Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

The National – Sleep Well Beast

Sleep_Well_Beast

Trzeba było troszkę poczekać na nowe dzieło formacji The National. Cztery lata po przebojowym i w pełni udanym “Trouble Will Find Me” Matt Beringer z kumplami postanowił kolejny raz zaskoczyć. Już tytuł zapowiada, że będzie mroczniej niż poprzednio. Jakież to bestie mają spać dobrze?

Początek jest dość niepokojący, bo mamy powoli uderzającą perkusję coraz mocniej jak echo, do której dołącza fortepian w “Nobody Else Will Be There”. Nawet wokal Beringera sprawia wrażenie ospałego, zmęczonego, by potem razem ze smykami się ożywić. Wszystko przyspiesza w bardziej gitarowym “Day I Die”, gdzie wszystko jest bardziej dynamiczne, chociaż wstęp jest bardzo eteryczny (perkusjonalia, organy). Obowiązkowo musi się pojawić elektronika w świdrującym uszy “Walk It Back”, jakby żywcem wzięty z lat 80., a mroczniej robi się w singlowym “The System Only Dreams in Total Darkness” ze zgrabnie wplecionymi chórkami na początku i coraz bardziej zapętlającą się melodią grana przez fortepian z gitarą (cudowny riff pod koniec). Pulsujący początek “Born To Beg” zapowiada intymną wyprawę ku elektronice, a ducha punka czuć w szybkim “Turtleneck”.

Narodowcy bardziej trzymają się mieszanki elektroniki I żywych instrumentów, by zbudować miejscami oniryczny klimat jak w “Empire Line”, bardziej nerwowe “I’ll Still Destroy You” z nabijającą niczym telegram perkusją czy zmieniające tempo “Guilty Party”. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił pianistyczny “Carin at the Liquir Store”, wręcz romantyczne “Dark Side of the Gym” (te smyczki na końcu – magia) oraz bardzo rozmarzony utwór tytułowy pojawiający się w samym finale, brzmiący tak jak na twór wytwórni 4AD powinien brzmieć.

Beringer tutaj coraz częściej śpiewa na niższych rejestrach, niemal szepcząc, delikatnie podnosząc głos. Pozornie jest bardziej spokojnie niż zazwyczaj w The National. Jednak nie znaczy to, że jest nudno i spokojnie. Czuć obecność mroku i niepokoju, co dają bardzo ciekawe teksty. “Sleep Well Beast” intryguje, prowokuje, uwodzi, zaskakuje swoim klimatem. Idealne na obecną porę roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Muzyka Końca Lata – Złoty krążek

e0393ac2aa6e1c628fa1895e7feebd68

Warszawski kwintet Muzyka Końca Lata specjalizuje się w bezpretensjonalnym brzmieniu klasycznego rock’n’rolla niczym z czasów swojej największej świetności, czyli lat 60. Na swoim piątym albumie kontynuują ścieżkę wyznaczoną przy swoim debiucie, ale tym razem (przynajmniej tekstowo) jest bardziej poważnie.

Początek jest romantyczny oraz pełen szybkich gitar, czyli “La Bella”, lecz to tylko instrumentalny wstęp, a melodia jest kontynuowana w pełnym popisów perkusji “Chłopaku z futerałem”, gdzie swoje też dodaje… harmonijka. Równie szybcy są “Słowaccy piłkarze”, a tytułowy utwór jest bardziej kojącym fragmentem spokoju, gdzie wykazać mogą się niemal senne klawisze z perkusją. Niemal czuć klimat gór w “Juhasie” (początek gitarowy) – najszybszym numerze na płycie, by dać prawdziwego kopa w “Chorym”. “Świąteczny” – jak sama nazwa wskazuje – ma wiele wspólnego z Bożym Narodzeniem, jest bardzo spokojny, z cudnymi wokalizami Oli Bilińskiej, delikatnymi dźwiękami perkusji i trąbką, dodającą animuszu, by lekko przyspieszyć w “Gorzej już nie może być”, gdzie także trąbka ma swoje pięć minut.

Tym bardziej zaskakuje fakt, że pod koniec utwory zaczynają przekraczać trzy minuty. Bardzo dynamiczny i szybki “Chocholi taniec”, pełen melodyjnej gry gitary. Refleksyjnie się robi w “Będzie, co będzie”, a bęben (nie perkusja) zmienia wszystko na początku niemal recytowanego “Słońca na wiatr”, gdzie pod koniec perkusja wali po garach, by wszystko załagodzić w “Starym zaklęciu”.

Śpiewający tutaj (najczęściej na przemian) Ola Bilińska z Bartkiem Chmielewskim tworzą zgrany duecik. On jest bardziej szorstki, ona delikatna, niemal dziewczęca. W połączeniu z bardziej refleksyjnymi tekstami dotyczącymi związków i wszystkiego wokół (rozstań, rodziny, zakochania, tęsknoty – wszystko nie pozbawione humoru, ale z głową I drugim dnem), tworzy bardzo mocną mieszankę.

Niby brzmieniowo jest spod znaku rock’n’rolla I muzyka jest bardzo przyjemnie staroświecka, to jednak “Złoty krążek” jest bardzo dojrzały, dowcipny oraz inteligentny z tzw. przekazem. To się rzadko zdarza w muzyce rozrywkowej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Iron & Wine – Beast Epic

uploads%2F1496903264613-IronandWine_BeastEpic_600

Tajemnicza nazwa Iron & Wine może sugerować, ze mamy do czynienia z zespołem.tak naprawdę pod tą ksywą ukrywa się jeden człowiek – Sam Beam. Kompozytor, gitarzysta i wokalista, czyli człowiek wielu talentów. I po czterech latach wraca z premierowym materiałem, ale nadal obracamy się wokół folku oraz niezależnego wcielenia rocka.

I dominuje tutaj akustyczna gitara, tworząca bardzo spokojny nastrój jak w wyciszonym “Claim Your Ghost”, gdzie dołącza jeszcze perkusja, fortepian oraz skrzypce. Potrafi czasem ubarwić swoje melodie wejściem gitarą elektryczną (“Thomas County Law”), nakładającymi się głosami (“Bitter Truth”), przyspieszeniami (“Song in Stone”) czy gitarą slide (“Summer Clouds”). Choć pozornie dzieje się niewiele, to energii jest tutaj sporo jak w singlowym “Call It Dreaming” albo w “Last Night” opartym tylko na dźwiękach smyczków. Układa się to w jedną, spójną całość, podpartą bardzo wyrazistym wokalem. Niby spokojnym, delikatnym, ale nie znaczy to, że pozbawionym ekspresji.

“Beast Epic” to bardzo wyciszony, ciepły album pełen bardzo letniego (ale nie upalnego) klimatu, zrobiona ze smakiem. Może wielu przeszkadzać małe zróżnicowanie całości, jednak trudno oderwać uszy od tego dzieła. A to już wiele mówi.

7/10

Radosław Ostrowski

The Fruitcakes – 2

 the-fruitcakes-2-b-iext49884699

Kolejny intrygujący debiut muzyczny, tym razem z Polski. Kwartet The Fruitcakes tworzą Kuba Zwolan (wokal, gitara prowadząca), Łukasz Tymański (perkusja), Przemek Bartos (bas) i Tomasz Ziętek (gitara), działają od 2013 roku. Mocno inspirują się rockiem lat 60., co postanowili pokazać w – przewrotnie nazwanym – debiucie “2”. Wsparci przez producenta Maćka Cieślaka (Skalpel), stworzyli swoje dzieło.

I od samego początku czuć inspirację starym brzmieniem, jakbyśmy wygrzebali jakiś album sprzed 50 lat. Letnim klimatem czaruje “Suntime” z uroczą gitarą oraz przestrzennymi klawiszami. Perkusja luźniej podchodzi w pełnym orientalnego klimatu “Little Girl” (ten sitar i klawisze), czuć troszkę ducha Beatlesów jak w “Whatever I Get”, gdzie pod koniec dostajemy różne piszczałki czy romantycznym “Sleepless” z imitacją klawesyna oraz wspólnym zaśpiewem refrenu. Brudniej robi się w przypadku “Let Inside The Light”, gdzie gitara jest cięższa, a “He’s Calling You” ma w sobie odrobinę psychodelii. W ogóle muzyka jest tutaj lekka, ładna i przyjemna, niepozbawiona też zabawy (zabarwiony organami “Night & Day” czy pianistyczny walczyk “It’s Better”). Na mnie największe wrażenie zrobiło “Dreaming My Days Away”, które klimatem przypominało… “Golden Brown” The Stranglers.

Słychać zgranie zespołu, wokale są zgrane z cała resztą I nie czuć zwyczajnie fałszu. Czuć ducha starego rock’n’rolla z lat 60., ale nie jest tak melodyjny jakby to mogło być. Czekam na kolejny album i jestem ciekawy, co dalej będzie.

7/10

Radosław Ostrowski

Pumarosa – The Witch

pumarosa_album_01

Wielka Brytania to taki kraj, gdzie każdy debiutant jest traktowany niemal jak objawienie, zagłaskiwanym przez krytyków. Czy tak będzie też z zespołem Pumarosa? Wszystko na to wskazuje, bo grupa skupiona wokół producenta Dana Careya (współpraca m.in. z Bat for Lashes, Emilianą Torriani czy Franz Ferdinand) oraz wokalistki Isabel Munoz-Newsome (poza nią grupę tworzą basista Henry Brown, perkusista Nicholas Owen, gitarzysta James Neville oraz klawiszowiec John Tomoya Forster).

Zaczyna się to dziwacznym połączeniem elektroniki i smyczków niemal onirycznym “Dragonfly”, gdzie wokal Isabel jest tak delikatny i leciutki, jakbyśmy słyszeli… Kate Bush. Po minucie dochodzi perkusja, gitara z cymbałkami tworzą dziwną parę, by w finale wyciszyć się. Im dalej, tym mocniej czuć skojarzenia ze sceną alternatywną. I nieważne, czy to jest gitarowe “Honey”, ocierające się o garażowo-punkowe klimaty, bardziej rozmarzony utwór tytułowy z elektroniczną perkusją oraz wycofaną gitarą, dając sporo przestrzeni dla klawiszy (końcówka jest porażająca), w podobnym tonie gra “Priestess”, tylko jest bardzo oszczędna w formie, ale gdy w połowie wchodzi saksofon, jest wtedy cudnie. “Lion’s Den” zaczyna się od fortepiano, by przejść do rocka z lat 70. (tak mi się wydaje po gitarze I perkusji), gdzie nawet riffy są zapętlone, a końcówka utworu ostra, wręcz wybuchowa.

Podobnie jak połączenie rozmarzonych, ciepłych klawiszy z mocniejszą gitarą w “My Gruesome Loving Friend” czy oniryczno-jazzowy “Red”, który z sekundy na sekundę rozkręca się w coraz bardziej psychodelicznym kierunku. Mnie zaskoczył w tym zestawie akustyczno-elektroniczny “Barefoot” z bardzo silnym głosem, delikatnie wchodzącą perkusją oraz mroczny “Hollywood” (klawisze jak przesterowane organy), gdzie gitara pod koniec brudzi, by na końcu wejść w taneczny “Snake” wzięty z innych czasów.

Pumarosa debiutem mocno czerpie z przeszłości, jednocześnie brzmi bardzo świeżo i intrygująco, co jest zasługą niesamowitego, hipnotyzującego głosu Munoz-Newsome, zawłaszczającego każdy utwór. Jest kilka mocnych melodii, obiecując rozkręcenie się w następnych albumach.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

L.Stadt – L.Story

0006LNCBJ3TTQ907-C122

Łódzki zespół L.Stadt kierowany przez Łukasza Lacha, zawsze inspirował się dawnymi brzmieniami oraz zawsze nagrywał płyty po angielsku. Po dwóch albumach i EP-ce, grupa zrobiła duży zwrot i po raz pierwszy śpiewa po polsku. Jaki jest efekt? Pokazuje to trzeci album “L.Story”.

Osiem piosenek, niecałe 40 minut oraz spora przestrzeń dla instrumentów. Już otwierający całość “Strumień świadomości” pachnie odrobinę psychodelią i elektroniką lat 80., co daje na początku zapętlony fortepian, by w refrenie jeszcze rzucił się chór, a pod koniec daje się miejsce dla gitary elektrycznej. Singlowe “Oczy kamienic” kupiły nostalgicznym klimatem, poruszającym tekstem i chwytliwym refrenem. A wszystko skąpane elektronicznym sosem, sklejonym z fortepianem. Można słuchać tego utworu w nieskończoność. Tak samo zaskakuje swoim kolażem krótkie “Halo”, gdzie znowu całość nakręca fortepiano oraz elektroniczna perkusja z szorstkim tłem. Mroczniejszy jest “Most” z zapętloną i niepokojącą gitarą zmieszaną z “kosmiczną” elektroniką, wręcz dyskotekową perkusją oraz przerobionym cyfrowo głosem, kontynuując tą ścieżkę w “Pozwól zasnąć/Idzie sen” (dziwacznie brzmi tam saksofon).

Dlatego kompletnym szokiem może być mieszanka etniczno-gitarowo-elektroniczna w dziwacznym “Gdybym”. A na koniec wszystko wraca do początku, czyli mamy chóralnie odśpiewany refren pierwszego utworu w “Strumieniu” oraz dorzucić niemal sakralne “Od nowa”, oparte na fletach, mrocznych klawiszach I szybkiej perkusji.

“L.Story” jest tajemniczym, frapującym i intrygującym concept-albumem, gdzie postrzelona muzyka i teksty są nieodłącznym elementem spójnej całości. Każdy dźwięk tworzy całość, a świetnie brzmiący głos Lacha oraz wejścia chóralne zwyczajnie miażdżą. Choć czas trwania bardziej pasowałby do vinyla, jest tu multum emocji tak intensywnych, że bardziej się nie da.

8/10

Radosław Ostrowski

Katie Burden – Strange Moon

a1537124247_10

Dawno nie było jakiegoś interesującego debiutu. Mimo, że album wyszedł jesienią zeszłego roku, dopiero teraz znalazłem czas, by podczas deszczowego szaleństwa zmierzyć się z nim. Jest to dzieło Amerykanki pochodzącej z Colorado, przez chwilę mieszkającej w San Francisco, a obecnie krążącej po Nowym Jorku – mieście bohemy, sławy i kasy. Pokręcili się wokół niej pewni muzycy (m.in. gitarzysta Jet Turner i perkusista/producent Norm Block), pomagając przy nagraniu EP-ki „My Blind Eye”. I w zeszłym roku wyszedł pełnoprawny album.

Już okładka sugeruje kosmiczne wrażenia oraz stylistykę psychodeliczną w duchu hippisowskim. Takie wrażenie pokazuje otwierający całość „Don’t Ask” z dziwacznie przesterowaną i brzmiącą niczym elektroniczne echo gitarą. Dołącza do niej po pół minucie niemal werblowa perkusja, zmieniając tempo i budując poczucie dziwnej przestrzeni. Atak elektroniki niczym syrena alarmowa towarzyszy przez całe „Run for Your Life” kontrastowana łagodnym fortepianem oraz cieplejszym refrenem. I wtedy następuje skręt w stronę melodyjnego pop-rocka w „I Can See It Clear”, gdzie szansę wykazać dostaje gitara oraz bardzo melancholijnego, gitarowego, pełnego mroku „Cut The Wire”, które mogłoby się pojawić na soundtracku do filmu Davida Lyncha. Podobnie jest z bardzo minimalistycznymi „Ears”, które po minucie pokazuje swoje ciemniejsze oblicze (elektronika znowu robi swoje), by uspokoić wszystkich w magicznym „Hunter”.

Psychodelia wraca w utworze tytułowym, gdzie dziwacznie brzmi perkusja oraz bardzo oniryczna elektronika, by w połowie znowu zmienić kompletnie instrumentarium, tempo i klimat, stając się bardziej powściągliwe. „My Kind” to powrót do melodyjnego popu, podobnie jak bardziej rockowy „Too Good for Love”, a finałowe „Coffee” nadal czaruje mrokiem.

Burden ma głos bardzo delikatny i miejscami mocno przeszywający na wskroś, a jednocześni taki bardzo niedzisiejszy. Tajemniczy, zmysłowy, czarujący – te słowa cisną mi się w pierwszej kolejności i nie poradzę na to. Księżyc wieczorem o tej porze roku wydaje się dziwaczny, ale i piękny. Tak jak „Strange Moon”.

8/10

 

Radosław Ostrowski

Snowman – Gwiazdozbiór

e9cf8240-0445-4f66-ae32-574a841a2477

O zespole Snowman stało się tak naprawdę głośno z powodu faktu, iż wokalista tej grupy – Michał Kowalonek, zastąpił Artura Rojka w roli wokalisty zespołu Myslovitz. Czy to znaczyło, ze macierzysta formacja Kowalonka miałaby zawiesić działalność? Jak wynika z wydania nowej, trzeciej płyty, odpowiedź wydaje się oczywista. A co proponuje „Gwiazdozbiór”?

Od strony producenckiej kwartet z Poznania wsparł Leszek Biolik (basista Republiki), więc można było być spokojnym, że to dalej będzie dobre, melodyjne, gitarowe granie. Aczkolwiek otwierający całość „Nie mogę oddychać” prowadzony jest przez fortepian, który pod koniec rozsadza piosenkę. Tak samo szybkie (już z gitarą na froncie) „Moje miasto”, gdzie dostajemy zgrabne solo na saksofonie. Rozluźnienie daje skoczny, gwizdany „Znów jesteś sobą” niczym w klasycznym rock’n’rollu z delikatnym finałem. „20 tys. chwil podwodnej żeglugi”, bardziej skręca w stronę minimalistycznej elektroniki, by coraz więcej miejsca dać dla gitary (coraz bardziej pobrudzonej z „chropowatą” elektroniką) i wystrzelić kolejne pole dla saksofonu. To zdecydowanie najlepszy numer w zestawie, chociaż synth popowe „Mów do mnie” też intryguje, gdzie gitara zaczyna powoli szaleć. Bardziej magiczną aurę tworzy „Ocean nieba”, gdzie wszystkie instrumenty czarują (zwłaszcza szybka perkusja i pianino w tle) czy strzelający „Spadam z nieba”. Ale to i tak nic przy „Gwiazdozbiorze Strzelca” – początkowo wyciszony i stonowany, a w refrenie stawał się coraz bardziej epicki oraz pełen ognia. I w zasadzie na tym mogłoby się to wszystko skończyć, ale Bałwanek dodał jeszcze na finał „Syrię”. Nie pozbawiona jest odrobiny siarki (mocna, lecz skoczna elektronika), a nawet sekcja rytmiczna po minucie rozkręca się gwałtownie, a nawet gitara daje do pieca, lecz poprzedni utwór bardziej zmiażdżył.

Sam Kowalonek prowadzi swoim delikatnym (ale nie pozbawionym pazura) wokalem tworzy bardziej intymną atmosferę, która nie gryzie się z graniem reszty składu. Do tego intrygujące i frapujące teksty tworzą bardzo zgrabną mieszankę, której pozazdrościłaby niejedna gwiazda muzyki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Karen Elson – Double Roses

karenelsondoubleroses

Ta pochodząca z Wielkiej Brytanii piosenkarka oraz modelka kazała czekać aż sześć lat na swój drugi album. W muzyce to strasznie dużo czasu, ale tutaj artystka przyłożyła się i razem z producentem Jonathanem Wilsonem (współpraca m.in. z Father John Misty) oraz sporą grupą muzyków (m.in. Pat Carney z The Black Keys, Pat Sansone z Wilco, i Laura Marling) smażąc intrygujące dzieło „Double Roses”.

Że będzie niezwykle i czarująco, wystarczy posłuchać „Wonder Blind”. Do bardzo delikatnej harfy, dołącza sekcja rytmiczna jakby wzięta z lat 70. oraz dzwony z… fletem i Hammondem. Niby nostalgicznie, ale jednocześnie jest w tym magia, uruchomiona przez piękny wehikuł czasu. Ale prawdziwą petardą jest tutaj utwór tytułowy z pięknym środkiem (klawesyn, fortepian i gitara brzmią kapitalnie!) oraz bardzo wyciszonym, recytowanym finałem. Dalej jest równie uroczo i magicznie (singlowy „Call Your Name”, gdzie finał rozsadza głowę, także dzięki smyczkom), przez co nie ma poczucia straconego czasu, chociaż nie brakuje fragmentów bardziej mrocznych (nieprzyjemny początek „Hell and High Water” z minorowym fortepianem oraz minimalistyczną perkusją, zmieniającą swoje tempo oraz aranżację, ku bardziej folkowym i na koniec atakując m.in. przesterowaną gitarą czy melancholijny „The End” z gitarą akustyczną). Nie zabrakło także odrobiny stylizacji na modłę lat 60. („Raven” z klawesynem prowadzącym oraz walczykowymi smyczkami), a nawet odrobiny nieoczywistego zabarwienia Orientem („plumkający” początek zakręconego „Why Am I Waiting”), co tylko uatrakcyjnia całość, nie niszcząc spójności. Nie zapominając o dobrym, starym folku („A Million Stars”).

„Double Roses” zwyczajnie czaruje aurą czarów, co jest także zasługą głosu samej Karen, troszkę przypominającej Dolores O’Riordan (i nie jest to przesada). Działa ten wokal na mnie bardzo kojąco, tak jak zresztą cała płyta. Więc zamiast czytać, powinniście natychmiast poszukać tego albumu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski