Sam film to zbiór rozmów z ośmioma kobietami, dokonanymi przez jednego człowieka, który zadaje im pytania. O życie, o straconych marzeniach, niespełnionych nadziejach i poczuciu pustki. Debiutująca Marzena Więcek ubiera to w konwencję niby-dokumentu. Bo kamera stoi (choć nie zawsze) w miejscu, gdzie widzimy nasze bohaterki: kobiety w średnim wieku, po wielu przejściach, nieudanych związkach.

Innymi słowy „Kolekcja sukienek” to takie spokojne kino, pozbawione efektownej realizacji czy wariackiej formy. Problem w tym, że całość jest bardzo nudna, pozbawiona jakiegokolwiek rozwinięcia. Rozmowy, przepraszam monologi, są tutaj prowadzone bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat. Wszystkie te historie zaczynają się zlewać w jedną opowieść, gdzie dochodzi do stężenia rozczarowaniami, lękami oraz poczuciem pewnej pustki. Do tego jeszcze zostają wplecione takie barwne mini scenki, które sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Jakieś dziecko w ładnym ubraniu, staruszek chodzący o kulach czy młoda para całująca się w lesie – po co to? Nie mam pojęcia, co wprawiało w jeszcze większą konsternację niż te opowieści. Pod koniec pojawia się jedyny mężczyzna (Zbigniew Zamachowski), który zostaje aresztowany.

Zwyczajnie jest mi żal tych aktorek, które bardzo się starają, by wejść w postacie. A są to charakterystyczne sylwetki Ewy Szykulskiej, Marzeny Trybały, Doroty Stalińskiej czy Iwony Katarzyny Pawlak. Nawet sama Więcek pojawia się na ekranie jako policjantka, próbując wycisnąć z tej postaci soki, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić.

„Kolekcja sukienek” to krótki, ale strasznie wleczący się film, pozbawiony myśli i fabuły. Wszystko wygląda jak niezaplanowana improwizacja, w niemal amatorskim stylu. Ciągle się zastanawiam po co ten film w ogóle powstał i do tej pory nie znajduje żadnej sensownej motywacji.

4/10
Radosław Ostrowski
