Baw się dobrze i przeżyj

Gore Verbinski – ten amerykański reżyser o polsko brzmiącym nazwisku miał dość wyboistą karierę. Zaczynał od teledysków i reklam, zaś pierwszym pełnometrażowym filmem była komediowa farsa „Polowanie na mysz”. Potem była próba naśladowania Tarantino w „Mexican”, kasowy hit w postaci remake’u japońskiego „The Ring” i wreszcie szczyt w postaci przygodowych „Piratów z Karaibów”. Jednak po animowanym westernie „Rango” nastąpiła katastrofalna wtopa w postaci „Jeźdźca znikąd” oraz pokręcony horror „Lekarstwo na życie”, który poniósł klęskę finansową i artystyczną. I kiedy wydawało się, że Verbinski zniknął, a planowane produkcje (w tym egranizacja „Bioshocka”) poszły w pizdu, po 10 latach wraca. Dostał 20 baniek, by zrobić czarną komedię SF i się pobawić. Czy jest to udany powrót?

Baw się dobrze i przeżyj” zaczyna się w zwykłej knajpie nocą, gdzie goście sobie siedzą, jedzą, piją i pier…, eeee, to ostatnie nie. Głównie to coś robią ze swoimi telefonami (ok, to źle zabrzmiało). Przeglądają, piszą wiadomości, grają w gry. Ale o 22.10 do knajpy wchodzi kompletny pomyleniec z jakimiś przypiętymi kablami i układami scalonymi na sobie, czymś jakby detonatorem oraz folią. Zupełnie jakby za dużo razy oglądał „12 małp”. Do tego ostrzega, że zaraz nastąpi koniec świata przez stworzenie Sztucznej Inteligencji i potrzebuje grupki ochotników do pomocy. I że to jest jego 117-te (!!!) podejście. W końcu udaje się skleić drużynę, którą tworzą: para nauczycieli (Zazie Beats i Michael Pena), kierowca ubera Scott (Asim Chaundry), matka, która straciła syna w szkolnej strzelaninie (Juno Temple) oraz uczuloną na telefony i Internet „księżniczkę” (Haley Lu Richardson).

Verbinski razem ze scenarzystą Matthew Robinsonem (reżyser zaskakującej post-apo „Miłość i potwory”) sięgają po motyw Sztucznej Inteligencji jako siły zniewalającej i doprowadzającej do upadku ludzkości. Nie jest to coś oryginalnego, a, która jest bardzo mocno na topie. Mocno czuć tutaj wpływy „Czarnego lustra”, wspomnianych „12 małp”, „Terminatora”, a nawet – głównie w finale – „Wszystko wszędzie naraz”. A pewnie jest tego jeszcze więcej, ale poszukiwania zostawiam bardziej zaprawionym kinomanom. Sama historia jest mocno przerysowana i przejaskrawiona, gdzie sam przekaz przedstawiony jest wprost w otwierającym monologu Człowieka z Przyszłości. Po drodze jeszcze dostajemy wplecione cztery mini-opowieści, dzięki którym poznajemy niektórych członków drużyny. Para nauczycieli mierzącą się z uczniami tak zapatrzonymi w smartfony, że zmieniają się w żywe trupy; mającą alergię na technologię Ingrid, która poznaje chłopaka także trzymającego się z daleka od gadżetów (do czasu) czy będącej w żałobie matki, która dostaje możliwość… sklonowania swojego martwego syna. W wersji premium albo z reklamami. 😉

Z jednej strony pozwalają wejść w ten świat, gdzie ludzkość zaczyna (jak my obecnie) za bardzo polegać na technologii i gadżetach zamiast swoich zwojach mózgowych, z drugiej zaburzają tempo i energię akcji dziejącej się współcześnie. O fakcie, że wiele z tych wątków lepiej przedstawiło serialowe „Czarne lustro” nie wspominam. Jednak kiedy jesteśmy we współczesnym wątku, to film leci ze swoimi dzikimi pomysłami. Widać pewne ograniczenia budżetu, bo akcja dzieje się nocą w ciasnych pomieszczeniach, jednak Verbinski potrafi podkręcić gaz (tropiący drużynę duet najemników) szczególnie w trzecim akcie. Całość okraszona jest też bardzo czarnym humorem, który mnie parę razy złapał z zaskoczenia oraz świetne zakończenie, wywracające wszystko do góry nogami.

No i jeszcze jest to cholernie dobrze zagrane. Sam Rockwell jest absolutnie charyzmatyczny w roli Człowieka z Przyszłości, który początkowo sprawia wrażenie totalnego pomyleńca i świra. Ale pod tym skrywa się postać z tajemnicą, desperacką wolą walki oraz całkowitą paranoją. Ten facet jak zawsze kradnie ekran, tworząc najciekawsze postacie i nie inaczej jest tutaj. Poza nim najbardziej wybijają się świetne Juno Temple oraz Haley Lu Richardson, których wątki odgrywają istotną rolę w całej narracji.

Tytuł okazał się dla mnie proroczy. Bo rzeczywiście bawiłem się dobrze i przeżyłem dwie godziny, zaś Verbinski dostarczył kawał cholernie dobrej rozrywki. Nie jest może aż tak szalony na jakiego jest reklamowany, jednak jest to udany powrót reżysera „Rango” do formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Krzysiu, gdzie jesteś?

Ja należę do tego pokolenia, które będąc w wieku dziecięcym miało styczność z Kubusiem Puchatkiem. Postać stworzona przez Alana Alexandre’a Milne’a najbardziej utrwalona została przez animacje Disneya (ostatnia powstała dziesięć lat temu). Co jeszcze można o Kubusiu i jego przyjacielu Krzysiu opowiedzieć? Disney wpadł na dość szalony pomysł czegoś w rodzaju kontynuacji Kubusia, ale z perspektywy dorosłego Christophera. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Marc Forster.

krzysiu1

Sam początek bardzo szybko pokazuje przejście chłopca w dorosłego mężczyznę, który szybko zostaje zmuszony do dojrzewania. Z czasem jednak pamięć o przyjaciołach ze Stumilowego Lasu zniknęła, zastąpiona przez pracę, żonę oraz córkę. Potem była służba w wojsku podczas II wojny światowej oraz powrót do pracy w firmie robiącej walizki. I ona go mocno przygniotła do tego stopnia, że zaczął się oddalać od najbliższych. W najbliższy weekend zamiast spędzić czas z rodziną w domku za miastem, musi znaleźć sposób na cięcie kosztów firmy. Co z tym fantem zrobić? Wszystko się zmienia, kiedy w dzień z drzewa w londyńskim lasku pojawia się… Kubuś Puchatek. I ma problem, bo wszyscy jego przyjaciele zniknęli. Christopher niechętnie zgadza się pomóc misiowi i wraca do Lasu.

krzysiu5

Reżyser niejako rozbija swój film na dwa wątki, które łączą się w bardzo pokręcony sposób. W sumie chodzi o odnalezienie w sobie dziecka oraz znalezieniu równowagi między pracą a rodziną. Szybkie wprowadzenie za pomocą wplecionych animacji jakby żywcem wziętych z książki potrafi poruszyć i jest mocne. A jednocześnie bardzo przygnębiające, tak jak niemal cały pierwszy akt. Pojawienie się Puchatka zaczyna doprowadzać do pęknięcia i pojawia się światło. Chociaż nie od razu, bo po tym spotkaniu Stumilowy Las wygląda nieprzyjemnie – mglisty, szary, smutny. Dynamika relacji Kubusia z Krzysiem doprowadza do powolnych zmian w otoczeniu, pokazując jak jeden bez drugiego nie potrafi funkcjonować.

krzysiu4

I to pokazuje ta druga część, bardziej przygodowa, trzymająca w napięciu oraz mająca więcej humoru. Zmiana jest diametralna, wręcz czuć zmianę nastroju. Pojawiają się starzy znajomi (Kłapouchy, Sowa, Tygrysek, Królik) i wyglądają jak pluszowe zabawki, mające już mocno swoje lata. Ożywione nie wyglądają sztucznie, zaś głosy dopasowane są świetnie (od Jima Cummingsa, który użycza głosu Kubusiowi oraz Tygryskowi wiele lat przez Petera Capaldi i Toby’ego Jonesa). Ta część przypomina klasyczne opowieści Milne’a z woltą w postaci pomocy Puchatka i jego przyjaciół w Londynie. Czyste szaleństwo, ale nie można odmówić temu uroku.

krzysiu2

Zwłaszcza, że w roli głównej mamy fantastycznego Ewana McGregora, nie schodzącego poniżej swojego wysokiego poziomu. Nie ważne, czy jest przygnębiony i zbyt poważny czy walczy z Hefalumpem (by przekonać ekipę Kubusie, że jest prawdziwym Krzysiem), nie ma mowy o jakiejkolwiek sztuczności czy fałszu. Tak samo świetnie wypadają Hayley Atwell (Evelyn) oraz Bronte Charmichael (córka Madeline). W zasadzie jedyną osobą odstającą aktorsko jest Mark Gatiss. Jako szef naszego bohatera jest zbyt przerysowany i przesadnie demoniczny. To nie działało za bardzo.

krzysiu3

Powinienem nie lubić tego filmu, bo wydawał mi się (przed seansem), że będzie tylko żerował na znanej postaci Kubusia Puchatka, nie dając niczego w zamian. Nawet jeśli jest on przewidywalny (a jest), za dużo jest dobrych rzeczy, by go zignorować. Nietypowe kino jak na produkcję Disneya.

7/10

Radosław Ostrowski