Florence + The Machine – How Big, How Blue, How Beautiful

How_Big_How_Blue_How_Beautiful

W tej wokalistce zakochałem się od pierwszej piosenki. Każda płyta jej zespołu była ciekawa, nieszablonowa i lepsza od poprzedniej (wyjątkiem był koncert MTV Unplugged), ale nie zmienia to faktu, iż Florence Welsh jest interesującą osobowością brytyjskiej sceny muzycznej. I na żadną płytę w tym roku nie czekałem bardziej niż na jej trzeci studyjny album.

Pierwsza zmiana to zmiana producenta: Paula Epwortha zastąpił Marcus Draws, który współpracował m.in. z Arcade Fire, Coldplay czy Mumford & Sons. I ta zmiana jest słyszalna od samego początku, bo częściej pojawia się gitara elektryczna (singlowy opener „Ship To Wreck” pachnie troszkę estetyką lat 70., czyli zmieszany David Bowie z… The Cure), jest bardziej przebojowo. Starą Florkę, czyli z poprzednich płyt słychać w drugim singlu, czyli „What Kind of Man” z łagodną elektroniką na początku, w refrenie wchodzą dęciaki oraz nakładające się głosy. Tytułowy utwór jest bardziej wyciszony, przynajmniej na początku, a potem delikatny głos staje się mocniejszy, pojawiają się smyczki z trąbkami (podniosły finał) oraz perkusją. A dalej nie brakuje zarówno podniosłości (smyczkowy wstęp „Queen of Miracle” z perkusją przypominającą… „Move in the Right Direction” Gossip), melancholii (gitarowy „Various Storms & Saints” i „Long & Lost”) potencjalnych radiowych przebojów („Delilah” czy krótki „Caught”) i eksperymentów z elektroniką (słabszy „St. Jude”).  Całość jest dojrzalsza, mniej barokowa (co akurat się tutaj broni), przez co może się spodobać szerszemu odbiorcy, jak i fanom starszych płyt.

Teksty są troszkę bardziej optymistyczne, a wokal Welsh nadal skupia uwagę na sobie. Fani powinni się obowiązkowo zaopatrzyć w wersję deluxe z dwoma premierowymi utworami (bardziej przebojowe „Hiding” i „Make Up Your Mind”) oraz trzema wersjami demo. I za to wydanie troszkę podciągam ocenę. Bo płyta jest po prostu fantastyczna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Plain White T’s – American Nights

American_Nights

Zespół prowadzony przez Toma Higgensona znany jest z jednego przeboju – akustycznego „Hey There Delilah” z 2006 roku. Do tej pory wydali sześć studyjnych albumów i tyle samo EP-ek. Teraz, po pięciu latach przerwy i zmianie wytwórni, pojawiają się z nowym materiałem. Czy będzie to dobra produkcja?

Na pewno jest ona skoczna, przebojowa oraz soft rockowa. Nie zabrakło tutaj obowiązkowego klaskania (tytułowy utwór), czasami nastąpi pobrudzenie gitary („Pause” czy „Never Working”), jednak i tak dominuje tutaj melodia oraz chwytliwość. Jest nawet skręt w staroświeckiego rock’n’rolla („Heavy Rotation”), gitara zagra reggae („Someday You Gonna Love Me”), perkusja przyłoży troszkę mocniej, ale to wszystko zbyt delikatne, łagodne i po prostu mdłe. Słychać, że są to goście znający się na swojej robocie, jednak niewiele z tego wynika. Posłuchać nie zaszkodzi, ale nie różni się to od tysiąca innych płyt.

5/10

Radosław Ostrowski

Twin Peaks – Mind Frames

Mind_Frames

Czego jak czego, ale nazwa tego zespołu jest bardzo chwytliwa i jest w stanie zagwarantować im sławę. Powstali sześć lat temu, a jej członkami byli absolwenci liceum z Chicago. Kapelę Twin Peaks tworzą: gitarzyści oraz wokaliści Cadien Lake James i Clay Frankel, basista Jack Dolan oraz perkusista Connor Brodner. Właśnie wydali swój trzeci studyjny album (poprzednich nie słyszałem).

„Mind Frames” zawiera 10, dość krótkich piosenek, pachnących rockiem lat 60. Widać to już w „Mirror of Time” z melodyjnym basem, łagodnymi gitarami oraz troszkę niewyraźnie słyszalnymi wokalami, co pewnie jest efektem stylizacji brzmienia na modłę starych płyt. Wyciszone dźwięki, staroświecko brzmiąca perkusja i wokal, troszkę przypominający Micka Jaggera. Nie zabrakło też elementów psychodelii (Hammondowo-gitarowy „Fade Away” z mocno „pobrudzonym” głosem), akustycznej melodii (krótkie „Hold On”) oraz potencjalnych radiowych przebojów („I Found a New Way”). Wielu mogą znużyć krótki czas trwania (rzadko który utwór przekracza dwie i pół minuty), przez co melodie nie mogą się w pełni rozwinąć („Sweet Thing”), a sama konwencja pod koniec wywołała irytację, niemniej warto dać szansę chłopakom z Chicago. Jest tu na czym zawiesić ucho.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Aaron Gillespie – Grace Through The Wandering

Grace_Through_The_Wandering

Ten wokalista najbardziej znany jest jako perkusista metalowej grupy Underorth oraz frontman i gitarzysta zespołu The Almost. Ale także udziela się solowo i postanowił o tym przypomnieć wydając swój drugi album.

Że jest to zupełnie inne brzmienie słychać już w otwierającym całość dynamicznym „Wake Us Up” (perkusja tutaj szaleje). Całość jest z jednej strony bardzo lekka i przebojowa, okraszona delikatną elektroniką („Praise Him” czy bardzo lotne „A Love Like Yours”) oraz mocno „chrześcijańskim” tekstem. Nie brakuje tutaj zarówno akustycznego grania (poczatek „Keep Me In” czy klaskane „You Alone Are God”), eksperymentów popowych („Hold Me Close” czy mocne uderzenia perkusyjne w „All He Says I Am”), ale te spokojniejsze utwory działają mocno usypiająco, co może być też winą warstwy lirycznej.

Także sam wokal Gillespie’ego nie specjalnie wybija się z grona przeciętnych, choć zarówno produkcja jak i realizacja jest zrobiona po prostu solidnie. Ale po mocnym i dynamicznym początku, nagle gubi się cała energia. I nawet Jezus nie jest w stanie tego wybronić.

5/10

Radosław Ostrowski

The Subways – The Subways

The_Subways

Jak widać, nie tylko Amerykanie graja punk rocka. Od wielu lat robi to brytyjska formacja The Subways, która teraz wydała czwarty album pod tytułem „The Subways”. Ciekawe, co tym razem narozrabiało trio: Billy Lunn (gitara, wokal), Charlotte Cooper (bas, wokal) i Josh Morgan (perkusja).

Na pewno jest to melodyjny, gitarowy album okraszony odrobiną elektroniki oraz punkową energią, co dostajemy na samym początku. Gitara gra swoje, jednak nie szaleje i nie idzie w jakieś dynamiczne riffy, choć czasem bywa nieźle („I’m In Love And It’s Burning In My Soul”), nawet jeśli twórcy przez chwilę skręcają w inny kierunek (dość dynamiczny „Taking All The Blame” – głównie dzięki perkusji), a nawet brudząc sam wokal („Dirty Muddy Paws”). O dziwo, najlepiej zaprezentowała się akustyczna ballada „Because of You (Negative Love)” niż szybkie, punkowe numery niemal nie wyróżniające się od reszty. Do tego jeszcze wyjący Lunn, który wywoływał irytację.

Trudno coś zarzucić warstwie technicznej, bo czuć pewną energię, ale w połowie robi się po prostu nudne. Zbyt duże podobieństwo odpycha od siebie, ale kilka kawałków pozwala spędzić czas. Ale na krótko.

5/10

Radosław Ostrowski

of Montreal – Aureate Gloom

Aureate_Gloom

Ta kapela jest jedną z bardziej eksperymentujących ekip. Grupa pod wodzą Kevina Barnesa miesza pop, rock, rap czy disco. I tak już od 1996 roku, ale przyszedł czas na nowy materiał. Ciekawe, czy będzie jakieś miejsce na zaskoczenie.

Całość jest jak zawsze melodyjna, ale na początek zostałem zaskoczony przez „Baseem Sabry”. Funkowa gitara, rytmiczny, niemal dyskotekowy bas, klaskanie czy elektronika pachnąca latami 80-tymi może wprawić w stan oszołomienia. Ciągle jednak pamiętamy, że w grupie jest gitarzysta i nie brakuje odrobiny brudu („Last Rites at the Jane Hotel”, gdzie ciągle jest zmieniane tempo) oraz dziwnej melodyjności („Empyrean Abattoir”) czy elementów oniryzmu (elektroniczny początek  i koniec „Aluminium Crown”). Ta mieszanka może wielu wprawić w zaskoczenie i oszołomić, a nawet pojawią się zarzuty o niespójność. jednak są nadal pewne fragmenty porywające jak „Monolightic Express” z dziwaczna grą gitary czy najładniejszego w całym zestawie „Estocadas” z pięknymi skrzypcami. Wielu może odrzucić ten dźwiękowy hałas, który jest dość mocno odczuwalny w środku płyty (i jeszcze ten nietypowy wokal Barnesa), ale początek i koniec jest na tyle intrygujący, że można ich nowy album nazwać przyzwoitym. Czasami to wystarcza.

6/10

Radosław Ostrowski

Geographer – Ghost Modern

Ghost_Modern

Ta amerykańska indie rockowa grupa działa od 2007 roku, jednak od tego czasu nagrali dwie płyty i ostatecznie jest to jednoosobowa grupa Michaela Deni. Jednak zanim doszło do rozłamu, udało się w trzyosobowym składzie (jeszcze Nathan Blaz – skrzypce i Brian Ostreicher – perkusja) nagrać trzeci album.

Zaczyna się całość krótkim „Intrem”, gdzie swoje robi bardzo przestrzenna elektronika. Ale dalej odzywa się perkusja oraz elektryczne skrzypce i robi się ciekawie. Wtedy muzyka staje się intrygująca, przestrzenna, ale też niepozbawiona piękna oraz potencjału radiowego (dyskotekowa – w starym stylu „You Say You Love Me”), co zazwyczaj wydaje się pewną sprzecznością nie do pogodzenia. A jednak czasami udaje się to osiągnąć. Bywa lekko i zwiewnie („The Guest” z łagodnym fortepianem oraz finałowym wejściem trąbki i skrzypiec czy rozmarzone „Patience”), czasami pojawi się też mrok (elektronika oraz dynamiczna perkusja w „The Fire Is Coming”). Rozdrażnić mogą tylko krótkie „Intro” i „prelude”, a także elektroniczne „Read Your Plain” (za szybko się kończy), ale i tak brzmi to po prostu świetnie. Wystarczy posłuchać „I’m Ready” z dziwacznymi „dzwonkami” czy „Too Much”, by przekonać się o świetnej dyspozycji grupy.

Także wokal Deni sprawdza się tutaj bardzo dobrze w parze z niezłymi tekstami. Nie wiem w jakim kierunku pójdzie Geographer, ale mapę do sukcesu mają naprawdę mocną. Takiego popu chce się słuchać, a duch nowoczesności jeszcze nie umiera.

8/10

Radosław Ostrowski

Hanni El Khatib – Moonlight

Moonlight

Ten Amerykanin z korzeniami filipińsko-pakistańskimi do tej pory nagrał dwie płyty. Ale w tym roku po dwuletniej przerwie przypomina o sobie nowym materiałem. Czyżby (zgodnie z tytułem) zapowiadała się mroczniejsza muzyka?

Jest rytmicznie, przebojowo i… kojarzy się z The Black Keys. Nie wiem, czy to wina wokalu, czy może podobnej stylistyki (garażowa gitara, oldskulowa perkusja). Tylko, że Hanni wydaje się bardziej radiowy i pachnący troszkę latami 70-tymi, gdzie wtedy dominował funk („Chasin’”) i nie brakuje bluesowych naleciałości (fortepian w wolnym „Worship Song (No. 2)”) czy elementów niemal etnicznych („Mexico” z latynowskim entouragem – gitara, trąbki). Jednak mimo pewnych wtórności, „Moonlight” pozostaje zaskakująco spójny i dynamiczny, zas wokal Haliba jest naprawdę dobry.

Problem jest jest w tym, ze troszkę pachnie takim garażowym brzmieniem a’la The Black Keys. Mimo to, 11 piosenek słucha się dobrze, melodie są całkiem zgrabne i ma to swój klimat.

6,5/10

Radosław Ostrowski


The Decemberists – What a Terrible World, What a Beautiful World

What_a_Terrible_World_What_a_Beautiful_World

Ten amerykański zespół z Oregonu przykuł moją uwagę cztery lata temu, dzięki utworom „Down by the Water” oraz „This is Why We Fight”. Jednak ekipa pod wodza Colina Meloya nie odpuszcza i po tej przerwie objawia się nowym materiałem. Czy dobrym?

Jest to dalej mieszanka akustycznego brzmienia z zacięciem rockowym. Słychać to już w openerze „The Singer Addresses His Audience”, w którym na samym końcu pojawia się ostrzejsza gitara elektryczna, a wcześniej dominują skrzypce, akustyczna gitara i fortepian. Im dalej, tym zaś różnorodniej: od przebojowych i chwytliwych numerów jak szybki „Cavalry Captain” (trąbeczka jest super) czy troszkę oldskulowa i rock’n’rollowa „Philomena” z czarującym chórkiem oraz przyjemnymi klawiszami. Z drugiej strony są spokojniejsze oraz bardziej nastrojowe numery jak lekko jazzujący „Lake Song” czy bardziej akustyczny „Till the Water Is All Long Gone”, nie mówiąc o wyciszonym „Carolina Low” oraz folkowym „Anti-Summersong”. Przez te czternaście piosenek jest przyjemnie dla ucha, melodie wpadają w ucho, a wokal Meloya jest naprawdę dobry.

Widać, że muzycznie rok 2015 zaczął się bardzo ciekawym oraz dobrym albumem. Jestem ciekawy co będzie dalej.

7/10

Radosław Ostrowski


 

Julia Marcell – Sentiments

Sentiments

Ta młoda Olsztynianka wywołała szerokie zainteresowanie 3 lata temu płytą „June”, która odniosła sukces komercyjny i artystyczny (m.in. Paszport Polityki). I teraz znów ukazuje się nowa płyta Julii Marcell, znowu została wydana i nagrana w Niemczech. Ale już słychać różnice.

Za produkcję odpowiada sama Julia oraz perkusista Thomas Fietz. I coraz wyraźniejszy jest tutaj wpływ gitary elektrycznej, choć nadal poruszamy się w alternatywnych dźwiękach. Czasami jest brudno i garażowo (lekko punkowe „Teacher’s”), jednak dominuje tutaj inspiracja brzmień staroświeckich z lat 60. (delikatne „Piggy Blonde” z łagodnymi smyczkami w tle czy melodyjne „Halflife”), pulsacji elektroniką („Dislocaited Joint” z hipnotyzującym fortepianem), a nawet minimalistycznego brzmienia kreującego aurę tajemnicy („Maryanna” – fortepian oraz wokalizy), a nawet pojawia się jeden utwór w języku polskim (szybka „Cincinna”). Całość brzmi trochę dziwacznie, nie brakuje eksperymentów, przesterowań gitar, delikatnych wokaliz, ale jednocześnie jest to bardzo przebojowe, nie o byle czym (klaskanie – pod koniec „Lost Luck”).

W dodatku jest jeszcze bardzo delikatny i przyciągający uwagę wokal Julii – jeszcze trochę dziewczęcy, czasami rozmarzony i bujający, ale nie spadający poniżej pewnego poziomu. Równie zaskakujący jak cała płyta. Naprawdę więcej niż dobra.

8/10

Radosław Ostrowski