Matecznik

2022 rok dla debiutującego reżysera Grzegorza Mołdy był bardzo ważny. Bo stworzył aż dwa filmy, choć tylko jeden miał premierę we wspomnianym roku. I nie była to „Zadra” o dziewczynie, co „chce być raperem, intencje szczere ma”. Tylko zrobiony z o wiele mniejszym budżetem „Matecznik”, mocno inspirujący się nową falą kina greckiego. Że da się czerpać z tego nurtu bez ślepego kopiowania pokazał „Eastern” z 2019 roku. Tutaj jest jednak trochę inaczej.

Wszystko toczy się w jednym mieszkaniu zwanym tu „mieszkaniem treningowym”. Dlaczego? Bo to ma być miejsce pozwalające przygotować się do życia w ramach resocjalizacji. To tutaj z poprawczaka trafia młodociany Karol (Michał Zieliński), zaś jego dokonania ocenia wychowawczyni Marta (Agnieszka Kryst). Pozornie nie dzieje się dużo, a Karol zaczyna zaliczać kolejne „zajęcia” jak choćby wychowywanie niemowlaka (nie prawdziwego, tylko lalkę). Wszystko jednak się komplikuje, kiedy kobieta wprowadza się do lokum. Zaś kolejne „regulaminowe” zadania są coraz bardziej niepokojące.

To jest ten typ filmu, który wielu doprowadza do szewskiej pasji, a nazywane jest „snujem, wydmuszką”. Bo intrygi czy fabuły jest tu tyle, co kot napłakał. To bardziej obserwowanie zachowań ludzkich w warunkach laboratoryjnych. Bez pośpiechu, w bardzo oszczędnych dialogach i statycznych kadrach. Poczucie obcości i dziwności potęguje równie minimalistyczna scenografia Niby nic niezwykłego się nie dzieje, ALE coś dziwnego wisi w powietrzu. Kolejne zajęcia i przygotowania kobiety (włącznie ze sprawdzaniem popędu seksualnego), gdzie relacja tej dwójki są bardzo niejednoznaczne. Od bycia opiekunką przez matkę aż po – nie wiem jak to ująć – zaborczość i kontrolę z przemocą w tle. Narasta to w sposób w zasadzie niezauważalny, z masą rzeczy dziejących się poza kadrem, wyciętych. Niedopowiedzeń jest tu więcej niż w jakiejkolwiek grze ze studia From Software, bo tam przynajmniej były jakieś drobne poszlaki.

Tutaj ta aura tajemnicy i niepokoju niby działa przez sporą część seansu, lecz z każdą minutą staje się ona coraz bardziej frustrująca. Mołda wydaje się konsekwentnie iść wyznaczoną przez siebie drogą i sprowokować do przemyśleń o „wychowywaniu”. Tylko, że „Matecznik” z czasem staje się coraz mniej jasny, zaś tajemniczość staje się nie do wytrzymania. Jest tu potencjał, nawet odrobina talentu i dobre aktorstwo, ale ostatecznie film nie satysfakcjonuje. Debiut ciekawy, lecz niespełniony.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zadra

Ile to już było historii o młodych, zdolnych, lecz nie mających szczęścia i dostają szansę. Ale czy ją wykorzystają, czy wszystko pójdzie gładko i bez problemu, czy będą poważne wyboje. No cóż, odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Na nieszczęście dla nas.

Tytułowa Zadra (Magdalena Wieczorek) ma na imię Sandra, mieszka z matką i młodszym bratem. Pracuje jako kelnerka w kawiarni, ale raczej nie jest zbyt dobra. Za to próbuje przebić się na scenie rapowej. Ma swój profil na Twarzaku, wspiera ją kumpela Justi (Margaret) oraz chłopak Bartek (Ignacy Liss). Łatwo nie jest, a kiedy zostaje zwolniona, wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Wtedy pojawia się szansa, kiedy na koncercie niejakiego Motyla (Jakub Gierszał) dostaje szansę wejść na scenę. On zauważa w niej potencjał i zatrudnia ją do swojej ekipy jako hajpmenkę (mam nadzieję, że to dobrze zapisałem).

Film reżysera Grzegorza Mołdy i scenarzystki Moniki Powalisz jest tak szablonowy oraz przewidywalny, że aż to boli. Może nie jest to przewidywalność w stylu, że jesteś w stanie przewidzieć co do zdania jakie padnie. Ale schematy są tu tak naładowanie niczym słabe wersy w utworach Sentino czy innego Malika Montany. W dużym skrócie – wiemy, że Zadra zostanie zwolniona z pracy (bo weszła w pyskówkę z celebrytką), do tego jeszcze niszczy szefowi auto (ta scena zrobiona w formie teledysku nawet mi się podobała). Że pójdzie drogą kariery i (oczywiście) uderzy jej woda sodowa do łba, przestanie pisać do kumpli, zacznie ćpać, oddalać się od rodziny. Co jeszcze? Dochodzi do zagrożenia zdrowia braciszka, gdy ten niezauważenie bierze piguły (dragi) od siostrzyczki podczas zakupów. Potem jakoś w jednej scenie dogada się z matką i wszystko jest spoko (że co??). Kradzież tekstu oraz nagranie „swojej” piosenki, upadek oraz powolna droga na szczyt.

Nic was tu nie zaskoczy, a dialogi to czasem potrafią przyprawić o ból uszu. Miałem wrażenie jakby twórcy bali się zaryzykować i dodać czegoś innego, mniej znajomego oraz oczywistego niż droga od nikogo do celebryty z zachłyśnięcie się sławą, upadkiem i powrotem do dawnego siebie. Wątki poboczne wydają się być liźnięte (relacja Sandry z kumpelą, chłopakiem czy matką), wspólna trasa koncertowa to szybka zbitka montażowa, a wszystko opowiedziane jest bardzo skrótowo. Nawet pokazanie mediów społecznościowych jako narzędzia promocji czy budowaniu wizerunku nie odgrywa zbyt dużej roli. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Wygląda to kompetentnie, muza oraz kawałki są naprawdę niezłe (duet muzyczno-tekstowy 1988/Żyto dał radę) i jest parę ładnych kadrów.

Aktorzy starają się jak mogą, by ożywić te szabloniki, jednak scenariusz mocno podcina im skrzydła, nie dając zbyt dużego pola manewru. Niemniej udaje się tym postaciom dać odrobinę charakteru oraz ciężaru, szczególnie na drugim planie. Nie jestem w stanie złego słowa powiedzieć o Magdalenie Różczce (matka Sandry), Ignacym Lissie (Bartek) czy dość zaskakującej Margaret (Justi) – to solidne role, mające swoje pięć minut. Świetnie wypada Gierszał jako raper Motyl i nie chodzi tylko o nawijanie na scenie (bo robi to cholernie dobrze), ale bardzo dobrze pokazuje jego dwa oblicza: to sceniczne jako imprezowy hustler oraz bardziej prywatne, gdzie jest poukładanym, trzymającym się ziemi gościem. I to nie gryzie się w żadnym momencie.

Ale co czyni „Zadrę” zjadliwą oraz oglądalną jest Magdalena Wieczorek. Ta dziewczyna dokonuje cudów na ekranie, bo cały czas patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany i podążałem za nią. Mimo ograniczeń scenariusza udaje się jej zbudować postać z krwi i kości, której chce się kibicować, zaangażować, każdą scenę (jakkolwiek by była banalna) oraz dialog jest w stanie podać tak naturalnie, bezboleśnie, że mnie to wszystko obchodziło. To jest bardzo, bardzo trudne zadanie i mam nadzieję (bo niczego innego mieć nie mogę), że jeszcze o niej usłyszę.

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Zadrze”, ale ostatecznie bilans układa się na szali wskazującej „rozczarowanie”. Niby film próbuje opowiedzieć coś o naszej rap-scenie, jest pewna energia i pasja, tylko wszystko to jest zaplątane w ogromną paczkę banałów. Jakby cała para, zaangażowanie poszła w próżnię, nie mogąc wyrwać się z marazmu.

5,5/10

Radosław Ostrowski