Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród 2

Chyba na żadną kontynuację w tym roku nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Zwierzogrodu”. Bardzo szeroka metropolia mieszająca wszystkie rasy antropomorficznych zwierząt dawała sporą przestrzeń do eksploracji. Plus nasz cudowny niedopasowany duet lis Nick Bajer/królik Judy Hops, którzy działają jako stróże prawa. Jak sobie poradzi nasz duet, którego zaczyna coś zgrzytać?

Bo Bajer to wygadany cwaniaczek, zaś Hops jest aż nadgorliwa w prowadzeniu spraw, nie potrafiąc odpuścić. Tym razem pakują się w o wiele poważniejszą intrygę niż poprzednio. Tym razem wszystko krąży wokół kodeksu Rysiowieckich – rodu założycielskiego miasta, które działa już od 100 lat. Z jakiegoś powodu rękę – nie dosłownie, lecz w przenośni – chce położyć pewien… wąż. Co jest dość niezwykłe, albowiem gady w mieście nie są zbyt powszechnym widokiem. Szczególnie te śliskie, co wiąże się z tajemniczą zbrodnią czasów założenia miasta. Więc nasza para (wbrew przełożonemu, kolegom i częściowo sobie) decyduje się rozwikłać zagadkę.

Wraca duet twórców Byron Howard/Jared Bush i wydawałoby się, że po tylu latach twórcy nie będą mieli zbyt wiele pomysłów na sequel. Bo znowu będziemy mieli komedię opartą na zderzeniu charakterów i kontrastach, przy użyciu stereotypów antropomorficznych zwierzątek? Pomyślcie jeszcze raz. Dość szybko wskakujemy do historii (po krótkim przypomnieniu zakończenia oryginału), gdzie w centrum znajduje się nasz duet. Między nimi nadal jest chemia, ale też są tarcia, które wystawią ich „współpracę” na wysoką próbę. Sama intryga pozwala odkryć inne lokacje jak rodzinna siedziba Rysiowieckich (rysie), górskie krajobrazy, mocno inspirowane Luizjaną dzielnica wodna czy pustynię. Miejscówki są zróżnicowane i pięknie wyglądające – szczególnie finał w opustoszałej dzielnicy gadów. Jednocześnie nie brakuje tu przykład jak bardzo łatwo można zmanipulować społecznością, by wywołać strach, wrogość i uprzedzenia. Szczególnie wobec jednostek wpływowych i przy władzy. Może historia bywa przewidywalna, jednak angażuje swoim tempem, bardzo kreatywnymi pościgami oraz satysfakcjonującym zakończeniem. Nie brakuje powrotu starych znajomych (pan Be, czyli kreci ojciec chrzestny; sprzedający lipne filmy Łasica; leniwiec Flash), lecz nie ma tu żerowania na nostalgii oraz parę zaskakujących odniesień (nie spodziewałem się w animacji Disneya… „Lśnienia” Kubricka). Z kolei nowi bohaterowie (podcasterka Gryzelda Klonowska, nie pasujący do rodziny Ryszard czy podejrzany wąż – Grześ Żmijewski) pięknie uzupełniają się i wnoszą sporo świeżości.

No i nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu. Nieżyjącego już Wojciecha Paszkowskiego na stołku reżysera zastąpił Grzegorz Pawlak (głos Flasha), zaś dialogi tłumaczył Jakub Wecsile. Zachowano przekład nazwisk postaci i nazw własnych, które są dość kreatywne. Stare głosy wracają, w tym rewelacyjny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała, których ciągle słucha się z przyjemnością. Z nowych głosów najlepiej wypadł zaskakujący Maciej Stuhr (Grześ Żmijewski), trzymający klasę Andrzej Grabowski (Krzesimir Rysiowiecki) oraz żywiołowa stand-uperka Wiolka Walaszczyk (Gryzelda Klonowska). Jest tutaj jeszcze parę zaskakujących epizodów, o których nie chcę mówić, ale odkrywanie ich jest dodatkową frajdą i wielokrotnie łapałem się na tym, że znam ten głos.

Czy warto było czekać na kontynuację „Zwierzogrodu”? Jak najbardziej tak. Twórcy tutaj czerpią w pełni z konwencji buddy movie, mają świetnie napisane postaci, sama animacja jest pełna uroku oraz szczegółów, zaś intryga angażuje. Film daje sporo frajdy najmłodszym oraz tym troszkę starszym, dorównując i nawet przebijając poprzednikowi. A to nie jest łatwa sztuka.

8/10

Radosław Ostrowski