has_a_start

Dwa lata po swoim debiucie zespół Editors zdecydował, że nie zwalniają tempa i trzeba nagrać nowy materiał. Jak powiedzieli, tak też zrobili i pojawił się „An End Has a Start”, który kontynuował to, co zaczęli w „The Back Room”.

Tutaj za produkcję odpowiadał Garret „Jacknife” Lee, który współpracował m.in. z U2, Snow Patrol czy R.E.M. Zaczyna się z wysokiego C, czyli z mocnych uderzeń perkusji i szybkiej gitary („Smokers Outside the Hospital Doors” i tytułowy utwór). Potem następuje lekkie zwolnienie tempa i wyciszenie jak w „The Weight of the World”, gdzie sekcja rytmiczna dominuje, gitara w refrenach szaleje i pojawiają się w tle chórki, co daje lekko epickie brzmienie, „When Anger Shows” (spokojne zwrotki z dominacją klawiszy i pianina, zaś w refrenach gitara „brudzi”) czy bardzo zaskakujący początek ” Push Your Head Towards the Air” (akustyczna gitara, fortepian, podrasowana gitara oraz perkusja), ale jednak dominuje tu bardziej szybkie tempo (singlowe „Bones” z szybką perkusją, której nie jest w stanie przegonić gitara czy „The Racing Rats”). Zaskakuje za to bardzo spokojny (jak na nich) koniec płyty, w tym wypadku pianistyczny „Well Worn Hand”, który jest najsłabszym utworem. Widać, że zespół ciągle próbuje tworzyć coś nowego, a nie tylko wykorzystywać sprawdzone patenty.

Smith nadal zalatuje Curtisem, ale potrafi też podnieść głos („The Racing Rats”) i być zadziornym. Tekstowo też jest pewien progres, bo mamy tutaj szerszą tematykę, m.in. wyścigu szczurów, gniewu, rozstania. Czyli na plus.

Widać, że zespół próbuje się rozwijać i szuka ciągle czegoś nowego. Ta płyta bardziej podoba mi się od debiutu, który też jest dynamiczny i przebojowy. Ale chyba tutaj wszystko jest bardziej dopracowane.

8/10

Radosław Ostrowski

Editors – The Back Room

the_back_room

Dawno, dawno temu, Bóg się znudził muzyką, która była grana i wymyślił punk, który podchwycili Brytyjczycy. Najpierw było Sex Pistols, potem Joy Division, z którego wiele zespołów czerpie do dnia dzisiejszego. I właśnie opowiem wam o jednej z kapel-córek Joy Division. Poznali się na uniwesytecie w Birmingham roku 2002 i było ich czterech. Tom Smith (wokal, gitara), Russell Leetch (bas, klawisze), Geraint Owen (perkusja, zastąpiony przez Edwarda Laya) i Chris Urbanowicz (gitara) się zwali. Nazwę zespołu zmieniali aż trzy, by ostatecznie nazwać się Editora, a w 2005 roku zadebiutowali ze swoją płytą.

„The Back Room” zawiera 11 piosenek, za których produkcję odpowiada Jim Abbiss znany ze współpracy z m.in. Arctic Monkeys, Kasabian czy Adele. Całość pachnie punk rockiem polanym elektroniką. Nie brakuje tutaj szybkich gitar („Munich”, „Lights”), mocnej perkusji („All Sparks”), trochę spokojniejszych brzmień („Camera” z rytmicznym basem i klawiszami oraz rozkręcającą się perkusją), melodyjności („Bullets”), ale ogólnie całość jest bardzo róznorodna i słucha się tego z dużą frajdą mimo paru lat po premierze. Nie ma tutaj czegoś, co byłoby nie udane czy mocno odstawało od reszty, co też nie zdarza się zbyt często.

Również wokal Toma Smitha, który wielu kojarzy się z Ianem Curtisem (najbardziej to słychać w kończącym „Distance”), jest delikatny, gdy trzeba zadziorny, ale nie jest ani przez moment sztuczny. Także niezłe teksty mówiące o miłości i samotności trzymają poziom.

Mówiąc najprostszymi słowami: „The Back Room” to udany album, od którego zaczęła się kariera Anglików, którzy mieli być odpowiedzią na amerykański Interpol. Dalej było równie ciekawie, ale to temat na oddzielną historię.

7,5/10

Radosław Ostrowski