Tytułowi Niezniszczalni to grupa najemników. A jak powszechnie wiadomo najemnicy to goście,którzy zabijają za pieniądze. Grupą dowodzi niejaki Barney Ross, a jej członkami są: nożownik Lee Christmas, karateka Yin Yang, strzelec Gunnar Jensen oraz mięśniacy: Toll Road i Hail Caesar. Grupka dostaje kolejne zlecenie do wykonania: zabicie generała Garzy – dyktatora wysepki Vilena kontrolowanego przez byłego agenta CIA Jamesa Monroe.

30 (mniej więcej) lat temu niejaki Sylvester Stallone – jeden z największych filmowych mięśniaków i twardzieli Hollywood wpadł na pomysł zrobienia filmu z etatowymi twardzielami czasów popularnych wtedy kaset VHS. Ale wtedy nie doszło do realizacji z dwóch powodów: strasznie napiętego kalendarza oraz rywalizacji Sylwka z Arnoldem Żelaznym. Ale w końcu udało się doprowadzić sprawę do końca w 2010 roku, kiedy to nastąpiła symboliczna zmiana warty, a napakowanych mięśniaków zastąpiły herlawe człopaczki pokroju Matta Damona (seria Bourne’a). Stallone nie tylko wymyślił historię i napisał jaki taki scenariusz, ale tez podjął się reżyserii tego cudeńka. Plan był prosty: miało być oldskulowo, w starym brutalnym stylu (i zero komputera) i z wielkimi gwiazdami lat 80. Co z tego wyszło?

Po kolei: scenariusz jest tylko i wyłącznie pretekstem do pokazania kolejnych scen akcji (wielkie cztery rozróby, z czego największa to finałowa rozgrywka na wyspie w okolicy pałacu), gdzie poznajemy Niezniszczalnych, ich szczątkowe dylematy i sucharowe żarty (i tak śmieszne niż te z „Familiady”). Z kolei gdy dochodzi do walki bohaterowie używają wszelkich środków do zmniejszania populacji takich jak karabiny, pistolety, noże i pięści. Takiej brutalności nie powstydziliby się fani slasherów (ręce i głowy lecą), co w czasach zdominowanych przez kategorię PG-13 jest błogosławieństwem. I nie mam żadnych wątpliwości, ze wszystko zostało zrobione dzięki pomocy pirotechników i kaskaderów, choć komputer jest obecny w śladowych ilościach (ogień pod koniec). Psychologia jest mocno uproszczona, ale historia ma ręce i nogi. Nawet dylematy moralne są dość szybko rozwiązywane. Jedyna rzecz przeszkadzająca to zbyt chaotyczny montaż w scenach akcji przypominający trochę trylogię Bourne’a – kamera trochę gubi wątek i czasami nie widać kto komu co robi (najbardziej rzuca się to w scenie „rozpoznania”).

Druga sprawa to obsada. Stallone zebrał parę znanych twarzy – w tym samego siebie – choć z tego pokolenia na pewno jest Dolph Lundgern (lekko szajbnięty Gunnar) i grający bad Guya zapomniany Eric Roberts. Młodsi Jet Li (w latach 80. popularny w Chinach) i Jason Statham świetnie uzupełniają ekipę, popisują się swoimi umiejętnościami, podobnie zapaśnik WWE Randy Coulture oraz Terry Crews. Jednak jedynym facetem, który pokazuje swój talent aktorski to grający byłego członka grupy Toola Mickey Rourke, który przyjmuje zlecenia. A scena, w której opowiada o „stracie duszy” naprawdę porusza.

Do historii przeszła słynna scena w kościele, gdzie dochodzi do przyjęcia zlecenia. Tam Stallone, Bruce Willis (Church) i Arnold Schwarzenegger przerzucają się autoironicznymi tekstami, choć bardziej chcielibyśmy zobaczyć ich w akcji. Ale jedno trzeba przyznać „Niezniszczalnym”: to surowe, bezkompromisowe kino, choć nie pozbawione wad. Na szczęście zostały one poprawione w „dwójce”, ale o tym innym razem.
7,5/10
Radosław Ostrowski
