Odległy ląd

Stacja kosmiczna gdzieś na jednym z księżyców Jowisza. Tutaj robotnicy są zatrudniani przez wielką firmę do wydobywania surowców, choć warunki są bardzo nieprzyjemne. Tak bardzo, że kilku pracowników zaczyna dostawać ataku szału oraz zabijając się. Sytuację, mimo szybkiego pozbywania się ciał (albo tego co, z nim zostało), próbuje wyjaśnić nowy szeryf, William O’Neil. Powoli odkrywa, że za wielkim sukcesem firmy stoją… przemycane narkotyki, zlecane przez kierownika kolonii, Marka Shepparda. Na nieszczęście szeryfa, do konfrontacji staje samotnie, zaś szef wynajmuje zabójców.

Peter Hyams na początku lat 80. był już znanym filmowcem, opromienionym sukcesem „Koziorożca 1”. Więc nie było zaskoczeniem, że znowu sięgnął po kino SF. Jeśli do czegoś miałbym porównać „Odległy ląd” to byłaby hybryda „Obcego” z… westernem. Ze szczególnym wskazaniem na „W samo południe”, zwłaszcza od momentu oczekiwania na zabójców. Dlaczego z filmem Ridleya Scotta? Bo ma tak samo brudny, chropowaty świat zdominowany przez korporacje. Te są nastawione na zysk za wszelką cenę, decydując się na wyzysk w zamian dając duże wypłaty oraz bonusy. Wszyscy odwracają wzrok, a system działa bardzo sprawnie, więc po co to psuć? Historia jest prosta i brzmi znajomo, ani nie jest widowiskowa. Ale Hyams prowadzi to tak pewnie, że nie ma tutaj miejsca na nudę.

Jest troszkę bieganiny, jest suspens oraz finałowa strzelanina, potrafiąca ograć przestrzeń. Co ciekawe, jest parę drobnych zaskoczeń, jednak nie zdradzę wam. Realizacyjnie wygląda to bardzo w stylu „Obcego”, czyli bardzo przyziemnie i chropowato. Pomaga w tym na pewno świetna scenografia, balansująca między sterylnością a zużyciem. Jedynym poważniejszym problemem dla mnie są dwie rzeczy. po pierwsze, sceny gdy postacie ulegają dekompresji. Innymi słowy z powodu przeciążenia grawitacji ich głowy wybuchają. Być może w czasie realizacji była to jedna z teorii naukowych, jednak w filmie wygląda to śmiesznie. Drugim problemem jest odtwórca roli syna głównego bohatera. chłopak wypada bardzo sztucznie oraz nie jest podobny do swoich rodziców. Zwłaszcza że szeryfa gra absolutnie świetny Sean Connery, zachowujący (pozorny) spokój w stresowej sytuacji.

Jak już wspomniałem Connery’ego, drugą wyrazistą postacią jest jeszcze dr Lazarus. Frances Sternhagen daje tej postaci szorstkość, zadziorność oraz charakterek, czyniąc z nią jedyną sojuszniczką naszego bohatera. Chociaż sama do tego by się nie przyznała. Antagoniści są tutaj solidni oraz typowi dla tego okresu, czyli korpo-szef (solidny Peter Boyle) oraz drobne role zabójców.

„Odległy ląd” mógłby być spokojnie spin-offem serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Szorstki, chropowaty klimat, korporacja w tle oraz charyzma Connery’ego czyni ten film małą perełkę. Zbitka westernu z SF działa tutaj mocno, pokazując jak wiele osiągał Peter Hyams w wysokiej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami bywa tak, że dwoje dorosłych ludzi rozstaje się ze sobą. Dlaczego? Przyczyny są różne, ale najczęściej pojawił się ktoś trzeci do tańca dla par. i tak było w przypadku państwa Potterów (nie, nie są spokrewnieni z niejaki Harrym), bo ona poszła w tango, ale powodem była też ambicje kariery wobec pani Potter. Więc on, kompozytor Phil odchodzi, bo tak wypada. Wyrusza do Bostonu, do brata psychiatry, by się na nowo pozbierać. Brat (a dokładniej bratowa) próbują go wyswatać z pewną znajomą, Marilyn Holmberg. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie należała do udanych. Ale jak wiadomo, wystarczy sobie dać troszkę czasu.

zacznijmy_od_nowa_1979_1

Po zrobieniu wielu filmów z gatunku sensacji oraz thrillerów krytycznie odnoszących się do władzy, Alan J. Pakula wraca do tematyki relacji na linii kobieta-mężczyzna. Wspiera go przy tym scenarzysta James L. Brooks (cztery lata przed realizacją „Czułych słówek”) i tutaj mocno czuć jego wpływ. Słodko-gorzkie kino obyczajowe ze znacznie większą dawką humoru niż w poprzednich filmach Pakuli, co daje spore pole do popisu. Ale poza żartami i odrobiną ironii, bardzo uważnie przyglądamy się relacji dwojga ludzi po przejściach. Czy dadzą sobie szanse na nowy początek i nowy etap? Tutaj wiele dają pewne drobne scenki jak nowa praca w szkole (pierwsza lekcja kończy się po… 5 minutach) czy warsztaty dla rozwiedzionych mężczyzn, gdzie panowie opowiadają o swoich doświadczeniach. Wtedy pojawiają się pewne refleksje i pytania, dlaczego miłość gaśnie po prawie 45 latach czy dlaczego ciągle zakochujemy się w tej samej osobie. Ale nadal w orbicie jest Phil i Marilyn, którzy próbują ustawić, gdzie są w tej drodze, bo miłość ma to do siebie, że przychodzi wtedy, gdy nie rozglądamy się za nią, nie czekamy. Czasami chcemy tylko z kimś spędzić miło czas, aż nagle staje się ta persona dla nas kimś bardzo ważnym.

zacznijmy_od_nowa_1979_2

Refleksje przyszły mi do głowy po seansie, gdyż w trakcie wiele razy (nawet więcej niż wiele) padałem ze śmiechu. Żarnów, gdy dochodzi do drobnych złośliwości („topienie” na festynie za pomocą trafienia piłką w cel czy pierwsze spotkanie, gdy ona widzi w nim gwałciciela – w końcu łaził troszkę obok niej), jak i bardziej poważniejszych momentach (nagły atak paniki Phila w centrum czy nagłe pojawienie się byłej w mieszkaniu, gdzie jest obecna partnerka), gdzie dochodzi do odrobiny niezręczności. Wszystko to jest wygrywane bezbłędnie i bez pójścia po proste gagi. Może zakończenie może wydawać się lekko przesłodzone (oświadczyny na… boisku koszykarskim), ale nawet to zostaje przełamane żartem.

zacznijmy_od_nowa_1979_3

I jak to jest jeszcze zagrane. Bardzo pozytywnie zaskakuje wyborny Burt Reynolds, który zwyczajnie nie gwiazdorzy i daje prawdziwy popis swojego (nie do końca wykorzystanego) kunsztu. Jego Phil to facet, z którym łatwo się identyfikować. Dowcipny, inteligentny, złośliwy, ale też i zdeterminowany w realizacji swojego celu. Jednocześnie jest przed nim widmo byłej żony (dobra Candice Bergen) i przez to nie zawsze mógł się przestawić ze swoim statusem singla oraz związkiem z nową kobietą (rozmowa telefoniczna z była podczas Święta Dziękczynienia), ale ciągle nad tym pracuje i próbuje to przełamać. A partneruje mu Jill Clayburgh (Marilyn) wcielając się w najbardziej neurotyczną postać kobiecą, podobną do Diane Keaton, ale nie zagranej przez Diane Keaton. Wiem, to skomplikowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że widzę klon Diane z filmów Allena. Pod tymi neurozami jawi się zwyczajny strach przed ponownym zranieniem, dlatego nie wywołuje ona takiej irytacji, jak by się mogło wydawać. Na nich opiera się cała ta maszyneria i po pewnym czasie chemia między nimi staje się intensywniejsza.

Uderza lekkość z jaką zrobiony został ten film, gdzie bohaterowie są traktowani z sympatią, bez jednoznacznego podziału i klisz typowych dla komedii romantycznych. Pisarski talent Brooksa w połączeniu ze świetnym warsztatem Pakuli stworzył bardzo sympatyczny, ale i refleksyjny film. Dziwne, że w dniu premiery był kasową porażką. Nie łapię tego.

8/10

Radosław Ostrowski