Asia – Aqua

Aqua

Po wydaniu dwóch płyt w zespole Asia doszło do rozpadu. W 1990 roku doszło do reaktywacji grupy, ale ze zmienionym składem. Wrócił Steve Howe, Carl Palmer i Geoff Downes. Ciężko chorował John Wetton, którego zastąpił nowy basista i wokalista John Payne i doszedł drugi gitarzysta Al Pitrelli. W takim składzie w 1992 roku powstał kolejny album „Aqua”.

Tym razem za produkcję odpowiada Geoff Downes razem z Johnnym Warmanem – bardzo uznanym autorem tekstów i piosenkarzem. Tym razem efekt był dość zaskakujący. Album zaczyna i kończy instrumentalna „Aqua” podzielona na dwie części – delikatna gra gitar akustycznych i klawiszy. A potem pojawia się „Who Will Stop the Rain?” – znacznie delikatniejsze klawisze, piękne solo gitary akustycznej w połowie (słychać robotę Howe’a), surowa gitara elektryczna i na koniec pewien „etniczny” wokal. A dalej jest jeszcze ciekawiej i równie przebojowo, bo stylistycznie niespecjalnie się zmieniło (poza mocniejszą i zadziorniejszą gitarą). Jednak grupa zaczyna się otwierać się na inne gatunki – mamy mocno bluesowe „Back in Town”, „Love Under Fire” z plumkajacymi klawiszami udającymi harfę, nastrojowe „Crime of the Heart” ze smyczkami na poczatku czy mocno rockowe „Someday” ze spokojniejszym środkiem, co przypomina bardziej progresywne brzmienia. Ale im dalej, tym trochę mniej ciekawiej i pojawia się prosta naparzanka gitarowa („Little Rich Boy”), zaś ballady pokroju „The Voice of Reason” oparte w całości na gitarach wywołała we mnie znużenie (poza końcówką).

A jak wypada sam wokal Johna Payne’a? Jest taki bardziej amerykański i bardziej rockowy, co w mocniejszych numerach się sprawdza, ale bardziej „wbił” mi się w głowę Wetton. Także dość proste teksty sprawdzają się bez poważnych zastrzeżeń.

Ku mojemu zaskoczeniu „Aqua” okazała się porządna płytą z dobrymi melodiami, bardziej agresywnym brzmieniem oraz całkiem interesującym wokalistą. Nie brakuje tutaj odrobiny przełamywania barier i zabawy z innymi gatunkami, ale Asia nie zmieniła znacząco swojego stylu. I chyba dobrze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Astra

Astra

Już po wydaniu drugiej płyty w Asii dochodzi do rozłamu. Ignorowany i nie mający dużego wpływu na kompozycje Steve Howe decyduje się opuścić grupę. Wtedy pozostali członkowie znaleźli nowego członka, którym został Mandy Meyer znany obecnie z grupy Unisonic. Co wyszło z tego połączenia?

Za produkcję „Astry” odpowiada sprawdzony już w boju Mike Stone, ale dołączył do niego Geoff Downes. I zaczyna się dość typowo, czyli płynna elektronika grająca bardzo delikatnie, jednak słychać już zmiany odkąd pojawia się gitara elektryczna – bardziej marszowa, wręcz agresywniejsza. Ale po raz kolejny słychać, że każdy z muzyków daje z siebie naprawdę wiele, co pokazuje już otwierające całość „Go”, którym można było zaszaleć na stadionie. Delikatnie grające klawisze Downesa (czasem imitujące klawesyn jak w „Voice of America”) skontrastowane z mocnymi uderzeniami perkusji Palmera oraz chwytliwym basem Wettona plus bardzo chwytliwe, wspólnie śpiewane refreny. Czy może być słabo? Tutaj jest tylko jeden problem – jest po prostu zbyt patetycznie jak w „Voices of America”. Ale zdarzają się szybsze utwory jak „Hard On Me” z mocniejszą gitarą oraz szybszymi klawiszami, wyciszające „Wishing” z „plumkającymi” klawiszami i „Love Now Til Eternity” czy mroczniejszy „Countdown to Zero” z „kosmicznym” wstępem, mocniejszymi dźwiękami muzyków oraz przerobionym cyfrowo głosem w połowie utworu.

Asia kolejny raz sięga po sprawdzone patenty, jednak nie wywołuje znużenia (odświeżeniem jest tutaj gra Meyera). Podniosłe chórki, mocne uderzenia perkusji („Too Late”), soczysta gra gitary elektrycznej, podniosły charakter wynikający m.in. z silnego wokalu Johna Wettona, drobne efekty dźwiękowe (odgłos silnika w „Countdown To Zero” czy szum wiatru z grzmotami w „Suspicion”) czy wyraźne inspiracje innymi („strzelająca” perkusja w „Rock and Roll Dream” wzięte żywcem z new wave’u) powodują, że „Astra” zaskakująco dobrze radzi sobie w porównaniu z poprzedniczkami. Ale potem w Asii doszło do kompletnej rewolucji personalnej, ale to już temat na inna opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski

Asia – Alpha

Alpha

Debiutancki album supergrupy Asia odniósł nieprawdopodobny sukces komercyjny. Kwartet postanowił pójść za ciosem i po roku wydał drugi album „Alpha”, a skład (także produkcyjny) nie uległ poważniejszym zmianom. Czyżbyśmy dostali to samo, co przedtem?

Jeśli chodzi o przebojowość, to absolutnie tak. Nadal jest to chwytliwy i melodyjny pop rock, okraszony progresywnymi wstawkami. I każdy robi swoje: widać większy wspływ tutaj klawiszy Downesa oraz sekcji rytmicznej, a gitara Howe’a jest gdzieś tam w tle (najbardziej się wybija w „Never in a Million Years”). Elektronika nadaje tutaj elegancji czy baśniowości (balladowe „The Smile Has Left Your Eyes”) oraz wspólnie śpiewane chórki. Perkusja nadal wyczynia nieprawdopodobne uderzenia, pojawi się też gitara akustyczna („My Own Time”) i to wszystko tworzy bardzo pogodny, wręcz ciepły klimat. Nie brakuje też rozmachu (“The Heat Goes On” z potężną perkusją, złożoną elektroniką oraz ostrzejszą gitarą z delikatniejszym środkiem), chwytliwości, przebojowości (praktycznie każdy numer) oraz delikatnych dźwięków fortepianu („The Last to Know”). To wszystko powoduje, że „Alphy” słucha się więcej niż bardzo dobrze. Mi trochę brakowało gitary Howe’a (nic dziwnego, że po tym albumie opuścił grupę), ale wokal Johna Wettona (trzyma formę i jakoś nie chce jej opuścić) oraz naprawdę dobre teksty powodują, że jest to naprawdę bardzo dobra płyta. Do przesłuchania bardzo gorąco namawiam.

8/10

Radosław Ostrowski

Asia – Asia

Asia

Kiedy w 1982 roku powstała grupa Asia, spodziewano się kolejnego świetnego zespołu grającego rocka progresywnego. Te wymagania nie wzięły się znikąd. Wystarczy spojrzeć na członków tej grupy. Steve Howe – gitarzysta, wcześniej członek zespołu Yes. Geoff Downes – klawiszowiec grający wcześniej w popowej grupie The Buggles, pracował z Yes przy albumie „Drama”. Carl Palmer – perkusista, znany z grupy Emerson, Lake & Palmer. No i wokalista i basista John Wetton – członek m.in. King Crimson. Musiało powstać coś wielkiego, ale chyba fanom w/w grup chyba nie o to chodziło.

Za produkcję „Asii” odpowiadał Mike Stone, który wcześniej współpracował m.in. z Queen czy Journey. A skąd wziął się szok? Ponieważ zespół złożony z tak wybitnym indywidualności zaczął grać prostą, wręcz pop-rockową muzykę, która nie mogła dorównywać dorobkowi Yes czy ELP. Ale wiecie na czym polega dowcip? Po pierwsze, piosenki są bardzo melodyjne i chwytliwe. Po drugie, nie brzmi to tandetnie i plastikowo, a każdy z muzyków daje z siebie wszystko. Howe bardzo pięknie gra na gitarze, gdy trzeba zrobić mocną solówkę, robi ją. Delikatne i przyjemne klawisze Downesa pachną popem (balladowe „Without You”), ale jest to bardzo piękne. Sekcja rytmiczna ma tutaj swoje momenty i potrafi zaskoczyć (początek i koniec „Time Again”, gdzie perkusja dowala do rytmu gitary i klawiszy czy „Wildest Dreams”), a aranżacje są tu naprawdę dopieszczone, choć skrojone pod radiowe wymagania. Każdy utwór na tej płycie ma potencjał hitowy, którego zazdrościły inne zespoły (z nieśmiertelnym utworem „Heat of the Moment”).

Świetne chórki, mocny wokal Wettona oraz całkiem niegłupie teksty wnoszą Asie na wyższy poziom, choć nic tego nie zapowiadało. Mógłbym wymienić każdy utwór po kolei i rozłożyć na czynniki pierwsze, ale mamy do czynienia tutaj ze świetnymi muzykami, którzy postanowili nagrać prosta i przyjemną muzykę. A to pozornie jest tylko łatwą kwestią niż zrobienie progresywnego kolosa. Im się udawało przez dłuższy czas, a debiut jest absolutnie udany i mimo lat nie chce się zestarzeć.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Świetna okładka po prostu.

Yes – Fly from Here

Fly_from_Here

Wydawało się, że zespół Yes pozostanie grupą koncertową. Aż tu nagle w 2011 roku pojawiła się informacja, że zespół Yes wraca z nową płytą. Tylko, że po drodze zrobiło się bardzo nieprzyjemne zamieszanie. Najpierw wrócił Rick Wakeman, potem odszedł (zastąpił go jego syn, Oliver – później on też odchodzi), ale w 2008 roku wokalista Jon Anderson dostał ataku astmy, co zmusiło zespół do koncertowej przerwy. Pozostali członkowie na zastępstwo wybrali nowego wokalistę Benoita Davida, po czym… podziękowali Andersonowi za współpracę i wyrzucili go z zespołu. Panowie, tak się nie robi. W dodatku znów zaprosili do współpracy Trevora Horna (został producentem) oraz klawiszowca Geoffa Downesa (Asia), który został nowym członkiem grupy. Obaj panowie współpracowali już przy płycie „Drama” i w tym składzie, ruszyli do studia. Tak powstało „Fly from Here”. Jaki jest tego efekt?

To Yes środka, czyli melodyjnie i chwytliwe, nie bez potencjału przebojowego. Sam początek to tytułowa suita (owertura i pięć części), którą Horn i Downes napisali już w 1980 roku. Więc po kolei. Uwetura to przede wszystkim popisy Downesa, pełne różnych efektów dźwiękowych oraz wspierającej pod koniec gitary Howe’a. Krótkie, ale przyjemne. Pierwsza część – „We Can Fly” – miała największy potencjał „hitowy”. Rytmiczne zgranie Howe’a, Squire’a i White’a oraz proste dźwięki klawiszy stworzyły mieszankę wybuchową. Bardziej wyciszony „Sad Night at the Airfield” wyróżnia się pięknym gitarowym wstępem Howe’a, jednak w refrenach dołącza sekcja rytmiczna oraz fortepian, bardzo melancholijny. „Madman at the Scenes” to bardziej rozbudowana melodia z owertury, zachowująca brzmienie i konstrukcję ze świetnym zgraniem sekcji rytmicznej oraz szybkimi solówkami Howe’a połączonymi ze wspólnie śpiewanym refrenem. „Bumpy Ride” to skoczna gra klawiszy z gitarą, gdzie pod koniec pojawia się wokal, zaś na sam koniec dostajemy podniosła powtórkę refrenu „We Can Fly”. W częściach II-V w tle przewijają się odgłosy pilota.

Następne utwory już nie robią aż takiego wrażenia. Wadą nie jest ich prostota czy chwytliwość, ale brak ciekawych pomysłów i pewna monotonia. „The Man You Always Wanted To Be” z wokalem Squire’a w zwrotkach (całkiem niezłym) z całkiem fajną gitarową melodią na początku staje się bardziej popowa (bronią się jeszcze bębenki). „Life on a Film Set” to podzielona na dwie części kompozycja. Pierwsza – spokojna i wyciszona (prosta gitara Howe’a), ale w połowie dołączają sekcja rytmiczna oraz klawisze, nadając dynamiki. Z kolei spokojniejszy „Hour of Need” (tutaj poza Davidem wokalnie udzlia się Squire i Howe) oraz instrumentalny „Solitaire” mnie wynudziły. Ale nadzieja wróciła wraz z dynamicznym finałem, czyli „Into the Storm”, gdzie Squire i Howe znów pokazują na co ich stać (zwłaszcza Howe pod koniec).

Nie wspomniałem o jednej postaci, czyli Benoit Davidzie. Powiedzmy sobie to wprost – Jona Andersona nie da się przebić, ale David nie próbuje go w żaden sposób imitować, tylko śpiewa po swojemu. I radzi sobie naprawdę przyzwoicie. Także teksty są solidne i nie przeszkadzają.

Jedno nie ulega wątpliwości – „Fly from Here” będzie dzieło fanów grupy Yes. Starych zasmuci odejście Andersona, nowych może zachęcić melodyjność i chwytliwość. I jest to zaledwie dobry album.

7/10

Radosław Ostrowski

Yes – Drama

Drama

Po płycie „Tormato” doszło do poważnego rozłamu w zespole Yes. Grupę opuścił nie tylko Rick Wakeman, ale też Jon Anderson, co było sporym ciosem. Spięcia doprowadziły do roszad i poważnych zmian. Do grupy dołączył producent Trevor Horn (wokalista) i klawiszowiec Geoff Downes (obaj z zespołu The Buggles), który popracowali i pozmieniali brzmienie grupy, czego efektem jest płyta „Drama”. Jaki był efekt?

No właśnie. Zespół przeżywał wtedy kryzys twórczy i pojawienie się dwóch nowych członków wyszło na dobre, choć nie wszystko tutaj zagrało. Zespół w stronę bardziej cięższego brzmienia, gdzie więcej do powiedzenia ma sekcja rytmiczna (najbardziej to widać w „Run Thought the Light”), klawisze brzmią niby delikatniej i łagodniej, a gitara Howe’a pokazuje naprawdę pazur (świetny riff z „Machine Messaiah” czy „Tempus Fugit”). Najlepszymi utworami są wspomniany „Mashine Messaiah” (ponad 10-minutowy kolos) oraz równie rozbudowany „Into the Lens” z perkusją grająca tango (fragment został „zapożyczony” przez Listę Przebojów Trójki jako zapowiedź nowości). Z pozostałych pięciu utworów warto wyróżnić „Tempus Fugit” z nietypowym metrum, bo cała reszta jest co najwyżej średnia (ze wskazaniem na „Does It Really Happen?”).

Z kolei Trevor Horn na wokalu radzi sobie naprawdę przyzwoicie. Ale to jednak nie jest Jon Anderson. Ale wydanie deluxe z 2003 roku zawiera parę dodatkowych nagrań, które podnoszą ocenę temu albumowi (głównie wersje demo plus kilka niezłych utworów instrumentalnych). Najcenniejsze są jednak nagrania z sesji w Paryżu z Andersonem i Wakemanem na pokładzie.

Mówiąc krótko Drama(tu) nie ma i album ten wypada całkiem nieźle w porównaniu z poprzednikami. Mimo sporego sukcesu komercyjnego ostatecznie doszło do rozpadu Yes. To temat jednak na następną opowieść.

6,5/10 (wydanie rozszerzone 7,5/10)

Radosław Ostrowski