Osiem gór

Jest rok 1984 i do małego miasteczka nad górami przybywa z matką 12-letni Pietro – chłopak z Turynu. Tam poznaje jedynego dzieciaka w okolicy, Bruno. Powoli zaczynają się zaprzyjaźniać ze sobą i wspólnie spędzać czas w górach. To jednak tylko ma miejsce w wakacje, bo przez pozostały rok Pietro wraca do siebie. Podczas kolejnych wakacji rodzice Pietro oraz ciotka Bruno chcą, by ten drugi przeniósł się do miasta, na co Pietro reaguje wściekłością. Wskutek pewnych wydarzeń przyjaźń zostaje zerwana, a chłopcy spotykają się dopiero po ponad 20 latach. Potrzeba było do tego śmierci ojca Pietro oraz zapisanego w spadku kawałku ziemi w górach z wyniszczoną ruderą.

Belgijski reżyser Felix Van Groenighan dla wielu z nas najbardziej znany jest z filmów „W kręgu miłości” oraz „Mój piękny syn”. Tym razem wspierany przez swoją żonę Charlotte Vandermeersch wzięli na warsztat powieść Paolo Cognittiego (oczywiście, że jej nie czytałem). I jest to bardzo zaskakujący, spokojny film. Mówiąc spokojny mam na myśli, że nikt tu z niczym się nie spieszy, wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego świata, gdzie na pierwszym plan wchodzi wręcz monumentalna natura oraz zachwycające krajobrazy Alp i – w dalszej części historii – Himalajów. Z jednej strony jest to film o męskiej przyjaźni – co najważniejsze, bez żadnych podtekstów czy wątku romansowego – ze wzlotami i upadkami. Nawet jeśli pojawia się dłuższa przerwa, nie oznacza jej nieobecności czy wymazania z istnienia. Z drugiej mamy też silną miłość do natury, wręcz przywiązania do swojego miejsca. I pod względem film Belga przypominał film „Wszystko za życie” Seana Penna. Niby wydaje podążać w oczywiste tropy jak relacja ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel czy kontrast miasto-wieś, ale to nie jest pokazane tak szablonowo jak można się było spodziewać.

Całą historie (zza offu) opowiada już dorosły Pietro, który – jak wielu w tym wielu – przechodzi kryzys egzystencjalny. I jak wielu z nas szuka swojej życiowej drogi oraz miejsca na ziemi. Tak jak Pietro, nie mający żadnej stałej pracy, w zasadzie niejako wegetujący bez dużego celu. Niby coś tam pisze, pracuje w kuchni, ale dopiero ponownie spotkanie z Bruno oraz budowanie domku w górach staje się katalizatorem zmian. Absolutnie niespodziewanych, pozwalających także poznać bliżej tych, których odrzucił (ojciec i jego pasja do gór) oraz znaleźć niejako siebie. Ale to wszystko jest takie bez przedramatyzowania, takie zwyczajne, mimo przeskoków czasowych. Do tego mamy jeszcze zachwycające wizualnie krajobrazy, wręcz monumentalne niczym czas trwania tego filmu (niecałe dwie i pół godziny) oraz – rzadko się pojawiającą – piękną muzykę Daniela Norgrena, która z wami na dłużej.

„Osiem gór” jest bardzo specyficznym, wyciszonym, wręcz medytacyjnym filmem o życiu i całej reszcie. Nie brzmi zachęcająco, ale dajcie filmowi szansę na zanurzenie się w pozornie zwykłym, a jednak bardzo niezwykłym świecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mój piękny syn

Narkotyki – wszyscy wiemy, że to jest zło, że działają destrukcyjnie nie tylko na organizm osoby uzależniającej, ale też dokonują sporego spustoszenia w rodzinie takiej osoby. Filmów i książek na ten temat powstało mnóstwo i powstawanie kolejnych może wydawać się dość prostą kliszą wyeksponowany przez kulturę. Dlatego troszkę byłem sceptyczny wobec filmu „Mój piękny sen”, chociaż nadzieję dawała obsada oraz reżyser Felix Van Groeningen („W kręgu miłości”).

Cała ta historia opiera się na relacji ojca Davida Sheffa (dziennikarza „Rolling Stone”) oraz jego nastoletniego syna Nica, który jest uzależniony od metamfetaminy. Początkowo ojciec nie zauważa, że coś jest z synem nie tak, wydaje się utrzymywać z nim dobry kontakt. Ale prawda okazuje się bardziej skomplikowana, a nałóg staje się wielkim ciężarem i przeciwnikiem. Tylko, czy miłość rodzicielska jest w stanie powstrzymać i pokonać uzależnienie?

moj_piekny_syn1

Muszę przyznać, że sam początek tego filmu jest dość problematyczny. I nie chodzi tu o tematykę, lecz o bardzo chaotyczny montaż. Przeskoki w czasie są tutaj dość spore, przez co nie do końca byłem w stanie się zorientować, czy widzę teraźniejszość, czy retrospekcję. Ten rozgardiasz trwa przez niemal cały film, ale najbardziej problematyczne i trudne do przełknięcia jest niemal pierwsza połowa. Przeskoki są bardzo gwałtowne i mimo kilku mocnych scen (rozmowa w restauracji czy wizyta u dra Browna), ciężko było mi się zaangażować w tą historię. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że scen upadku czy przebywania w jakichś brudnych toaletach (poza jedną z ostatnich scen), spelunach czy komunach. Scen zażywania narkotyków jest tylko trzy, a reżysera bardziej interesuje stan psychologiczny oraz mowa ciała niż nachalne sceny pokazujące ćpanie. Pozornie film wygląda bardzo łagodnie, wręcz niczym ciepły film obyczajowy, ale nie znaczy to jednak, że nie ma tutaj scen pełnych mroku, przerażenia czy lęku (reanimacja dziewczyny, która przedawkowała).

moj_piekny_syn2

Dla mnie jednak największą wartością jest tutaj bardzo przekonująca relacja ojca z synem. Z jednej strony jest to miłość bezwarunkowa, oparta na zaufaniu, szczerości i wsparciu. Problem jednak w tym, że nawet ona nie była w stanie zauważyć pierwszym symptomów i staje się pewnego rodzaju emocjonalną pułapką, jaką może wykorzystywać uzależniony wobec rodziny. Ojciec bardzo walczy (przez bardzo długi czas) o zdrowie swojego dziecka, a jednocześnie próbuje go zrozumieć i odkryć, gdzie popełnił błąd w wychowaniu (choć nie jest to powiedziane wprost). Jednak najmocniejsze momenty zaczynają się od drugiej połowy, gdzie Nic powoli zaczyna wychodzić na prostą. Muzyka dobrana jest świetnie, montaż już tak nie dezorientuje, a emocje coraz bardziej zaczynają kipieć aż do finału.

moj_piekny_syn3

Tak naprawdę największą siłę rażenia wywołuje znakomity duet prowadzący. Steve Carell kolejny raz potwierdza klasę w dość wyciszonej roli ojca. Z jednej strony wydaje się być bardzo ciepły, pełen empatii, a jednocześnie zagubiony, walczący niczym zwierzę o swoje dziecko, które okazuje się być kimś niby znajomym, lecz kompletnie obcym. Te sprzeczności są wygrywane zarówno mową ciała, ale też w oczach widać tą wewnętrzną walkę (najbardziej w scenie rozmowy przez telefon, gdzie odmawia synowi przyjścia do domu). Jeszcze lepszy jest Timothee Chalamet w roli syna. Mimo iż nie widać zbyt wielu scen brania dragów, to za pomocą ciała i sposobem mówienia pokazuje stan nałogowca. Wspólne sceny obydwu panów są bardzo intensywne, pełne miejscami mocnych słów, ale też bardzo silnej chemii między postaciami.

Pozornie „Mój piękny syn” wydaje się niezbyt odkrywczym podejściem do kwestii uzależnienia, lecz jest to angażujące, szczere oraz dające mocnego kopa (od połowy) kino. Aktorstwo wznosi całość na wyższy poziom, mimo pewnej dość chaotycznej formy, która dla wielu może się być dość trudna. Niemniej warto dać szansę i spróbować zmierzyć się z troszkę innym spojrzeniem na ten temat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W kręgu miłości

Europejczycy do historii o miłości podchodzą z większym dystansem niż holiłudcy kolesie z dużymi cygarami. Belgijski reżyser Felix van Groeningen bardziej zbliża się do filmowców niezależnych, unikając sentymentalizmu i kiczowatości. Opowiada o dwojgu ludziach, którzy żyją ze sobą siedem lat, mają córkę – są po prostu szczęśliwi. Ale jak wiemy szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Testem dla ich miłości staje się ciężka choroba córki (nowotwór) i jej śmierć. Od tej pory oboje niby żyją razem, ale coraz większa tworzy się bariera między nimi. Czyżby ten ciężar był dla nich za ciężki?

wkregu1

Reżyser przełamuje chronologię mocno szatkując całą historię. Muszę przyznać, że to wprowadzało mnie w konsternację i nie zawsze mogłem się połapać co po czym następuje. Radość i szczęście mocno jest kontrastowane ze smutkiem, przygnębieniem i stanem rozpadu. Miłość tutaj jest niemal bezgraniczna, bardzo autentyczna, choć oboje są już mocno po przejściach (ona swoich byłych chłopaków ma „wpisanych” o nim nie wiemy zbyt wiele). Drugim bardzo istotnym wątkiem jest muzyka, która połączyła tą parę, czyli bluegrass (odmiana country), odgrywając w ten sposób istotną rolę – komentarza wydarzeń (i brzmi naprawdę dobrze). Jednak tragedia mocno ich naznacza i oboje nie potrafią się dogadać. On (świetny Johan Heldenbergen) jest racjonalistą i przyjmuje to dość spokojnie (choć monolog wypowiedziany na scenie może temu zaprzeczyć), a ona (piękna Varle Beatens) – zatracająca się w tej miłości romantyczka, nie godzi się z tą stratą i szuka wiary (nawet w reinkarnację), czegoś metafizycznego, ale nie ma wsparcia. Dlatego nie ma tutaj miejsca na happy end i musi się to skończyć w tragiczny sposób.

wkregu2

Czy to znaczy, że mamy do czynienia z emocjonalnym szantażem? Ja tego nie wychwyciłem, bo emocje aż kipią od postaci (sceny kłótni), wydarzeń, surowość realizacji jest kolejnym atutem. Zaś ostatnia scena naprawdę wielu mocno uderzy. Tak jak mnie.

7/10

Radosław Ostrowski