Akcja na Eigerze

Jonathan Hemlock wydaje się niepozornym profesorem sztuki z dość sporą kolekcją dzieł sztuki. Mało kto wie, że jest płatnym zabójcą działającym na zlecenie organizacji wywiadowczej C-2. Przeszedł na emeryturę, ale organizacja wymusza na nim zabicie dwóch ludzi odpowiedzialnych za śmierć przyjaciela. Drugi zabójca ma uczestniczyć podczas wspinaczki na górę Eiger.

eiger1

Co by się stało, gdyby Clint Eastwood został agentem 007? Proponowano mu tą rolę w „Żyj i pozwól umrzeć”, ale uznano go za zbyt brutalnego. Clint jednak się nie zraził i zrobił własnego Bonda, bo tak należy odebrać film „Akcja na Eigerze”. Innymi słowy, to kino sensacyjno-szpiegowskie, które broni się głównie dzięki ironicznemu humorowi oraz intrygującemu punktowi wyjścia całej fabuły.  Jednak sama opowieść toczy się dość spokojnym torem, co nie znaczy, że nie brakuje emocji. Tych nie brakuje zarówno na samym początku (zabójstwo agenta) czy podczas pierwszego odwetu. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć także scenom przygotowań do wspinaczki oraz samego wejścia na górę, która wygląda imponująco. Wielu jednak może znużyć dość spokojne tempo jak na film sensacyjny czy przewidywalne zakończenie, jednak na plus trzeba pochwalić lekkość całej opowieści niepozbawionej dość gorzkiej refleksji na temat pracy rządowej. Zdjęcia trzymają klasę (zwłaszcza te górskie, ale też samo biuro siedziby C-2), a muzyka Johna Williamsa sprawnie buduje napięcie.

eiger2

Co do aktorów, trzeba przyznać, że Eastwood ma dobrą rękę. W roli głównej radzi sobie świetnie, choć trudno na początku uwierzyć, by był w stanie zagrać inteligenta. Ale kiedy wchodzi do akcji, to pytania znikają szybko – muszę mówić coś więcej? Poza nim jest kilka intrygujących postaci granych jak Ben Bowman (solidny George Kennedy) – stary przyjaciel oraz alpinista czy lekko ciotowaty wróg Miles Millough (Jack Cassidy), którzy ubarwiają całą opowieść.

eiger3

Solidne, choć troszkę za spokojne kino akcji, gdzie Eastwood próbuje bawić się historią. Lekka i bezpretensjonalna rozrywka, choć ciutkę się zestarzała, to jednak nadal trzyma fason.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Piorun i Lekka Stopa

Lekka Stopa to złodziej, którego poznajemy podczas kradzieży auta. Podczas jazdy trafia na księdza, którego ktoś próbuje zabić. Okazuje się, że ksiądz to tak naprawdę John „Piorun” Dogerty, ścigany przez dawnych kumpli z gangu po ostatnim skoku. W końcu obaj wpadają w ręce Reda i Goody’ego, chcących odnaleźć kasę z ostatniego napadu. W końcu Lekka Stopa wpada na pomysł, by jeszcze raz dokonać napadu w to samo miejsce.

lekka_stopa1

Michaela Cimino wszyscy kojarzą głównie jako twórcę „Łowcy jeleni”. Dlatego jego debiutancka fabuła „Piorun i Lekka Stopa” popadła w zapomnienie. Szkoda, bo to naprawdę udana i ciekawie poprowadzona komedia kryminalna. Pierwsza część jest bardziej zabawna przedstawiająca powoli rodząca się przyjaźń między dwoma skrajnymi charakterami. Piorun jest bardziej opanowany i spokojny, a Lekka Stopa to trochę rozkręcony łobuziak, pełen energii i luzu. Ta dziwna mieszanka sprawdza się, nadając lekkości całej fabuły. Do momentu realizacji skoku – wtedy mamy pełnokrwisty kryminał, z precyzyjnie budowanym planem oraz jego realizacją. Zabawne jest zbieranie funduszy na akcję, przez co wszyscy członkowie – nie mający wiele gotówki – podejmują się… pracy. Wtedy napięcie jest budowanie bardzo dokładnie, intryga zazębia się i dochodzi do przewrotnego finału. Film może i ma swoje lata, ale zrealizowany jest naprawdę nieźle. Plenery są piękne (niemal westernowe), w tle słyszymy piosenki country, a humor bazuje tutaj głównie na dialogach (naprawdę dobrych i zabawnych).

lekka_stopa2

Siłą napędową są tutaj role czterech facetów. Clint Eastwood jako Piorun sprawdza się dobrze, konsekwentnie budując wizerunek sympatycznego twardziela, choć zobaczenie go w sutannie może wielu wprawić w konsternację. I jest wyczuwalna chemia między nim a świetnym Jeffem Bridgesem. Zanim stał się rozpoznawalny dzięki roli El Dudinho Lebowskiego, Bridges zbudował tutaj rolę gadatliwego, sympatycznego luzaka-hippisa. Przyjaźń między nimi jest szczera i stopniowo budowana. Poza nimi całość dopełniają niezły Geoffrey Lewis (Goody) oraz bardzo solidny George Kennedy (nerwowy i bardzo agresywny Red).

Cimino pokazuje tutaj pewną rękę w prowadzeniu fabuły. Lekka, sympatyczna komedia z dobrze prowadzonym wątkiem kryminalnym, który trzyma w napięciu. Może realizacja lekko ramotna, ale nie ma tutaj specjalnie co wybrzydzać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nieugięty Luke

Lucas Jackson jest młodym facetem, który walczył na wojnie, był wielokrotnie odznaczany, jednak wrócił jako szeregowy. Poznajemy go, gdy niszczy parkometry pod wpływem alkoholu z powodu nudy. Tak trafia do więzienia, gdzie trzeba się trzymać zasad, a wśród więźniów rządzi Dragline. Jednak Luke powoli zaczyna zdobywać szacunek współwięźniów.

luke1

Pozornie ten film wydaje się kolejną z wielu opowieści o więzieniu. Jednak Stuart Rosenberg nie serwuje kolejne banalnej opowieści o niepokornym więźniu. Na początku poznajemy reguły oraz więźniów, którzy w ostatecznym rozrachunku okazują się porządnymi i sympatycznymi gośćmi. Zaś strażnicy i naczelnik to ludzie dbający o władzę (czasem jej nadużywają) i porządek zgodny z ich przepisami. Zostaje to w końcu skonfrontowane ze zbuntowaną i niepokorną jednostką, która z góry jest skazana na przegraną. Wszystko zrealizowane w surowym stylu (bardziej stonowane zdjęcia), z dobrymi dialogami, solidnym montażem i kilkoma zabawnymi sytuacjami, które ubarwiały życie w więzieniu (m.in. próba zjedzenia 50 jajek w godzinę czy „wyścig” podczas nakładania asfaltu).

luke2

Jednak najmocniejszym atutem tego filmu jest dwóch aktorów, którzy wybili się i stworzyli świetne kreacje. Mówię tu o błękitnookim Paulu Newmanie, czyli tytułowym nieugiętym Lukiem, który nie daje się do końca złamać i tworzy ciekawy portret charyzmatycznego buntownika oraz nagrodzonym Oscarem George’u Kennedym, czyli Draglinie – twardzielu o gołębim sercu. Tych dwóch ciągnie ten film do samego końca.

Trochę zapomniana więzienna opowieść, która była poruszająca aż do czasów „Skazanych na Shawshank”. Chyba przez ten film obraz Stuarta Rosenberga trafił do krainy zapomnienia. Chyba niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski