The Avalanches – Wildflower

Wildflower_Avalanches_cover_art

Nigdy się nie uważałem za wielkiego fana elektroniki, uważając tą muzykę za sztuczną i mechaniczną, jakby zautomatyzowaną. Ale kolejne spotkania z płytami opartymi na tych dźwiękach zmusiły mnie do weryfikacji tych przekonań. Czy tak też będzie z albumem australijskiego duetu The Avalanches? Tworzą go Robbie Chater oraz James Dela Cruz, zajmujący się muzyką, a każdy utwór śpiewa kto inny. W zeszłym roku wydali swój drugi album po 16 (!!!) latach przerwy.

Czy warto było czekać na „Wildflower”? Po krótkim intrze (sample pełne rocka) dostajemy mieszankę sampli, elektroniki i rapu, co widać mocno w „Because I’m Me”, pachnącym muzyką z lat 60. (smyczki, dęciaki, funkowa gitara), a jednocześnie bawią się samą formą, nagle wyciszając podkład i dając tylko wokal czy wrzucając odgłos zmienianej stacji. I takich mieszanek jest multum: singlowy „Frankie Sinatra” ma w sobie i jazzowy sznyt (fortepian i klarnet) zmieszane z mocniejszym bitem i skreczem, do którego dochodzi jeszcze chórek, podkręcone dźwięki „robotyczne” w „Subways” czy zapętlony funk z lat 70. („Going Home”). Dorzucą jeszcze perkusjonalia (niemal taneczny „If I Was a Folkstar”), przerobione głosy brzmiące jakby to dzieci śpiewały („Colours”) czy odgłosy jedzenia w skocznym, brzmiącym niemal z dziecięcej bajki „The Noisy Eater”. Duet miesza, zaskakuje i podkręca, ciągle dodając coś innego, nieoczywistego.

Problemem dla wielu mogą być krótkie przerywniki między piosenkami, ale stanowią one spójną całość z resztą co słychać w tytułowym utworze. Dla mnie jednak problemem jest to, ze w połowie (czyli od „Live a Lifetime Love”) całość zaczyna tracić tempo, będąc zdominowanym przez przerywniki. Zdarzają się ciekawe strzały jak niemal baśniowy „The Wozard of Iz”, zapętlony „Sunshine” czy finałowy „Saturday Night Inside Out”, to jednak za mało, by nazwać całość więcej niż przyzwoitą.

I więcej z tego chaosu po prostu nie dało się wycisnąć. „Wildflower” z jednej strony pachnie przepięknie, zachwyca, z drugiej wprawia w stan zamulenia. Sami musicie zdecydować, co wolicie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gorillaz – Humanz (deluxe edition)

gorillaz-humanz

Animowana grupa wokalna kierowana przez Damona Albarna (blur) powraca po siedmiu latach przerwy. Gorillaz tak jak poprzednio, pozapraszało armię gości, których nie da się policzyć na palcach obydwu rąk (wspomnę później o tym), ale czy nadal mamy do czynienia z przebojową mieszanką elektroniki z czarnymi brzmieniami (soul, rap, funk)? I czy tak długa przerwa nie spowodowała braku świeżości?

Całość przerywana jest krótkimi wstawkami, gdzie słyszymy aktora Bena Mendelsohna, wypowiadającego kwestie, będące spoiwem dla całej opowieści, wplatając dziwaczne dźwięki w tle. I od razu dostajemy strzał w postaci wyjącej syreny na początku „Ascension”, by przejść w płynny, dyskotekowy numer (skoczne bity, wplecione chórki), który kończy się za szybko. W podobnym rytmie wybija się strzelający „Strobelite”, gdzie wybija się perkusja oraz mocno pachnąca latami 80. elektronika. Nie brakuje odrobiny mroku (dziwaczne, popowo-hinduskie „Saturnz Barz”, gdzie szaleje Popcaan czy pełen wysamplowanych gitar „Charger” z niesamowitą Grace Jones – tutaj Albarn ma więcej przestrzeni), ciepłego synth popu (świdrujące „Submission” z łagodnym wokalem Keleli i ostro rapującego Danny’ego Browna czy wyciszonego „Busted and Blue”) czy niebezpiecznego skrętu w kicz („Momentz”, gdzie muzykę zrobił… Jean-Michele Jarre, a nawija kapitalnie De La Soul czy plastikowa „Andromeda”). Dzieje się tu wiele, ale ten chaos pozbawiony jest jakiegokolwiek spoiwa. A im dalej w las, tym coraz bardziej staje się powtarzalnie i nudno (niby pulsujący „Carnival”, ale już to uderzenie perkusji z elektroniką było).

Albarn ściągnął, jak wspomniałem wielu gości (poza w/w m.in. Benjamina Clementine’a, Anthony’ego Hamiltona, Rag’nBone Mana, Pusha T czy Kali Uchis), jednak tylko nieliczni wybijają się z tego zestawu. Panowie i panie są tutaj tylko dodatkiem dla muzycznych popisów Albarna, który odzywa się bardzo rzadko i co pozwala zastanawiać się, czy to aby na pewno Gorillaz. Brzmieniowo jednak to nadal oni, ale to wszystko sprawia wrażenie dźwiękowego pustostanu. Całość sprawia wrażenie patchworka, gdzie nawalono masę pomysłów, jednak nie skleja się to w żadną całość, a same kompozycje powoli zaczyna się wtapiać w jedną papkę, z której trudno coś wyłuskać.

Nawet jeśli pojawiają się bardziej wybijające od reszty numery, to są one mocno gaszone czy przed natłok dźwięków („We Got The Power”), nadmiar gości („The Apprentice”) czy zbyt krótki czas trwania („Let Me Out”). Przez co „Humanz” nie sprawdza się ani jako album imprezowy, ani komentarz (bo taki był plan) do działań obecnego prezydenta USA. Ogromna szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Jacaszek – Kwiaty

kwiaty

Z czym wam się kojarzy wiosna? Z tym, ze robi się coraz cieplej, dzień staje się coraz dłuższy i przyjemniejszy, ale też z budzącą się do życia przyrodą. I to musiała być inspiracja dla nowego dzieła Michała Jacaszka, jednego z ciekawszych twórców muzyki elektronicznej. Natura oraz metafizyczna poezja XVII wieku (jak podaje jego strona www), co już zapowiada intrygującą całość.

Wokalnie cały album wspiera Hania Malarowska, a otwierający całość utwór tytułowy wprawia w konsternację. Zapętlające się, dziwaczne tło, krótkie wejścia mocnych uderzeń elektroniki i „mantryczne”, przeesterowane głosy (najpierw męski i coraz bardziej przebijający się żeński). Jeszcze dziwaczniej, wręcz kosmicznie robi się w „To Perenna”, co wynika z początkowego szumu, do którego dołącza… harfa, wprowadzając w częściowo błogi nastrój, chociaż szum trwa niemal przez cały czas. Także migotliwy „Daffodils” (przynajmniej na początku) wywołuje ciarki. I nie wiadomo, co bardziej tu działa – zmiksowanie elektroniki ze Wschodem (perkusja, imitacja harfy) czy przebijające się niczym echo wokale, a może ten nieznośny szum w tle. Przeciąga się on jeszcze do „To Violets”, gdzie zaczynają się dobijać żywe instrumenty (akustyczna gitara), zmieszane z pokręconym echem i atakuje jeszcze raz w połowie, tworząc coraz bardziej atmosferę niesamowitości.

Jacaszek ciągle zaskakuje i kombinuje, mieszając, a także bawiąc się dźwiękami, samplami. Tak jest choćby w „Love”, gdzie nagle dźwięki pojawiają się, by za chwile gwałtownie zniknąć czy przewrotnie nazwanym „Soft Music”, gdzie znowu miesza się klawisze z samplami oraz głosami. Do tego wplatając żywe instrumenty (klawesyn). I ta taktyka cały czas się sprawdza jak w przypadku gitarowego „White Island” (krótko gra także fortepian)  czy ponad 7-minutowego „Eternity”, gdzie kosmos, harfa i wokal Hani tworzy prawdziwy koktajl Mołotowa. Nawet wykorzystuje się tutaj puls mierzony przez medyczną aparaturę („To Blossoms”).

„Kwiaty” są bardzo specyficznym albumem, pełnym tajemnicy, nieopisanego mroku oraz piękna, które dostrzega się z kolejnym odsłuchem. Potrzeba do niego cierpliwości oraz bardzo otwartego umysłu, ale nadrabia to wszystko bardzo przemyślanym tworem. Chcecie powąchać je?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Eye of the Soundscape

Wiele razy pojawiała się prog-rockowa warszawska formacja Riverside. Rok 2016 był jednak dla nich bardzo ciężki, gdyż zmarł jeden z filarów grupy – gitarzysta Piotr Grudziński. I to było w trakcie pracy nad nowym materiałem, który ostatecznie ujrzał światło dzienne. I jest to dość nieoczywisty album, nie tylko dlatego, że dwupłytowy.

Haczyk polega na tym, ze to album… instrumentalny i to w sporej części oparty na elektronice, co dla fanów zespołu było co najmniej szokujące. Druga sprawa, że muzycy nie patyczkują się i dają bardzo długie kompozycje, a trzecia sprawa jest taka, że wiele z tych utworów już się pojawiło wcześniej jako bonusy na poprzednich albumach. Takiej składanki nikt się nie spodziewał, ale jest też sporo nowego stuffu. Taki jest bardzo chłodny „Where The River Flows”, gdzie słyszymy coś jakby dzwony, przemielony ambient, zimne smyczki. Dopiero w drugiej minucie pojawia się perkusja – bardzo stonowana i oszczędna, też brzmiąca bardzo mechanicznie, by doskoczyła niemal minimalistyczna gitara, bardzo łkająca i troszkę westernowa. Dwie minuty później coraz bardziej idziemy w stronę ambientu i „cykanej” perkusji, gdzie intensywność dźwięków przypomina wyprawę kosmiczną. Trwa to jeszcze trzy minuty, by wszedł bas na solo razem z wokalizami Dudy.

Oddechem jest wybrane na singla „Shine” – krótki (bo nieco ponad 4 minuty), gdzie dochodzi do zespolenia mocnej perkusji, pulsującej i coraz bardziej nakładającej się elektroniki z tnącą gitarą elektryczną, dzięki której nadal wiemy, że to Riverside oraz nadal potrafią grać z ogniem. Następny w kolejny jest zmiksowany na nowo „Rapid Eye Movement”, który zaczyna się od mocnych szumów wiatru i czegoś, co nazwałbym mocnym burczeniem w brzuchu, szarpiącą elektroniką. A dalej jest równie tajemniczo: jakieś dziwne głosy, skręty w stronę Tangerine Dream (pulsujący elektroniczny bas) oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca tajemnicę gitara coraz bardziej nawarstwiająca się, by od połowy zaatakować (także głęboko ukrytym fortepianem).

Płynnie przechodzi do dwuczęściowego „Night Session”, opartego na improwizacjach muzyków i o ile część pierwsza jest bardzo wyciszona, odrobinę melancholijna (z pięknymi organami oraz niesamowity dzwonkami), a gitara buduje klimat tajemnicy, o tyle w drugiej atakuje saksofon oraz dziwaczne szumy, do których dołącza strzelająca perkusja i… harfa, pozwalajac w finale na wyciszenie. I tak się kończy pierwsza płyta.

Druga zaczyna się od oniryczno-tanecznego „Sleepwalkers”, gdzie powolne i spazmatyczne wejścia elektroniki połączone z dyskotekową perkusją, a w środku wchodzi krótka wokaliza. Następnie dostajemy zmiksowany na nowo „Rainbow Trip”, gdzie pierwsze skrzypce gra bas, delikatne klawisza oraz kojąca gitara, by po dwóch minutach przyspieszyć gwałtownie. Wyciszenie i ukojenie daje przestrzenny, minimalistyczny „Heavenland” skontrastowany z mrocznym „Return” (te szumy robią robotę) oraz pełnym nakładających na siebie pasaży „Aether” (znowu bas genialny). Dynamiczniej się dzieje w płynących „Machines”, a także akustycznej „Promise”, by eksplodować w finałowym utworze tytułowym, gdzie ostatni raz zagrał Grudziński (bardzo delikatnie i epicko).

Trudno mi się do tego kolosa było przekonać, gdyż takiego brzmienia po warszawskim kwartecie się kompletnie nie spodziewałem. I to nie tylko dlatego, że jest ona w pełni instrumentalna, ale też pełna progresywnej elektroniki. Duda i spółka wydając tego dwupłytowego kolosa zamykają pewien rozdział, zaczynając nowy (Grudziński zastąpił Marcin Meller z Quidam). Album ten wymaga i zmusza do skupienia, w zamian oferując piękną podróż pełną melancholii oraz refleksji. Bardzo ciekawe doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Depeche Mode – Spirit (deluxe edition)

Spirit

Wrócili. Kazali czekać cztery lata, ale wielu (liczyć w milionach) fanów trzech facetów w czerni w wieku już niemłodym w końcu się doczekało. Dave Gahan, Martin Gore i Andy Fletcher po 4 latach znowu usiedli, pomyśleli i nagrali. Czy fani muzyki w stylu dla Depeszowców będą usatysfakcjonowani?

Za realizację albumu nr 14 pod wielce wymownym tytułem „Spirit” (czyli duch, nie mylić ze spirytusem) odpowiada James Ford (członek Simian Mobile Disco), ale od samego początku czuć i słychać, że to Depeche Mode, tylko bardziej przestrzenni. Mrok czuć już od samego początku w tnącym gitarą oraz fortepianem „Going Backwords”. Drugi w kolejne jest singlowy „Where’s the Revolution” i jest tutaj więcej elektroniki, która pulsuje i podkręca poczucie zagrożenia, by w refrenie eksplodować, w czym pomaga perkusja oraz sporadycznie wchodząca gitara elektryczna. Bardziej gitarowo i melancholijne (to mniej znane oblicze Depechów) dzieje się w przypadku smutnego „The Worst Crime”, ale pod koniec odzywa się gwałtowna perkusja. „Scum” strzela niczym seria i z karabinu, bardziej nadając się na imprezę, zahaczając o ambient, a w podobne rewiry zapuszcza ciemny niczym noc „You Move”.

Kompletnie wszystko zmienia się w „Cover Me”, gdzie znów jest melancholia podlana delikatną gitarą oraz dziwacznymi pomrukami zapowiadającymi burzę. Perkusja powoli zmienia tempo, a pomruki stają się coraz mroczniejsze, by coraz bardziej świdrować. Wręcz „pogrzebowo” wybrzmiewa „Eternal”, jednak dalej dźwięki stają się coraz bardziej melancholijne, niemal pochłaniając słuchacza. Powrotem do gitary jest „Poison Heart”, gdzie perkusja wali z całą mocą oraz głębią, by potem zahipnotyzować bitem w „So Much Love” (perkusja w połowie idzie w niemal techno) i minimalistycznym „Poorman”, do której dołącza powoli perkusja oraz wokalizy w tle.

Martin Gore przywrócił mi nadzieję, że jeszcze nie zapomniał jak się pisze dobre melodie, a mocarny głos Davida Gahana tak świetnie nie brzmiał od dawna. Fani mogą się zaopatrzyć w wersję deluxe z dodatkowymi pięcioma utworami, które są alternatywnymi wersjami piosenek z podstawki (a dokładniej wersjami instrumentalnymi): „Fail” (wokal brzmi tutaj niczym echo), „Scum”, So Much Love”, „Cover Me” oraz „Posion Heart”.

Jeśli ktoś jeszcze zwątpił w to, że Depeche Mode jest w stanie stworzyć coś porywającego i przebojowego, „Spirit” przywraca nadzieję w mistrzów elektroniki. Jest wszystko to, za co fani pokochali ich od prawie 40 lat: melodyjność, chropowaty klimat, refleksyjne teksty oraz charyzmatyczny wokal Gahana. O takiej formie mogą pomarzyć nieliczni.

8/10

Radosław Ostrowski

AIR – Twentyears

Air_-_Twentyears_600_600

Duet AIR to francuscy spece od muzyki elektronicznej, chociaż flirtowali także z muzyką filmową. Ekipę od 1995 roku tworzą: Nicolas Godin i Jean-Benoit Dunckel. Jednak zamiast nowego wydawnictwa (od poprzedniego dzieła, czyli „Music for Museum” minęły 3 lata) w zeszłym roku wydali składankę podsumowującą 20 lat działalności.

I nie jest to tylko jedna płytka, ale dwie zawierające 31 utworów. I to nawet długich. Na początek dostajemy „La femme d’argent”, które zaczyna się od szumu wody, by pójść w stronę popu lat 60. i 70., gdzie wybija się bas, eleganckie klawisze oraz smyczki. Jednocześnie w tle słychać dziwne szumy, dźwiękowe plamy zahaczające o ambient. Podobnie czaruje eteryczny „Cherry Bossom Girl”, gdzie przewodzi wszystkim gitara akustyczna i elektroniczna perkusja. Ale wtedy pojawia się delikatny wokal Dunckela (byłem pewny, że to kobieta śpiewa) oraz flet, budujący niesamowitą atmosferę. „Kelly Watch the Stars” jest pełne pasaży, które pachną latami 80. Oraz tworzą klimat rodem z kina SF. A jak dodamy do tego przerobiony, „mechaniczny” wokal, odlot gwarantowany. Filmowo się czujemy podczas romantycznego „Playground Love” (utwór z filmu „Przekleństwa niewinności”), gdzie gościnnie udziela się niejaki Gordon Tracks oraz saksofon. Tym większym szokiem może być epickie i brudne „Sexy Boy” z nieprzyjemnym przerobionym głosem skontrastowanym z przestrzennymi klawiszami, gitarą elektryczną oraz eterycznym wokalem Dunckela. Im dalej, tym bardziej dźwięki atakują (zwłaszcza w refrenie), by zaskoczyć niemal minimalistyczną „Venus”, by w połowie skręcić troszkę w stronę new romantic. Kosmiczną aurę także można wyczuć w pozornie lirycznym „All I Need” (wersja radiowa), gdzie duet wsparła swoim głosem Beth Hirsch. Zupełnie do góry nogami ostaje wywrócone „Alpha Beta Gaga” z szybko pędzącą elektroniką skontrastowana spokojniejszą grą akustycznej gitary oraz gwizdania. A im dalej, tym bardziej muzyka zostaje ubarwiona smykami, klawiszami itp. „Kosmiczny” odlot wraca w oszczędnym „Moon Fever”, gdzie jest tylko fortepian oraz ambientowe tło. I jeszcze chór na końcu. Wtedy wkracza Beck w pachnącym dawnymi dyskotekami epickim „Don’t Be Light” (te smyki brzmią jakby grała cała orkiestra), gdzie miesza się wszystko: elektronika z „horrorowymi” smyczkami, kosmiczny ambient z gitarą elektryczną. Echa lat 70. czuć mocno w delikatnym „How Does It make You Feel” z przesterowanym głosem czy wręcz liryczny fortepian w „Once Upon a Time”.

Taka mieszanina może wywoływać dezorientację (przynajmniej na początku), ale duet AIR tak bawi się na przestrzeni lat, że potrafi cały czas zaintrygować zderzeniem żywych instrumentów z elektroniką (piękny „Alone in Kyoto”, oszczędny „Talisman”, pełen różnych wokali i eksperymtnwów „Run”).  AIR jeszcze dodało kilka bonusów. Są tutaj aż dwa niepublikowane wcześniej utwory „Roger That” i „Adis Abebah”, a także dwa utwory nagrane w radiu: „J’ai dormi sous l’eau” (nagrane w BBC w 1998 roku) oraz „Trente millions d’amis” (z KCRW 98).

Od tego albumu spokojnie można rozpocząć przygodę z duetem francuskiej elektroniki. Pełne podsumowanie całego dorobku, które zachęca do bliższego poznania.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Archive – The False Foundation

the-false-foundation-b-iext37640356

Jeden z najpopularniejszych w Polsce zespołów zagranicznych, czyli Archive ostatnio co rok wydaje swoje nowe płyty, eksperymentując z elektroniką, brzmieniami alternatywnymi i progresywnymi. Po świetnym „Axiomie” (2014) oraz bardziej przebojowym „Restriction” (2015) serwuje kolejną dziwną, ale piękną mieszankę muzyczną na „The False Foundation”.

Jest to też pierwszy album (przesłuchany przeze mnie), w którym nie pojawiają się panie na wokalu. Zaczyna się dość spokojnym (nawet sennym) „Blue Faces” prowadzonym przez bardzo delikatne dźwięki fortepianu oraz sporadyczne szumy. W połowie te dziwaczne dźwięki tła zaczynają przybierać na sile niczym wbijane wiertło do mózgu, a gdy wchodzi jeszcze perkusja, wywołuje to jeszcze większą dezorientację, jakbyśmy wrócili do „Restriction”. Pulsujący ambient, wokale w tle oraz zapętlony szum wprowadzający od razu do następnego utworu – „Driving in Nails” z pulsującą, minimalistyczną perkusją wziętą żywcem od Nine Inch Nails czy innego industrialnego składu. Do tego jeszcze pełno mało przyjemnych w odsłuchu plam dźwiękowych, które wprawiają w tajemniczy rytm (coś jakby uderzenia) i dopiero w połowie pojawia się wokal Dariusa Keelera, kompletnie zmieniając klimat. Jest bardziej przestrzenna elektronika, anielski chór w tle i elektroniczna perkusja, wracając do ambientu.

Brzmi dziwnie? To dopiero rozgrzewka, gdyż „The Pull Out” zaczyna się dziwaczną zbieraniną fortepianu, szumów, zapętlonego jakiego głosu i przez kilkanaście sekund repeta. Dopiero potem odzywa się surowa elektronika pomieszana z kosmicznymi dźwiękami, imitującymi trąbki, pulsującym jazgotem oraz pojedynczymi uderzeniami perkusji. Na koniec serwując mieszaninę fortepianu i wszelkich loopów. Gdy już traciłem nadzieję na znalezienie czegoś dobrego, pojawił się utwór tytułowy. Nadal są szumy i rytmiczna perkusja galopująca jak szalona (jak na tą grupę), ale wreszcie jest jakaś melodia sprawiająca frajdę. Nawet jeśli nawarstwiające się tło jest ścianą chaosu. Wtedy pojawia się wyciszający „Bright Lights” z wolnym i kompletnie spokojnym tłem elektroniki, wypieranym przez łagodne wejścia fortepianu, podobnie melancholijny „A Thousand Thoughts” oraz wspólnym zaśpiewem. Wtedy wraca hałas pod postacią strzelającego „Splinters”, który nasila się z minuty na minutę swoim echem.

Na szczęście to tylko chwila, gdyż spokój dominuje „Sell Out”, chociaż perkusja zaczyna działać coraz intensywniej (bardzo podniośle i patetycznie, by pod koniec ulec mechanizacji). Dynamika wraca do przestrzennego (i odrobinę gitarowego) „Stay Tribal”. Na finał dostajemy wręcz dyskotekowo-ambientowy „The Weight of the World”. Dyskotekowy, bo zaczyna się dyskotekową perkusją, by potem przejść w atomowe wręcz podkłady elektroniki, gdy następuje wejście westernowego fortepianu oraz cisza, by wrócić do swojego tempa dodając dziwaczną, charczącą wokalizę, klaskanie, pękiem kluczy, na koniec dając tylko fortepian.

Sam wokal Kellera jest różnorodny: od wrzasku po wręcz szept i melancholię. Co z tego, skoro forma jest dla mnie dość ciężko strawna? Grupa coraz bardziej idzie w stronę elektroniki, ambientu, łamańców i przesterów, tym razem przesadzając. Niestety, fundamenty mojego zaufania zostały nadszarpniete mocno.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Katy B – Honey

2eacca43

Ta brytyjska rudowłosa wokalistka pięć lat temu zauroczyła mnie swoim debiutem, chociaż nie jestem fanem dyskotekowej elektroniki. Katy B. do tego czasu wydała EP-kę oraz słabszy drugi album. Trzecia płyta miała być dla mnie testem i potwierdzeniem, że warto dać rudzielcowi drugą szansę. Sztab producentów pod wodzą Geeneusa zrobił co mógł i tak powstało „Honey”.

Jednak po raz pierwszy Katy zaprosiła tak wielu gości (w każdym utworze minimum jeden) – od producentów takich jak Kaytranada czy Diplo po wokalistów kalibru Craiga Davida i Staminę MC. Tytułowy utwór buja mieszając z jednej strony skoczne tło (ładne klawisze oraz oszczedna perkusja), ale czuć podskórnie pewien niepokój wywołany tempem. Dalej nie brakuje skrętu w bardziej house’owo, elektropopową ścieżkę (energetyczny „Who Am I” z rożnymi wstawkami), wejść w mainstreamowy pop (taneczne „So Far Away” czy nieprawdopodobnie pulsujący „Chase Me”). Początek może wywołać z jednej strony nadmiar wrażeń, z drugiej poczucie deja vu. Kompletnie zdębiałem, gdy trafiłem na mroczny „Lose Your Head”, z orientalną elektroniką, smykami, melorecytującym głosem Katy oraz raperami J Husem i D Double E. Produkcja The Heavy Trackers robi niesamowitą robotę, tylko raperzy nie do końca mnie przekonali.

Od tego momentu robi się coraz ciekawiej i intrygująco. „I Wanna Be” przypomina klimatem utwory z EP-ki „Danger”, gdzie pod rytmiczny bit, tworzony jest niesamowity, mroczny klimat skontrastowany przez delikatny głos Katy. Chropowaty „Calm Down” czaruje lekko „podchmielonym” tłustym bitem oraz mrocznymi smyczkami w tle, podobnie lekki „Heavy” czy mieszający brud z tanecznością „Turn the Music Louder” z KDA na gościnnym występie, płynnie latającym na podkładzie. A i tak największe wrażenie zrobił mieszający orkiestrę z elektronikę „Dark Delirium” czy imitujące dźwięk odbijanych kropel wody „Water Rising”.

„Honey” okazało się miodem dla moich uszu, troszkę zmęczonych elektroniczną rąbanką. Delikatny głos Katy, który czasami tylko podkrzykuje, współgra z bitami świetnie. Mieszanka tanecznych bitów z bardziej intymnymi tekstami Katy zadziałała niczym prawdziwa petarda, jednocześnie bez poczucia stania w miejscu. Czuć czerpanie ze współczesnych trendów i są raptem dwa słabsze momenty, ale to brzmi fantastycznie. Przedni ten miód.

8/10

Radosław Ostrowski

John Carpenter – John Carpenter’s Lost Themes II

lost themes 2

Nikt nie spodziewał się, że John Carpenter jeszcze się kiedykolwiek odezwie. Ten kultowy reżyser niskobudżetowych horrorów w zeszłym roku wydał instrumentalny album „Lost Themes”, który brzmiał jak ścieżka dźwiękowa do niezrealizowanego filmu mistrza. Teraz wyszła druga część tej płyty i mogę powiedzieć z ręką na sercu – znowu się udało.

I nadal jest to muzyka elektroniczna. „Distant Dream” daje mocnego kopa w postaci uderzeń perkusji i dziwnych pasaży z podrasowana gitarą, by potem wejść w niepokojący bas z dyskotekową perkusją (mocniej uderzającą w środku), by wzbudzić aurę niepokoju. Do tego nie potrzebuje zbyt wiele, a to co ma (syntezatory i sporadyczna obecność gitary elektrycznej wystarczą). Czuć to nawet w „White Pulse” z tykającymi zegarami na początku i delikatnym klawiszom, przypominającym troszkę „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Nawet tykające „Persia Rising” ma w sobie nieprzyjemną aurę, a „Angel’s Asylum” z sakralnego wstępu zmienia się w nocny pości, co podkreśla perkusja oraz rockowa gitara. I nawet odrobina spokoju, jest tylko chwilką na złapanie oddechu. A na finał tego utworu dostaje akustyczną gitarę.

Nawet pulsujący bit a’la Cliff Martinez nie pozwala na złapanie oddechu („Hofner Dawn”), a wodny strumyk okazuje się zdradliwy (ejtisowska „Windy Death”). Nad wszystkim czuć ducha Tangerine Dream (ciężki „Dark Blues”) oraz prac Carpentera do filmów z lat 80. (zwłaszcza kapitalny „Bela Lugosi”), a nawet czuć epicki rozmach („Utopian Facede”).

Jedno pozostało niezmienne – Carpenter nie stracił nosa do tworzenia klimatycznych melodii za pomocą oszczędnego instrumentarium. Jest mrocznie, niepokojąco, nawet lirycznie i przed oczami tworzy się film. Ja jednak czekam na nowy film Carpentera, bo soundtrack już do niego powstał.

8/10

Radosław Ostrowski


 

Primal Scream – Chaosmosis

Primal_Scream_-_Chaosmosis

Zespół Bobba Gillespiesgo Primal Scream to jedna z barwniejszych grup brytyjskiej sceny muzycznej lat 90., która ciągle eksperymentowała z brzmieniem. Każdy pojawiający się gatunek (pop, techno, rave, rock) mieszali z sobą, naznaczając go swoim własnym piętnem. Nie inaczej jest w najnowszym dziele – „Chaosmosis”.

Gdybym miał w skrócie opowiedzieć jakie jest „Chaosmosis” opowiedziałbym, że jest to mieszanka popu z lat 80. i 90., gdzie najważniejsze są tutaj klawisze. „Trippin’ On Your Love” miesza tutaj oldskulowe klawisze z dźwiękami przewijanej do tyłu muzyki, funkowej gitary oraz kobiecego wokalu w refrenie. A im dalej, tym różnorodniej i – zgodnie z tytułem – chaotycznie. New wave’owe miękkie klawisze mieszają się z futurystycznymi loopami („(Feeling Like A) Demon Again”), do których w refrenie dochodzi gitara akustyczna – aż chce się potańczyć na parkiecie, by zaraz potem uśpić czujność romantycznym „I Can Change”, gdzie do ładognej gitary grają klawisze niczym… z karuzeli w wesołym miasteczku czy różnego rodzaju przeszkadzajki w  „100% Or Nothing”.

A wtedy następuje wolta w postaci akustycznego „Private Wars”, gdzie poza gitarą pięknie grają smyczki. Trwa to jednak krótko, gdyż wchodzi energetyczny i full elektroniczny „Where the Light Gets In” z gościnnym udziałem Sky Ferrary. Znacznie mroczniejszy „When the Blackout Meets the Fallout”, chociaż bardzo krótki, budzi niepokój ambientowym tłem, z „Carnival of Fools” to bardziej podrasowane eurodance (czytaj: brzmi to tandetnie) z szybkim fortepianem oraz onirycznym tłem. Dzieje się wiele, a wokal Gillespiego jest zmienny w zależności od tempa i tła – przechodzi z delikatnych rejestrów, by wejść wyżej i głośniej.

Słuchanie „Chaosmosis” przypominało mi wejście do króliczej nory po zażyciu psychotropów. Bogactwo dźwięków i aranżacji może porazić i wystraszyć, jednak jest to na pewno niezapomniane doświadczenie. Lepszy haj niż narkotyki i tańszy od nich.

8/10