Ambulans

Mam poważne pytanie: kiedy ostatni raz oglądaliście dobry film Michaela Baya? Że nie ma czegoś takiego? Że skończył się na „Twierdzy”? Na „Kill ‘Em All”? Na „Transformersach”? To chyba sobie dawno oglądaliście Mistrza Eksplozji w akcji. Bo po słabiźnie dla Netflixa w postaci „6 Undergrounds” (tak słaby, że nie chce mi się o nim gadać) teraz zrobił remake skandynawskiego thrillera. Oczywiście w swoim stylu.

ambulans1

Punkt wyjścia jest prosty jak konstrukcja cepa. Bohaterem jest Will (Yahya Abdul-Mateen II) – były wojskowy, który służył krajowi, a teraz jak potrzebuje pomocy, kraj ma go w dupie. Sprawa jest poważna, bo żona ma raka i pomóc może eksperymentalna operacja. Jak eksperymentalna? A co cię to obchodzi? Na tyle eksperymentalna, że ubezpieczenie tego nie pokryje. Więc postanawia poprosić o pomoc swojego adoptowanego brata Danny’ego (Jake Gyllenhaal), by pożyczył hajs. Gdy przybywa na miejsce, brachu szykuje skok na bank i akurat potrzebuje kierowcy. „Wchodzisz czy nie? Ponad 30 baniek do zgarnięcia”. Chcąc nie chcąc, zgadza się na udział. Akcja nie idzie kompletnie po planie (jakim w ogóle planie?), więc bracia porywają… karetkę pogotowia. Z postrzelonym policjantem. Ktoś tu ma wielkiego pecha.

ambulans2

Sama ekspozycja i zbudowanie portretu postaci zajmuje pierwsze 10 minut, a potem Michael Bay robi film w swoim szalonym stylu. Nie spodziewajcie się głębi psychologicznej, inteligentnych dialogów czy jakiejkolwiek sensownej narracji. Logika robi sobie wolne, kamera wariuje jakby ją w ręku trzymał Spider-Man (i jednocześnie wisiał), chaotyczny montaż jeszcze bardziej wywołuje dezorientację (przynajmniej na początku). Ktoś zaraz pewnie powie: to jest przecież Majkel Bej, czego oczekiwałeś? Niby tak, jednak „Ambulans” o wiele bardziej do mnie przemawiał niż większość filmów Baya. Dlaczego? Nie jest to aż tak efekciarskie i przegięte niczym „Bad Boys 2” czy większość „Transformersów”. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, względnie trzyma się ziemi.

ambulans3

Nie znaczy to, że Bay przestał być Bayem. Nie ma to co prawda chodzących seks-lalek (zwanych też modelkami), mających być wabikiem dla oka czy wojska Ju Es Ej, ale reszta jest na miejscu: pościgi samochodowe, strzelaniny z kulami odbijającymi się od wszystkiego jakby były małymi fajerwerkami, demolka, fetysz na punkcie spluw i coraz bardziej absurdalne sceny. Plus odrobina sentymentalizmu i nadużywania słowa „brother”. Tempo jest zaskakująco równe, akcja jest czytelna, napięcie odczuwalne (nawet mimo niedorzeczności w stylu przeprowadzamy operację wyciągnięcia kuli przez telefon podczas pościgu) i coraz bardziej podbijamy stawkę. Jak? Policyjne centrum dowodzenia, próbujący odbić swojego partnera zdesperowany glina, agent FBI będący (oczywiście) starym kumplem naszego bohatera i jeszcze dorzućmy meksykański kartel. Bo czemu nie. Jakby jeszcze były czołgi, to można pomyśleć, że mamy do czynienia z adaptacją „Grand Theft Auto”, gdy gracz ma pięć gwiazdek. Co oznacza, że jest non stop ścigany przez pojawiające się znikąd radiowozy, antyterrorystów, wojsko i Facetów w Czerni. Nawet humor nie jest tutaj taki prostacki, czego kompletnie się nie spodziewałem.

ambulans4

Jeszcze dziwniejszy jest tutaj casting. Braci grają Jake Gyllenhaal i Yahya Abdul-Mateen II, co już samo w sobie brzmi abstrakcyjnie. Panowie jadą na kontraście, czyli ten pierwszy (biały) to przerysowany, nadekspresyjny wariat, bardziej improwizujący niż działający według jakiegokolwiek planu, zaś ten drugi to bardziej rozważny, stateczny i odpowiedzialny facet w nienormalnej sytuacji. Jak są razem, są iskry i jest chemia między nimi. Trzecim pionkiem jest ratowniczka pogotowania, grana przez Eizę Gonzalez. I to ona wydaje się być najciekawsza, najbardziej przyziemna w tym chaosie, z mroczną przeszłością.

Czyżbym stwierdził, że „Ambulans” to jeden z lepszych filmów Baya? Na pewno jest to film z rodzaju guilty pleasure, gdzie można się dobrze bawić, mimo bzdur i nielogiczności. Solidnie zrobione, z masą absurdu, bez nadmiernego wizualnego oczopląsu oraz mentalności nastolatka. Naprawdę to ja piszę?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bloodshot

Poznajcie Raya Garrisona. To jest żołnierz, a tacy robią masę rzeczy, w tym odbijając zakładników, zabijając bandytów, terrorystów i tego typu delikwentów. Ma też kobietę, do której wraca po każdej akcji z kolejnymi ranami, bliznami, zadrapaniami. Po ostatniej akcji staje się najgorsze: on zostaje schwytany, a dziewczyna porwana. Porywacz chce dostać informacje od naszego wojaka, ale nie dostając ich zabija ją, następnie Raya. W tym momencie powinna kończyć się historia, ale nie takie cuda w kinie widzieliśmy. Garrison zostaje wskrzeszony przez korporację, mając wszczepione w swojej krwi nanity. Dzięki temu cacku Ray staje nowym Deadpoolem, czyli jest niemal nieśmiertelny. Tylko, że te nanity trzeba je regenerować, przez co nie jest tak nieśmiertelny jak Deadpool.

bloodshot1

Jak wszyscy wiemy, komiksowe adaptacje dzielą się na te według Marvela, te według DC i całą resztę. Z tego ostatniego grona najbardziej znaną marką był „Hellboy” od Guillermo del Toro, „Kingsman” czy netflixowa „The Umbrella Academy” (ciągle nie obejrzana), jednak przebicie nie jest zbyt wielkie i popularność też jest raczej skromniutka. Jakościowo też raczej bywało dość różnie, ale nie osłabiło to konkurencji. Jak się wpisuje zrobiony przez debiutanta „Bloodshot” według dzieła Valianta? Sama historia zaczyna się nawet nieźle, jesteśmy rzuceni w środek akcji. Wygląda ona efekciarsko, ze slow-motion oraz typowym montażem kina akcji ostatnich lat. Czyli dużo cięć oraz niezbyt duża czytelność. Po jakiś 15 minutach pojawiają się elementy fantastyki w postaci zmartwychwstania oraz nanotów, przypominając troszkę „RoboCopa” zmieszanego z „Deadpoolem”. Bez żadnej głębi i rozkminy o tym, co czyni nas ludźmi oraz kwestii tego, co jest jawą, a co manipulacją. Bo skoro można wyczyścić mózgownicę, wszczepić wspomnienia, to jaka będzie następna bariera do pokonania?

bloodshot2

Reżysera to ewidentnie nie interesuje i rozumiem, bo to film akcji. Historia może być pretekstowa i szablonowa, byleby sceny strzelanin oraz zabijania były fajne. Problemem jest dla mnie to, że sama demolka oraz rozpierducha po prostu jest. Troszkę od tej reguły odrywa się zamach dokonany przez Bloodshota po wskrzeszeniu w tunelu, gdzie jedyne kolory to czerwień oraz błękit. Wygląda to nieźle, slom motion jest wykorzystywane z sensem i to jest fajne. Potem jest już zbyt efekciarsko, a konfrontacja z dwoma uberwojakami w windzie za bardzo przypomina sekwencje QTE z gier. Nuda pojawia się w połowie i nawet większa obecność humoru nie jest w stanie tego uratować.

bloodshot3

Aktorsko nie ma tutaj jakiś fajerwerków, a Vin Diesel to klasyczny Vin Diesel z taśmowych filmów akcji. Miałem wrażenie, że mu się nie chciało grać, zaś drętwy ton jego wypowiedzi kompletnie nie działa. O wiele lepiej wypada Guy Pearce jako naukowiec, odpowiedzialny za zmartwychwstanie i mający swój ukryty cel. Tylko, że to już też widziałem kilka razy i w lepszym wykonaniu tego aktora. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to Lamorne Morris jako genialny haker, dodający odrobinę lekkości oraz humoru, a także Elza Gonzalez w roli jednej z modyfikowanych żołnierzy. To jednak za mało, by mówić o udanym filmie nawet jako guilty pleasure.

Niestety, ale „Bloodshot” to bardzo duży zawód. Nie czytałem komiksów, lecz mam wrażenie zmarnowania potencjału na coś o wiele bardziej fajnego, a tak to klisza kliszę pogania. Jest zbyt efekciarsko, nie angażuje i po prostu nudno.

5/10

Radosław Ostrowski