Polowanie

Wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo, jakby ktoś postanowił ożywić „Igrzyska śmierci”. Grupa ludzi budzi się w jakimś lesie, z zakneblowanymi ustami. W środku lasu znajdują klucze oraz skrzynię pełną broni. Po się sięgnięciu zaczyna się strzelanina – nikt nie wie kto, kogo i dlaczego oraz czemu akurat ci ludzie. Czy to jest jakiś żart, akcja, a może to ma drugie dno?

Reżyser Craig Zobel razem ze współscenarzystą Damonem Lindelofem tym filmem mocno wkurzyli Amerykanów. Polityczna poprawność nie istnieje, a celem satyry są obie strony: „wsiowe” Południe oraz bardziej „oświecona” Północ. Elita kontra biedota, fani teorii spiskowych kontra wywyższająca się inteligencja. I muszę przyznać, że to satyryczne ostrze potrafi uderzyć. A że całość przypomina kino eksploatacji klasy B, pełne flaków, przemocy i zakrętów? To już jest inna sprawa. Początek jest tak ostry i szybki, że nawet nie byłem w stanie stwierdzić kto tak naprawdę jest głównym bohaterem. Bo potencjalni kandydaci zaczynają padać jak muchy i nie do końca wiadomo, kto jest z kim, jaki jest jego cel, a poglądy polityczne mogą pomóc lub zaszkodzić. A im dalej w las, tym makabryczniej, brutalniej (scena z uchodźcami czy akcja w sklepie) oraz bardziej szalone/chore rzeczy się dzieją.

Od razu uprzedzam, że nie wszystkim się spodoba. Bo jest brutalnie, niepoprawnie polityczne oraz z dużą dawką czarnego humoru. Same sceny akcji wyglądają imponująco, a finałowa konfrontacja nie jest gorsza od pierwszego lepszego filmu sensacyjnego. Humor z makabrą idą ręka w rękę, podkręcone bardzo porządnymi zdjęciami oraz intensywną, suspensową muzykę. A w tym całym szaleństwie błyszczy absolutnie cudowna Betty Gelpie jako próbująca przetrwać Crystal (jej mimika twarzy to czyste złoto).

Takiego miksu krwawej jatki, czarnego humoru i politycznej satyry nie widziałem od dawna. Mocne, bezkompromisowe kino, polane sosem B-klasowego śmiecia, wyglądającego bardzo porządnie. Łatwo tu można kogoś urazić, zwłaszcza jak się zna nastroje w USA.

7/10

Radosław Ostrowski

Nerve

Czym jest Nerve? To taki interaktywna gra w wyzwanie, za które otrzymuje się pieniądze. Można być graczem lub obserwatorem, który finansuje oraz tworzy kolejne wyzwanie. Do tej gry włącza się pewna nieśmiała dziewczyna o imieniu Vee – młoda licealistka, która próbuje zebrać kasę na studia. Ale pierwsze zadanie przecież jest takie proste i nieskomplikowane: pocałować nieznajomego.

nerve1

Sam film ma bardzo chwytliwy i trafny pomysł gry, będącej zbiorem zadań, które są coraz bardziej niebezpieczne, podkręcające adrenalinę: kradzież ubrań, jazda na motorze czy nawet przejście po drabinie między budynkami. A im dalej, tym bardziej ten świat staje się pułapką. Bo jak wejdziesz w tą grę, stajesz się jej niewolnikiem. Jak? Twórcy wiedza o tobie wszystko: to, co umieszczasz na Facebooku, numer konta bankowego (przecież muszą jakoś wysyłać kasę), twoje ulubione książki, muzykę. I kiedy będzie próbował robić inaczej niż zaplanowano, może dojść do najgorszego – kradzieży tożsamości czy pozbawienia kontroli nad swoim życiem. Taki młodzieżowy odpowiednik Wielkiego Brata. Twórcy coraz bardziej podkręcają stawkę, dając do zrozumienia jak dużym ryzykiem jest udział w tej grze, przekraczając kolejne granice, coraz bardziej się zatracając. Pytanie, co jeszcze zrobisz dla sławy, chwały (dla widzów, serduszek, kolejnych dolców)? I to jest bardzo frapująca refleksja.

nerve2

Z drugiej strony „Nerve” to thriller skierowany do nastolatków, przez co wygląda jak kolejna produkcja a’la MTV: bardzo rytmiczna muzyka, wszystko toczy się szybko, efektownie. Do tego wizualnie film przypomina produkcje Refna: te pulsujące neony, nasycenie kolorami, Nowy Jork nocą. Wchłaniasz to swoimi oczami i to wszystko pasuje do fabuły. Wygląda to jak gra komputerowa, tylko dzieje się w realu. Dodatkowo jest to wszystko otoczone tajemnicą oraz pozornie prostymi regułami. Ogląda się to świetnie, jest napięcie i strach, tylko że to zakończenie jakieś takie wzięte z „Igrzysk śmierci”. I cale to złamanie gry (więcej nie powiem) – jakieś takie za proste, ale może się czepiam.

nerve3

Aktorsko jest całkiem dobrze. Świetnie sobie radzi Emma Roberts jako Vee, która z wycofanej szarej myszki, zaczyna iść w stronę bardzo ostrej, nie bojącej się wyzwać zawodniczki. I ta przemiana jest pokazana bez cienia fałszu ani przyspieszenia. Troszkę słabszy jest Dave Franco, czyli tajemniczy nieznajomy, także uczestniczący w grze. Do pewno momentu (akcja w sklepie i na motorze) ma w sobie coś, co skupiłoby uwagę, jest chemia między nim a Roberts, tylko że potem zaczyna się to sypać. Nie do końca też wykorzystano Juliette Lewis (matka Vee), która pełni rolę tylko tła. Reszta postaci była zagrana przyzwoicie.

„Nerve” jest ładnie zrobionym thrillerem z nerwem, a kilka sztuczek (widok z „perspektywy” telefonu czy komputera, gdzie mamy odwrócone teksty i obrazy) tworzą bardzo interesującą wizję świata. Może nie tak skrajnie mroczną jak „Black Mirror”, ale potrafi zmusić do myślenia, a nie tylko dając dużo rozrywki. Gracie dalej?

7/10

Radosław Ostrowski

Zło we mnie

Luty zawsze kojarzy się z chłodem, strasznie dużą ilością śniegu oraz coraz krótszymi dniami. A skoro jest ciemniej i mroczniej, to łatwiej jest, by weszło do nas Zło. Jesteśmy w katolickiej szkole z internatem w Bramford. To tutaj przebywa Katherine i Rose, czekające na swoich rodziców przed zimowymi feriami. Jednocześnie w tym samym czasie Joan próbuje dotrzeć do Bramford. Co łączy te dwie, pozornie niepowiązane ze sobą wątki? Co ma z tym wspólnego Szatan? Co się tak naprawdę stało?

zo_we_mnie1

Kiedy wydaje się, że – nielubiany zbyt mocno przeze mnie – film z gatunku horror und groza stacza się na dno, bo już nic nowego się nie da wymyślić, nagle pojawia się młody gnojek pokazując, że jednak się da. Przynajmniej tak zrobił Oz Perkins, syn legendarnego aktora Anthony’ego Perkinsa (Norman Bates z „Psychozy”) w swoim debiucie. Tylko dlaczego musieliśmy czekać dwa lata (!!!) na premierę w naszym kraju. Ale to nieważne. Sama historia pozornie wydaje się prosta, ale reżyser majstruje przy historii, wprawiając wielokrotnie w konsternację, wynikające z dwóch rzeczy: bardzo oszczędnego dawkowania informacji oraz przede wszystkim nieoczywistemu montażowi. Na czym to polega?

zo_we_mnie2

Że reżyser w kluczowym momencie nagle tnie, wprowadza ciemny ekran i przeskakuje do następnego zdarzenia. I kolejny raz, i kolejny, by pod koniec wszystko połączyć w przewrotny finał. Do tego kompletnie miesza tropy, wprowadzając z jednej strony oczywiste motywy (plotka o oddawaniu czci Szatana, ukrywanie wieści o rodzicach, opętanie, wymioty podczas posiłku), z drugiej niepokój budzi sama zimowa sceneria oraz bardzo ciasne, ciemne korytarze. Niemal do końca nie wiedziałem, czy to urojenia, majaki, a może prawda. Jednocześnie Perkins stawia pytania o genezę zła, czy łatwo się z niego uwolnić albo uniknąć. Odpowiedzi nie są wcale takie proste, ani oczywiste, a wszystko polane wieloznaczną symboliką. A kiedy rozkręca się przemoc, to wtedy czułem się jakbym dostał mocny cios.

zo_we_mnie3

Wszystko to jest jeszcze bardzo dobrze zagrane, chociaż role dziewczyn (to one dźwigają całość) opierają się na niedopowiedzeniu i tajemnicy, ledwo sygnalizując swoje emocje. Trudno się przyczepić do ról Lucy Boynton (Rose), Kiernan Shipki (Katherine) i przede wszystkim Emmy Roberts (Joan), zapadając bardzo mocno w pamięć. Tak samo jest z Jamesem Remarem, czyli Billem. Pozornie będącym dobrym Samarytaninem, ale skrywającym pewną mroczną tajemnicę.

zo_we_mnie4

Polski tytuł idealnie oddaje pytanie na temat genezy zła, które w pewnej chwili przejmuje nad nami w pewnym momencie kontrolę. Potrafi być mroczny, skupiający na budowaniu nastroju, niepokoju niż na klasycznym straszeniu. Wielu może zniechęcić wolne i spokojne tempo, ale pozwala ona wybrzmieć bardziej porażającym fragmentom, czekając na coś niepokojącego. Dla osób szukających nieoczywistych filmów grozy.

7,5/10

Radosław Ostrowski