
Niezależny rock potrafi być równie ciekawy, co mainstreamowy. Przekonuje też o tym nowe wydawnictwo kwintetu z Seattle zwanego Band of Horses, za którego produkcję odpowiada Jason Lytle z zespołu Granddaddy.
Jest bardzo spokojnie i delikatnie, co nie znaczy, że mniej przebojowo. Tak można się spodziewać po otwierającym całość prawie 7-minutowym „Dull Time/The Moon” z rozmarzoną gitarą i pulsującymi klawiszami, tworzącymi niemal senny (nie znaczy, że nudny klimat). Ale ostatnie trzy minuty to zmiana tempa oraz silniejsza obecność gitary, która gra bardziej żywiołowo i dynamiczniej. To najdłuższy numer, ale dalej też jest ciekawie – zwiewne i lekkie „Solemn Oak” z pobrudzoną gitarą oraz wspólnym zaśpiewem w refrenie, troszkę przypominając Kings of Leon. „Hag” z kolei broni się ciekawymi klawiszami oraz niemal smyczkowym środkiem, a wstęp do żwawego „Casual Party” (nieudolna, przesterowana gitara i przerwana gra perkusji czyimś odgłosem) może wprawić w zakłopotanie, ale to chwilowa tylko zagrywka. Jednak „In a Drawer” z elektroniczną perkusją oraz klawiszami ejtisowskimi na początku troszkę U2 (nie wiem czemu, ale mi się to kojarzy z „Beautiful Day”), by potem przyspieszyć. Dostajemy potem krótką przerwę w postaci instrumentalnego „Hold On Gimme a Sec”, by zanurzyć się w melancholijnym „Lying Under Oak”.
Ale potem muzycy przypominają sobie o southern rockowych korzeniach w ocierającym się troszkę o folk „Throw My Mess”, wyciszają się w „Whatever, Wherever” z trąbeczką w tle oraz akustycznym „Country Teen”. Ten spokojny klimat pozostaje z nami do końca, a wokal Bena Bridella pasuje do całości. Wielu końcówka może wynudzić, ale nie zmienia to faktu, iż mamy do czynienia z dobrą płytą. Pełną klimatu, porządnych melodii, dobrego wokalu. Jest naprawdę OK.
7/10
Radosław Ostrowski









