Band of Horses – Why Are You OK?

Band_of_Horses_-_Why_Are_You_OK_%28Album_Cover%29

Niezależny rock potrafi być równie ciekawy, co mainstreamowy. Przekonuje też o tym nowe wydawnictwo kwintetu z Seattle zwanego Band of Horses, za którego produkcję odpowiada Jason Lytle z zespołu Granddaddy.

Jest bardzo spokojnie i delikatnie, co nie znaczy, że mniej przebojowo. Tak można się spodziewać po otwierającym całość prawie 7-minutowym „Dull Time/The Moon” z rozmarzoną gitarą i pulsującymi klawiszami, tworzącymi niemal senny (nie znaczy, że nudny klimat). Ale ostatnie trzy minuty to zmiana tempa oraz silniejsza obecność gitary, która gra bardziej żywiołowo i dynamiczniej. To najdłuższy numer, ale dalej też jest ciekawie – zwiewne i lekkie „Solemn Oak” z pobrudzoną gitarą oraz wspólnym zaśpiewem w refrenie, troszkę przypominając Kings of Leon. „Hag” z kolei broni się ciekawymi klawiszami oraz niemal smyczkowym środkiem, a wstęp do żwawego „Casual Party” (nieudolna, przesterowana gitara i przerwana gra perkusji czyimś odgłosem) może wprawić w zakłopotanie, ale to chwilowa tylko zagrywka. Jednak „In a Drawer” z elektroniczną perkusją oraz klawiszami ejtisowskimi na początku troszkę U2 (nie wiem czemu, ale mi się to kojarzy z „Beautiful Day”), by potem przyspieszyć. Dostajemy potem krótką przerwę w postaci instrumentalnego „Hold On Gimme a Sec”, by zanurzyć się w melancholijnym „Lying Under Oak”.

Ale potem muzycy przypominają sobie o southern rockowych korzeniach w ocierającym się troszkę o folk „Throw My Mess”, wyciszają się w „Whatever, Wherever” z trąbeczką w tle oraz akustycznym „Country Teen”. Ten spokojny klimat pozostaje z nami do końca, a wokal Bena Bridella pasuje do całości. Wielu końcówka może wynudzić, ale nie zmienia to faktu, iż mamy do czynienia z dobrą płytą. Pełną klimatu, porządnych melodii, dobrego wokalu. Jest naprawdę OK.

7/10

Radosław Ostrowski

Kensington – Rivals

Kensington__Rivals_2014

Zdarza się, że zagraniczny zespół zdobywa rozgłos poza swoim krajem, dzięki jednemu przebojowemu singlowi. Tak stało się z utworem „War” holenderskiego kwartetu Kensington, który w swoim kraju wydał jeszcze dwie płyty. Ale to dwa lata temu usłyszał o nich świat (Polska też).

„Rivals” to bezpretensjonalna, czysta rockowa energia, chociaż słuchając można odnieść wrażenie deja vu. „Streets” z ciepłym klawiszowym wstępem ociera się trochę o 30 Seconds To Mars, U2, a nośny refren tylko utrzymuje w tym potwierdzeniu. Ale najbardziej rzuca się w oczy głos Eloi Youssefa, który przypomina Caleba Followilla z Kings of Leon. Wolniejszy „All of Nothing” przykuwa uwagę metalicznym basem i delikatniejszym tłem. Podobnie szybki „Done With It”, „System” czy wspomniany „War”. Zespół nie wymyśla prochu i nie tworzy niczego nowego, ale czy zawsze tak musi być. Panowie mają dryg do pisania prostych, ale bardzo chwytliwych melodii, które na pewno sprawdzą się w radiowych rozgłośniach. Tutaj najbardziej szaleje perkusja, co słychać m.in. w „Little Lights” czy mrocznym „You Don’t Know”.

„Rivals” ma jedną poważną wadę – jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi jeszcze szybciej. Dlatego nie zostanie z nami na dłużej. Ale nadal jest to solidne wydawnictwo, świetnie sprawdzające się na koncertach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pustki – Wydawało się

wydawalo sie

Obecnie Pustki to trio grające szeroko pojętą, ale przystępną w formie muzykę alternatywną (chociaż dzisiaj nazwalibyśmy ją popem). Z okazji 15-lecia działalności grupa postanowiła wydać składankę ze swoimi największymi przebojami.

A dowcip polega na tym, że poznajemy dorobek grupy od samego końca do początków. I dostajemy dwa premierowe kawałki. Melancholijny „O krok” z ciepłymi klawiszami oraz troszkę żywsze, pełne smyczków „Liczę do dwóch” to konsekwentna realizacja charakterystycznego stylu grupy. Nie brakuje i mocniejszej perkusji przeplatanej z chórkami („Tyle z życia”), skocznych klawiszy („Się wydawało”), pójścia w estetykę new wave (niepokojący „Wampir” i przebojowa „Lugola”) oraz eksperymentowania (wplecenie sygnał telefonicznego w „Wesoły jestem”).

Jednak im dalej, tym jeszcze ciekawiej. Zarówno kameralnie (gitarowe „Nie zgubię się w tłumie”), delikatnie pod radio („Parzydełko” z ciepłą gitarą oraz „azjatyckimi” klawiszami, które zmienia klimat pod koniec czy bardziej rockowe „Tchu mi brak”), a pod koniec robi się przyjemniej. Starsze utwory jeszcze pochodzą z czasów, gdy śpiewał w grupie Jacek Piętka. Mroczniejszy „Telefon do przyjaciela”, pulsująca „Słabość chwilowa” czy idące w stronę reggae „Kalambury” (gościnnie Muniek Staszczyk).

Całość brzmi świetnie, niepozbawione ironii teksty intrygują i dają do myślenia, a wokal Basi Wrońkiej uwodzi, koi, uspokaja. „Wydawało się” to trafne podsumowanie 15 lat grupy i liczę na to, że następne 15 lat będzie równie owocne, a nawet lepsze od tych minionych.

8/10

Radosław Ostrowski

Editors – In Dream

In_Dream

Brytyjski Editors przeszedł na przestrzeni lat nieprawdopodobną ewolucję. Gitarowe, brudne granie inspirowane Joy Division, powoli zastępowało pop-rockowe granie oraz synthpopowa elektronika. Po odejściu gitarzysty Chrisa Urbanowicza, trzeba było wymyślić się od nowa. „The Weight of Love” spotkało się z ciepłym przyjęciem dwa lata temu, ale teraz nawet najwięksi fani mogą nie być przygotowani na „In Dream”.

Już otwierający całość „No Harm” zapowiada zmianę estetyki i pójście w kompletną, syntezatorową podróż. Wyprawa ta jest pełna mroku, niepokoju oraz tajemnicy. Powolne uderzenia perkusji oraz nakładające się pasaże są bardzo sugestywne. Nie zabrakło też numerów bardziej do tańca (pianistyczny wstęp i szybsza perkusja oraz marimba w „Ocean of Night” czy troszkę pokręcony „Life Is a Fear”), nie zapomina się o gitarze elektrycznej, zepchniętej na drugi plan (pulsujący „Forgiveness”). Jeszcze utkwiło mi w pamięci smyczkowe „Salvation”, które wybijało się od reszty synthpopowych dźwięków oraz troszkę spokojniejsze „At All Cost”.

Na pewno jest to przebojowy materiał, jednak to nie jest Editors jakie polubiłem z czasów początku swojej drogi artystycznej. Gitarowe, gniewne i mroczne. Został tylko mrok i chwytliwość.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Metric – Pagans in Vegas

Pagans_in_Vegas

anadyjski Metric to jedna z ciekawszych grup indie rockowych, która ciągle intryguje i tworzy przebojowe płyty niepozbawione elektroniki. Nie inaczej jest na albumie nr 6. Co zrobili poganie w Las Vegas?

Otwierające całość „Lie Lie Lie” brzmi dość zagadkowo – pulsująca elektronika, spokojne i rytmiczne uderzenia perkusji, klaskanie oraz wstawki troszkę przypominające wczesne Depeche Mode, by potem pójść w nowofalowe kolaże. Zagadkowe i lekko orientalne (w klawiszach) jest ascetyczne „Fortunes”, gdzie cichutka perkusja, akustyczna gitara i fortepian skontrastowane jest z mocnym i niemal podniosłym refrenem oraz będące na przeciwnym biegunie „The Shade”, brzmiące niczym tandetne dziecko lat 80. (tutaj elektronika brzmi – dla mnie – odstraszająco) . Nie lepiej jest z przestrzennym „Celebrate”, gdzie podkład jest po prostu słaby. Ciekawiej prezentuje się „Cascades” z pokręconą perkusją oraz mechanicznie przerobionym głosem Emily Haines. A im dalej, tym – na szczęście – lepiej. Jeszcze „For Kicks” pachnie new wave’ową estetyką, bez pójścia w tandetę i nadaje się do tańca. Pulsujący „Too Bad, So Sad” nadal pachnie Depeszami, ale jest bardzo chwytliwy, podobnie łagodniejszy „Other Side” oraz mechaniczny „Blind Valentine”, na sam finał dostając dwuczęściowy, instrumentalny „The Face”.

Naprawdę piękny album wydali Metric, który ostatnio prezentuje dobry fason. Bardzo apetyczne i dobre wydawnictwo, z przyzwoitą dawką elektroniką.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Family of the Year – Family of the Year

Family_of_the_Year

Kolejny przedstawiciel muzyki indie z LA. Family of the Year tworzą: Joseph Keefe (gitara), Sebastian Keefe (perkusja), James Buckey (gitara) i Christina Schroeter (klawisze), a każdy z członków udziela się wokalnie. Po wydaniu dwóch płyt (ostatnia z przebojem „Hero” wyszła trzy lata temu), pora powrócić i pokazać coś nowego.

Otwierający całość „Make You Mind” zrywa z folkowym wizerunkiem grupy – elektroniczny pop z domieszką łagodnej gitary, pachnący latami 80. (ciepłe klawisze, mocna perkusja). „Facepaint” jest znacznie cieplejszy i przyjemniejszy w odbiorze, jednak folkowe naleciałości są obecne (lekki „Carry Me”), a całość jest spójnie delikatna, przebojowa i pogodna. Nie brakuje też szybkich numerów („May I Miss You”), zabrudzonej gitary („Give a Little”), ale to tylko ubarwiające drobiazgi do tego dobrego albumu. Brzmi to ładnie, słychać zgranie grupy i pozytywną energię. I to wystarczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Stereophonics – Keep the Village Alive

Keep_The_Village_Alive

Walijski zespół Stereophonics z hukiem wszedł w 2013 roku ze znakomita płytą „Graffiti on the Train”, która wchłonęła i poruszyła miliony słuchaczy. Po dwóch latach Kelly Jones i spółka nie spoczęli na laurach i ukazał się ich najnowszy materiał z perkusistą Jamie Morrisonem, który zastąpił Javiera Weylera.

Tak jak i poprzednią płytę, „Keep The Village Alive” wyprodukował duet Kelly Jones/Jim Lowe. I zaczynamy od szybkiego i skocznego „C’est la vie”, które daje mocnego kopa energii. „White Lies” zmienia tempo, jest spokojniejsze, gitara bardziej monotonna wspierana przez fortepian, by w refrenie bardziej pobrudzić i mocniej uderzyć. Egzotycznie gra perkusja w dziwnym „Sing Little Sister”, które troszkę przypominało INXS. Bardziej przebojowy, choć niepozbawiony garażowego riffu jest „I Wanna Get Lost With You”, a piękne jest akustyczne „Song for the Summer” (ach, te smyczki). Niepokojący „Fight or Flight” z dziwacznymi wstawkami elektronicznymi wprawia w dezorientacje, a ostry riff trzyma za twarz (tak samo jak smyczki i dęciaki w finale). Równie dziwny jest świąteczny (to chyba przez te dzwonki) „My Hero” czy pulsujący „Sunny” z instrumentalnym finałem.

Muszę ku swojemu zaskoczeniu powiedzieć, że „Keep The Village Alive” jest godnym następcą poprzednika. Nie wszystkie utwory chwytają od razu, ale z każdym odsłuchem jest coraz lepiej, przyjemniej i nie mniej przebojowo. Bardzo fajniutka płyta.

8/10

Radosław Ostrowski

The Charlatans – Modern Nature

Modern_Nature

Pochodzący z West Midlands brytyjski zespół The Charlatans to mniej znany przedstawiciel britpopu – nurtu zapoczątkowane przez Osasis, Travis i blur.  Do tej pory wydali jedenaście płyt, stając się w Anglii bardzo popularnym zespołem. Ekipa pod wodzą basisty Martina Blunta oraz wokalisty Tima Burgessa po pięciu latach oraz śmierci perkusisty Jona Brookesa wydała album nr 12, wyprodukowany wspólnie z Jimem Spencerem (współpraca m.in. z New Order, Johnnym Marrem, The Vaccines czy Oasis).

Zaczyna się od mieszanki perkusyjno-elektronicznej, czyli „Talking in Tones” z intrygującą aurą oraz delikatną gitarą. W podobnym tonie jest prowadzony „So Oh” z ciepłymi organami w tle czy „Come Home Baby” ze staroświecko brzmiącym basem oraz żywiołowym refrenem. Gitara bardziej ożywia się w nastrojowej balladzie „Keep Enough”, dostajemy też pulsujący, niemal akustyczny „In the Tall Grass”. „Emilie” ma w sobie coś z wczesnego Coldplaya (ładnie gra gitara akustyczna i to jest fajne), a kompletną niespodzianką jest ponad 6-minutowy (i najlepszy), pachnący latami 70-tymi „Let The Good Times Be Never Ending” (bas, klawisze Hammonda, funkowa gitara) oraz troszkę przypominający Oasis „Need You To Know” z bardziej garażową gitarą oraz eleganckimi smyczkami.

Końcówka jest już bardziej gitarowo-rockowa. Najpierw jest cięższy (jak na tą grupę) „Lean In”, następnie pójście w pop pod postacią niezłego „Trouble Understanding” oraz spokojniejszego „Lot to Say”.

Mieszanka łagodnych wejść z retro rockiem dała bardzo przyzwoity album, którego słucha się miło. Dodatkowo w wersji deluxe znajdziemy cztery dodatkowe utwory, na dobrym poziomie zrealizowane.  Innymi słowy – godne uwagi.

7/10

Radosław Ostrowski

The Vaccines – English Graffiti

English_Graffiti

Brytyjską formację The Vaccines poznałem trzy lata temu gdy trafiłem na ich drugi album. Panowie mocno czerpali w swojej muzyce z rocka lat 60. i 70., nie bojąc sie skrętów w punka. Do tego czasu kwartet z West London nagrał jedną EP-kę oraz trzeci longplay.

Słuchając otwierającego całość singlowego „Handsome” można dojść do wniosku, że nic się nie zmieniło. Nadal jest garażowy brud zmieszany z chwytliwą melodią okraszona tutaj odrobiną elektroniki oraz „klaskaną” perkusją. Mroczniej jest w „Dream Lover” (mocno przesterowana gitara oraz ciężkie elektroniczne tło) oraz głośniej, co zapowiada poważne zmiany. Tym razem grupa bardziej idzie w elektronikę oraz muzykę lat 80. (troszkę new romanticowe „Minimal Affection”), jednak te wycieczki nie są zbyt częste. Muzycy różnicują tempo, zaskakującą instrumentarium (pędząca perkusja w „20/20” czy wyciszający, łagodny fortepian i akustyczna gitara w „All Afternoon in Love”), po drodze dodając drobne smaczki (basowy początek „Denial” czy instrumentalny „Undercover” zagrany… od tylu). Poziom jest wyrównany, może spokojniejsze kawałki mogą wywołać znużenie.

Wokal Justina Younga jest więcej niż przyzwoity, sprawdza się zarówno w spokojniejszy jak i dynamiczniejszych utworach, co jest sporym plusem. Fani powinni się też zaopatrzyć w wersję deluxe, która zawiera trzy dodatkowe utwory (w tym akustyczny tytułowy kawałek) oraz cztery zremiksowane wersje z podstawki (intrygujące wersje). I czuć progres w działaniu The Vaccines.

7,5/10

Radosław Ostrowski

FFS – FFS

FFS

Z supergrupami jest tak, że głównie wydaja się skokiem na kasę od fanów członków takich grup, posiadających doświadczenie w swoich macierzystych kapelach. Tym razem siły postanowili połączyć Brytyjczycy z Franza Ferdinanda oraz Amerykanie ze Sparks, a za produkcję odpowiada doświadczony John Congleton (współpraca m.in. z St. Vincent, Modest Mouse, Davidem Byrnem oraz obydwoma grupami tworzącymi FFS).

Efektem jest przebojowa, rockowa (powiedzmy) płyta z chwytliwymi melodiami. To słychać już w singlowym „Johnny Delusional”, gdzie gra ładny fortepian zmieszany z elektroniką. Syntezatory stylizowane są i na lata 70. („Call Girl”) oraz 80. (szybkie i taneczne „Police Encounters”). Jest bardzo różnorodnie zarówno pod względem tempa (niepokojący „Dictator’s Son” czy melancholijny, westernowy „Little Guy from the Suburbs” z trąbką), zabawy klawiszami (dyskotekowy „Save Me from Myself” ze smyczkami w tle czy bardziej „azjatycki” klimatem „So Desu Ne”). Mówiąc najprościej – jest lekko, sympatycznie i tanecznie, czyli jak na płytach Franza Ferdinanda. I dobrze się słucha dokonać sześcioosobowej ferajny.

Należy pochwalić też głosy Alexa Kapranosa oraz Russella Maela, które świetnie współgrają ze sobą. Panowie mają dryg do pisania chwytliwych melodii i nie skręcają w stronę plastikowej tandety. I wbrew tytułowi jednej z piosenek – współpraca działa. I liczymy na następne taneczne hity.

7/10

Radosław Ostrowski